"Gazeta An Arché" nr 57 - zamknięto 21 III 1999


A może państwo-minimum?

Współczesnemu anarchizmowi w Polsce zarzucić trzeba, niestety, całkowitą twórczą impotencję. Prócz katowickiego środowiska An Arché, które stara się, trzeźwo patrząc na rzeczywistość, sięgać do realnych rozwiązań, wskazując na konkretne przykłady i przypadki (vide teksty Jacka Sierpińskiego i Stanisława Górki w „GAA”, "Maci" i, a jakże, w „Najwyższym Czasie”), pozostali karmią się utopijnymi marzeniami o życiu bez państwa, armii i przymusu, Kościoła, Boga i Religii, całkowicie odrealnionymi i niemożliwymi do wprowadzenia w życie.

Ciekawym przypadkiem jest osoba J. Waluszki, który tęskniąc za "sarmacką wizją utopii" zasklepił siebie i sobie podobnych w świecie dziecięcych pragnień, którym są lata „złotej wolności” Rzeczypospolitej. Apologizując wieki owej właśnie wolności i tolerancji, w oderwaniu od tu i teraz, wędrując po ścieżkach Sarmacji, zmitologizowanej i, niestety, nie mającej odniesienia do dzisiejszej rzeczywistości. Brak tu jakby przetransponowania tamtych wspaniałych (a jakże!) idei i rozwiązań na czas dzisiejszy. Brak konstruktywnych propozycji i pomysłów. W zamian otrzymujemy porcję marzeń. I nic poza tym.

Chodzenie z głową w chmurach jest niewątpliwie miłe. Jednakże gdy w grę zaczynają wchodzić ideologie bądź idee, taka postawa tęsknoty za Utopią staje się niebezpieczna, łatwo rodzi nietolerancję i nienawiść dla inności. Nie uznaje niczego innego, zamknąwszy się w swoich czterech ścianach, w tej głowie oderwanej od świata, w którym żyjemy. Myślenie odmienne bywa potępiane właśnie za swoją odmienność. Co ciekawe - usłyszeć wtedy możemy zarzuty o totalitaryzm, zniewolenie (słowa te, użyte jako inwektywy wobec adwersarza, dla strony wypowiadającej są charakterystyczne i określają ją w sposób doskonały; wiadomo, co krzyczy złodziej: łapać złodzieja!).

Dlatego anarchiści-utopiści są niebezpieczni. Bowiem próba „urzeczywistnienia utopii” dała miliony ofiar w Sowietach, w Chinach i na Kubie. Musimy jednak pamiętać, że nim Utopię próbowano „urzeczywistniać”, pierwej hołubiono ją. Po prostu była. Nikt nikomu nie zabrania wiary w Utopię. Ale zawsze to inaczej, kiedy człowiek wie, że ślepa wiara w nią może przynieść kiedyś nowe ofiary. Łatwiej będzie wtedy odciąć łeb Hydrze i rzucić go pod nogi.

Głównym problemem „wyznawców utopii” jest fakt, że owej nigdy nie da się wprowadzić w życie. Ale oni nie wierzą w to, co miało w historii katastrofalne skutki dla tych, którzy mieli mieszkać w „raju na ziemi”. „Utopiści” nie pójdą na żadną ugodę, gdyż w ten sposób musieliby odrzucić Arkadię, będącą dla nich dogmatem i konformistycznym spokojem sumienia, że „nie zdradzili”, „nie odeszli od ideałów anarchii” itd., itp. Przyjęcie takiej postawy, jak łatwo przewidzieć, nie prowadzi do niczego - Utopii nie można zrealizować, „marzyciele” skazani są więc z mety na niepowodzenie. Skrajnym przypadkiem może być wcielanie w życie „idei”, co kończy się wiemy czym.

Dlatego nasuwa się pytanie - co w zamian? Mając do wyboru opcję: państwo - won i „marzycielskie wizje” oraz koncepcję państwa-minimum - wybrałbym tę drugą z tej prostej przyczyny, że ta pierwsza jest po prostu nierealizowalna. Z drugiej strony nie bawi mnie państwo-maksimum, z którym mieliśmy do czynienia ostatnimi czasy, mamy i dziś.

Wydaje się, że pomysł optowania za państwem-minimum jest godnym podchwycenia, mimo świadomości, że część środowiska (trudno powiedzieć, jak duża) prawdopodobnie rozpatruje go w ramach „zdrady ideałów” itp. skojarzeń i osądów. Ale warto o nim przynajmniej wspomnieć, przede wszystkim dlatego, że jest po prostu możliwy do realizacji.

Termin „państwo-minimum” jest umownym, w opozycji do istniejącej dziś sytuacji, kiedy mamy do czynienia z państwem pragnącym zawładnąć dla swej jurysdykcji jak największą płaszczyzną przejawów życia społecznego, ograniczając de facto swobody i wolności jednostki, wtykając jej w głowę przez propagandową tubę systemu frazesy o demokracji, pluralizmie, tolerancji i tym podobnych bzdetach, które tak naprawdę nie znaczą nic, ale są kupowane przez społeczeństwo z głupoty, lenistwa, albo dla świętego spokoju.

