"Gazeta An Arché" nr 59 - zamknięto 8 X 1999


Bezhołowie

Przeglądając strony internetowe natrafiłem ostatnio na witrynę o nazwie „Headless” (po polsku tłumaczy się to chyba najlepiej na „Bezhołowie”). Symbolika strony (czarna flaga i @ w kółeczku) wskazywała niedwuznacznie, że jej autorzy nie stronią od etykietki anarchistów. Ponieważ idee anarchistyczne są mi bliskie, przejrzałem znajdujące się na stronie teksty. Okazało się, że wśród nich znajduje się napisana przez niejakiego MRV polemika z napisanym przeze mnie jakiś czas temu artykułem "Niech sczezną studenci" (ukazał się on w magazynie „Mać Pariadka” nr 5-6/98, a zainteresowani mogą go przeczytać także na moich stronach WWW, pod adresem wolnosciowe_czytanki:edukacja:niech_sczezna_studenci).

Cóż takiego pisze autor owej polemiki, zatytułowanej „Płatne studia? - NIE!!!”. Ano zaczyna od wyświechtanego i w gruncie rzeczy kłamliwego sloganu o „zdobyczach socjalizmu”, z których „za najważniejszą należy uznać prawo do bezpłatnej nauki od szkoły podstawowej do wyższej”. Mimo iż z dalszej części wynika, że p. MRV dobrze zdaje sobie sprawę z tego, iż na ową „bezpłatną” naukę płacą podatnicy (w jego języku „wspólnota”), to jednak - nie wiem, czy bezmyślnie, czy przeciwnie, z pełnym rozmysłem - używa nowomowy (a właściwie już staromowy) sugerującej, że nic ona nie kosztuje, w przeciwieństwie do bezpośredniej odpłatności. Następnie przechodzi do właściwej polemiki z moim artykułem, wyrażając na wstępie zdziwienie, że „pochwała płatnych studiów” wyszła od przedstawiciela „środowiska wolnościowego, a zatem wydawałoby się postępowego, nastawionego prospołecznie”. No cóż, zawsze myślałem, że wolność to po prostu wolność, a nie „postępowość” czy „nastawienie prospołeczne”, i że człowiek wolny jest wtedy i tylko wtedy, gdy nikt inny nie ogranicza mu swobody dysponowania swoim własnym życiem, a nie wtedy i tylko wtedy, gdy przyczynia się do jakiegoś (zdefiniowanego przez Lepiej Od Niego Wiedzący Autorytet) „postępu”, „interesu społecznego” czy „wspólnego dobra”. Ale widocznie dla p. MRV proste wydawać by się mogło słowa mają inne, ukryte znaczenie i rozumie je on inaczej. I, jak się dalej okazuje, przebija to przez cały jego artykuł.

Przejdźmy jednak do szczegółów. Mój Polemista rozpoczyna od następującego stwierdzenia: „Sierpiński kwestionuje celowość studiów twierdząc, że podobne kwalifikacje można uzyskać uczestnicząc w kursach zawodowych. Jest to oczywisty absurd. Aby zdobyć kwalifikacje inżyniera, architekta czy lekarza konieczna jest długa i wielostronna nauka, a nie uczestnictwo w kursie, na którym można się co najwyżej nauczyć kroju i szycia albo obsługi programów biurowych”. Tym samym daje dowód tego, że niezbyt wie, o czym mówi. W swoim artykule przytaczałem przykład specjalistycznych kursów informatycznych i egzaminów, które zaliczałem w pracy. Aby zdobyć wymagany certyfikat firmy Novell z zakresu administrowania sieciami NetWare (tzw. Master CNE), musiałem zaliczyć 11 egzaminów. Każdemu z owych egzaminów odpowiada kurs, który nie jest obowiązkowy (ja brałem udział tylko w dwóch, do reszty egzaminów przygotowując się ze specjalnie kupionych podręczników i opierając się na doświadczeniu zawodowym), aczkolwiek wiele osób starających się o podobne certyfikaty również go zalicza. Koszty (pokryte przez mój zakład pracy) wyniosły kilka tysięcy złotych (z czego dwa i pół tysiąca za same egzaminy), a gdybym brał udział we wszystkich kursach, wyniosłoby to grubo ponad dziesięć tysięcy. Ludzi z podobnymi certyfikatami jest w Polsce około siedemdziesięciu (może w tej chwili już trochę więcej, tylu było w chwili, gdy ów certyfikat dostawałem). Porównanie z kursami kroju i szycia lub obsługi programów biurowych wydaje się mi nie na miejscu.

