"Gazeta An Arché" nr 61 - zamknięto 12 III 2000
2+2=5!
Pan doktor z Opola napisał książkę, w której podobno kwestionuje istnienie komór gazowych w Oświęcimiu. Wydał ją w nakładzie 350 egzemplarzy, z czego sprzedał dwa (słownie dwa). Wynik ten niewiele by się pewnie poprawił, gdyby nie „naprawiacze” świata. „Naprawiacze” wymyślili kłamstwo oświęcimskie; kwestionowanie zagłady podlega karze.
Wydawać by się mogło, iż wystarczy zdrowy rozsądek. To zdrowy rozsądek podpowiada mi, że doktor Ratajczak nie ma racji, a nie kodeks karny.
Dlaczego tak niewielu ludzi wierzy tzw. rewizjonistom holocaustu? Widocznie dysponują wątpliwymi dowodami na poparcie swoich teorii. Liczba ich zwolenników jest miarą jakości tych dowodów. Z kolei kiedy większość ludzi wierzy, iż zagłada miała jednak miejsce, to oznacza, że zwolennicy tego poglądu potrafili ich do tego przekonać. Próby bronienia z urzędu obowiązujących prawd przeważnie odnosiły skutek odwrotny do zamierzonego. Tak to już jest, że prawda najlepiej broni się sama.
Nie rozumieją tego „naprawiacze”. Skutek? W drugim wydaniu książka doktora Ratajczaka ma nakład 30 tys. i można ją kupić w kiosku. Tym razem na pewno sprzedadzą się więcej niż dwa egzemplarze.
Nie zastanawiam się nad tym, czy wyrok był właściwy. Kwestionuję w ogóle sens istnienia przepisów, które umożliwiły wszczęcie postępowania karnego. Nie ma lepszej promocji dla będących w opozycji niż sankcje. Nie tak dawno to przerabialiśmy. Istnienie różnych poglądów na marginesie nauki jest dla tej nauki zjawiskiem korzystnym. Wpływa na jej jakość. Możliwość negacji powoduje, że wszystko, co uznajemy za prawdę poparte jest solidnymi dowodami. Jak dotąd, to najlepszy system weryfikacji otaczającego nas świata. Dzięki temu nauka nie stała się zbiorem dogmatów „do wierzenia”, a naukowcy kapłanami tej nowej wiary.
Nie wolno w imię najszczytniejszych nawet idei pozwolić na manipulację przy sprawnie działającym mechanizmie. Wystarczy raz zakazać wątpliwości, nawet kiedy sprawa jest oczywista, a powstanie precedens do wykorzystania w przyszłości.
Przez pięćdziesiąt lat policyjny reżim nie był w stanie zmusić ludzi, aby uwierzyli w „kłamstwo katyńskie”. Więc w jaki sposób doktor Ratajczak może zagrozić faktom?
Nie dlatego ludzie wierzą w komory gazowe, że sąd im tak każe. Zresztą sądy nie mają żadnego autorytetu w społeczeństwie. Takie rozwiązanie sprawy wygląda jak klasyczny sabotaż, mający na celu pomnożenie szeregów rewizjonistów. Ciekawe, jak wielu ludzi pomyśli teraz: co to za prawda, za którą stoi „autorytet” prokuratora. Dopiero pan Bubel się ucieszy. Doktor Ratajczak jest pracownikiem naukowym. To władze akademickie, a nie sąd, są instancją właściwą do podjęcia odpowiednich kroków.
Naukowiec może mieć wątpliwości, ale p. doktor popełnił błąd wydając tę książkę, poszedł „na skróty”. W pierwszym rzędzie powinien swoją pracę przedstawić w środowisku naukowym, jeżeli już zdecydował się kwestionować obowiązujące poglądy. Wątpliwości są dopuszczalne, ale obowiązkiem naukowca jest udowodnić, że ma rację. Natomiast doktor Ratajczak bezceremonialnie opublikował swoją książkę. Firmując ją swym tytułem naukowym, naruszył dobre imię instytucji, którą reprezentuje. Jego przełożeni, mając to na uwadze, powinni w jakiś sposób zareagować. Naukowcy są zakonem, który sam musi dbać o czystość reguły, sąd za nich tego nie zrobi. Zupełnie inną sprawą są intencje, jakie przyświecały p. Ratajczakowi. Nie tyle ważne jest co zrobił, ale dlaczego to zrobił. Czy chciał zbliżyć się do prawdy, czy też raczej nagiąć ją do swych uprzedzeń? To bardzo ważna kwestia i myślę, że pan doktor przynajmniej częściowo ją wyświetlił, przyznając się do ludzi takich, jak Świtoń czy Bubel.
Na koniec muszę stwierdzić, że istnieje jeszcze jeden aspekt stanowienia głupiego prawa. Mianowicie taki, że i tak nie jest ono egzekwowane. Nawet jeśli będzie apelacja, to „wynik poszedł w świat”, a słudzy Temidy po raz kolejny popisali się brakiem konsekwencji, obniżając w ten sposób własną i tak już niską wiarygodność.
Marten