Dlatego też rola państwa-minimum i jego siła wewnętrzna powinna się ograniczać li tylko do utrzymania porządku publicznego i prywatnego. Do jednej z podstawowych spraw należy zaliczyć likwidację zbędnej biurokracji i administracji, działalność i istnienie których ciąży nad strukturą państwa i przeprowadzanymi weń „reformami” (jak tzw. samorządowa - to dodatkowe stołki dla „dołów” z UW i AWS oraz, nie czarujmy się, SLD; liczba zaś urzędniczyn, mimo „upadku komuny” nadal wzrasta). Ubicie biurokracji to ucieczka od centralizmu i krok w stronę autonomizmu. Odnośnie policji - nie może ona podlegać władzy państwowej, a jedynie sądom. Ministerstw wystarczy cztery: spraw zagranicznych, wewnętrznych, wojny i skarbu. Do państwa należy tylko jeden jedyny zakład produkcyjny - mennica. Żadne fabryki nie są jego własnością. Państwo nie posiada też żadnego monopolu (ni tytoniowego, ni alkoholowego, ni zapałczanego, ni innych). Zbędnymi są dowody osobiste, przymus meldunkowy i tym podobne pomysły, które tak naprawdę stanowią przejaw państwa policyjnego. Zbędność ta dotyczy też zakazu posiadania broni. Nie istnieją też żadne święta państwowe (kto chce świętować 11 listopada - proszę bardzo, ale władza i państwo nie może się zajmować organizowaniem i narzucaniem obchodów), nie istnieje cenzura.

To kilka propozycji - ta lista być może jest w jakiś sposób nieudolna, z pewnością niepełna. Nie obejmuje wielu postulatów wysuwanych przez środowiska niezależne. Z drugiej jednak strony, po przedyskutowaniu i uzupełnieniu, może (bo przecież nie musi) być zaakceptowana ze względu na swój realizm i fakt, że w przeciwieństwie do wizji „utopii” jej wprowadzenie w życie jest jak najbardziej możliwe.

Tutaj rozpoczyna się kolejny problem - jakie zająć stanowisko? Czy budować „krainę szczęśliwości” z kolegami i koleżankami na skłocie, wokół koncertów, demówek, zinów etc. (nie zaprzeczam, że i to ważne) i mieć złudzenie, że jest się wiernym idei, by po osiągnięciu pewnego wieku wtopić się w społeczeństwo, bowiem ideały i „utopia” umarły wraz z młodością (tak na marginesie - takie przypadki obejmują chyba 99% wszystkich; to tylko potwierdza tezę, że większość dzisiejszych głośnych „buntowników” - jakże często krzykliwych i mających wiele do powodzenia, wypada prędzej czy później z gry i utożsamia się z tymi zasadami życia, które chwilę wcześniej stanowiły element kontestacji)? Czy też, będąc realistą i stąpając mocno po ziemi, nie głosić walki z państwem w ogóle i żądać jego zniesienia (bo przy obecnym status quo to jest po prostu niemożliwe), tylko, narażając się co prawda na oskarżenia o zdradę, robić wszystko w kierunku, by państwa było jak najmniej, a wzrastała rola obywatela i społeczności obywatelskich? Pierwsze rozwiązanie, jak słomiany ogień, nie ma racji bytu, prędzej czy później umiera. Krytyka państwa, aczkolwiek intensywna, po wydaniu kilku „gazetek”, zrobieniu manifestacji i koncertów, kończy się bierną akceptacją tej instytucji, wyrażając bezsilność tego typu działań. Drugie podejście zakłada mariaż z państwem i władzą - w postaci czynnego włączenia się w życie polityczne i wywierania wpływu na decyzje nas dotyczące. Ów związek jest jednakże tylko pozorny, charakteryzuje go bowiem sceptycyzm wobec totalności państwa i działanie zmierzające do zmniejszenia jego roli w stopniu maksymalnym. Ta idea jest ciągle żywa, nie umiera, bowiem jest możliwa w realizacji. Nie pociąga za sobą rozgoryczenia związanego z odejściem od młodzieńczych idei, z czym mamy do czynienia w pierwszym przypadku. Tutaj bowiem gorycz wiąże się tylko z trudami przezwyciężania przeszkód w osiągnięciu tego, co jest możliwe do zrobienia (to zresztą wiele nam wyjaśnia - łatwiej bowiem krzyczeć utopijne idee i rozpisywać się o nich, niźli podjąć konkretne działanie w zrobieniu czegokolwiek naprawdę pozytywnego).

Pozostaje jednakże kardynalne pytanie - czy dziś, w polskich środowiskach anarchistycznych, wolnościowych, istnieje wola zrobienia kroku do przodu, ku normalności?

Arkadiusz „Alexander” Maślach

PS. Pomysły dotyczące państwa-minimum zaczerpnąłem z książki Feliksa Konecznego pt. Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej. Tak - to właśnie Koneczny wysuwa takie, a nie inne postulaty, uważam, że bardzo odważne! I uzasadnia je! Na pohybel różnego rodzaju totalitarystom i palantom, którzy widzą w nim „apologetę świata katolickiego” z jego „fobiami i obsesjami” (sic! A kędyż one? - najlepiej rzucić oskarżenie i epitet - to typowe dla antywolnościowców). Zachęcam do przeczytania książki - tu rzuciłem parę haseł, zaś w niej wszystko wyargumentowane - czemu tak, a nie inaczej. Bowiem Koneczny - wolnościowiec (może niezbyt to słowo do niego pasuje, ale ja tak akurat uważam) twierdzi: „Im bardziej jakieś państwo jest cywilizacyjnie łacińskie, tym mniej w nim państwowości”.

gazeta_an_arche/a_moze_panstwo-minimum.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/24 02:10 przez gigabyte