Podobne (choć trochę inne - Microsoftu) egzaminy zdawali i certyfikaty otrzymywali moi koledzy z pracy - magistrowie. Również w ich przypadku koszty były podobne. Certyfikaty takie są wysoko cenione nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, a ich posiadacze na ogół nie mają problemów ze znalezieniem pracy na stanowiskach informatyków. Mogę stwierdzić również, że nie są one pustymi papierkami - całe szkolenie dało sporo wiedzy zarówno mnie, jak i moim kolegom.

W swoim poprzednim artykule zauważyłem, że po pierwsze do uzyskania takich kwalifikacji studia wyższe nie są konieczne (ja studiów nie ukończyłem, a studiowałem na kierunku zupełnie nie związanym z informatyką ani w ogóle z techniką - filozofii), po drugie zaś jak się okazuje, nie są wystarczające (skoro moi koledzy - magistrowie (jeden nawet inżynier) musieli się solidnie uczyć, by zdać wymagane egzaminy). Twierdzenie, że w zawodzie, który wykonuję potrzebne są „kwalifikacje inżyniera” jest fałszywe i jestem przekonany, że dotyczy to również wielu innych zawodów, w których pracodawcy zwyczajowo żądają od kandydatów „wykształcenia wyższego”. Co nie znaczy, że w tym zawodzie nie są potrzebne żadne kwalifikacje, albo też, że wymaga on kwalifikacji „niższych”. Nie - wymaga on po prostu innego zestawu kwalifikacji, który można zdobyć poza akademickim systemem kształcenia. I - jak widać - państwo nie musi tego subsydiować.

Owszem - są zawody (takie właśnie, jak np. lekarz), gdzie raczej nie można obyć się bez wykształcenia akademickiego (chociaż pewnie i to mogliby kwestionować przedstawiciele tzw. „medycyny niekonwencjonalnej”). Ale ja nie kwestionowałem potrzeby kształcenia ludzi w takich zawodach, pisałem jedynie (uzasadniając swoje tezy), że finansowanie „wyższego” szkolnictwa z podatków zwiększa prawdopodobieństwo wypuszczania absolwentów o zbędnych społecznie kwalifikacjach - takich, którzy będą pracować w zawodach nie mających związku z ich dyplomem lub takich, które choć pozornie mają związek, nie wymagają w istocie akademickiego wykształcenia. Albo wreszcie stworzy się dla nich specjalne stanowiska, do których będzie dopłacać państwo, czyli innymi słowy przymusowo wszyscy podatnicy, nawet jeśli nie będą widzieli w tym żadnej swojej korzyści - filozofowie kształcący dalszych filozofów, którzy będą kształcić dalszych filozofów itd., „twórcy kultury” produkujący dzieła dla garstki innych subsydiowanych przez państwo „twórców kultury”…

Na tę ostatnią sprawę p. MRV ma jednak odmienny pogląd: „Zgadzam się z tym, że filozof nie przynosi gospodarce wymiernych korzyści, lecz nie zapominajmy o kulturze. Jest ona równie potrzebna społeczeństwu jak usługi lekarza i inżyniera. Jak wygląda społeczeństwo bez wysokiej kultury można oglądać na przykładzie Amerykanów”. No cóż, większość członków każdego społeczeństwa przejawia jakieś zapotrzebowanie na wytwory ogólnie pojmowanej „kultury”. Co więcej, jest skłonna za nie dobrowolnie płacić. Te z wytworów „kultury”, które cieszą się największym powodzeniem, przynoszą ich twórcom olbrzymie pieniądze, sławę i zaszczyty. Michael Jackson czy Steven Spielberg są multimilionerami. Nie narzekają również znani pisarze, tacy jak Umberto Eco czy Stephen King, twórcy gier komputerowych, prezenterzy telewizyjni czy sportowcy. Bardzo wielu z nich nie ma „wyższego” wykształcenia, a wątpię, by znaczyło ono wiele nawet dla tych z nich, którzy je mają. Twórczości nie uczy się na uniwersytetach!

Ale zapewne dla mojego Polemisty, jak i dla wielu mu podobnych, kultura mająca powodzenie w społeczeństwie (czyli taka, na którą jest rzeczywiste zapotrzebowanie), to obrzydliwa „kultura masowa”, niegodna w ogóle miana kultury, a jeśli już, to „niskiej” - w przeciwieństwie do tajemniczej „wysokiej kultury”, której ponoć pozbawieni są Amerykanie. No cóż, jeśli w Polsce zdaniem p. MRV ową „wysoką kulturę” mamy (na razie, dopóki tacy jak ja nie przeprowadzą perfidnego planu jej zniszczenia poprzez likwidację studiów opłacanych z pieniędzy podatników), a w USA jej nie ma, to jest dla nie jeszcze jeden argument za tym, że mam rację. Bo kultura amerykańska, co by nie mówić o jej „skomercjalizowaniu”, kształtuje jednak oblicze kultury światowej, natomiast kultura polska to niestety zaścianek. Dotyczy to niemal każdej dziedziny - literatury (prawda, mamy kilku noblistów i pisarzy, których nie musimy się wstydzić, ale Amerykanie mają ich o wiele więcej), muzyki (skąd przyszedł jazz, rock, blues czy rap?), filmu (ile dobrych - tak w oczach publiczności, jak i krytyków - filmów powstało w Hollywood i innych wytwórniach amerykańskich, a ile w Polsce - nawet proporcjonalnie do wielkości kraju?), telewizji, Internetu i twórczości komputerowej, a nawet tzw. „kultury alternatywnej”. Nie pamiętam, by jakakolwiek moda czy styl życia wymyślony w Polsce zdobyły światową popularność, natomiast mody amerykańskie - i te mądre, i te głupie - kolejnymi falami opanowują świat.

Jeśli dla mojego Polemisty „wysoka kultura” to absolwenci filologii, kulturoznawstwa i innych kierunków „humanistycznych” tworzący następnie hermetyczne dzieła dla garstki swoich znajomych oraz innych absolwentów ww. kierunków, opłacani z pieniędzy podatników, to lepiej dla większości społeczeństwa, by tej „wysokiej kultury” w ogóle nie było. Jeśli ludzie nie chcą dobrowolnie płacić za wytwory takiej „kultury”, to stwierdzenie, że jest ona im („społeczeństwu”) potrzebna oznacza ni mniej, ni więcej, tylko: „Ja, Wszystkowiedzący Autorytet, wiem lepiej, co jest potrzebne członkom społeczeństwa, w którym żyję, niż oni sami”. Postawa typowa dla wszelkich autorytarystów - od komunistów i faszystów poczynając, poprzez wszelkiej maści etatystycznych polityków i biurokratów, aż do samozwańczych intelektualistów gardzących szarymi ludźmi i tym co oni lubią (ale najczęściej - tak jak wszyscy wymienieni poprzednio - pozujących na obrońców tych szarych ludzi).

Tak nawiasem mówiąc, do tworzenia kultury, nazwijmy to, niemasowej, też nie jest potrzebne akademickie wykształcenie. Nie chcesz wysługiwać się „komercji”? Proszę bardzo - możesz tworzyć dla siebie i dla znajomych, nie na rynek. Silva rerum, ziny, fanfiction, opowiadania do szuflady, kapele punkowe, rzeźba w drewnie, strony internetowe, książki wydawane własnym sumptem. Co to ma wspólnego z wykształceniem? Ja nie musiałem mieć ukończonych studiów, by napisać i opublikować w paru pismach kilka opowiadań i wierszy. Nie musiałem mieć ukończonych studiów, by pisać artykuły do gazet, by wydawać niskonakładowe pisemko, by zrobić stronę internetową. Uważam, że coś tam wnoszę do ogólnie pojmowanej „kultury” i nie widzę, by tytuł magistra czy doktora coś tu zmienił (no, może różne snoby cierpiące na tytułomanię trochę inaczej by na to patrzały). Znam też wiele innych osób bez akademickiego wykształcenia, a nawet bez matury, którzy także coś do tej „kultury” wnoszą. I nie żądają, by państwo sponsorowało ich za pieniądze zabrane podatnikom.

„Zgodzę się, że wiele osób kończy wspomnianą filozofię tylko po to, aby mieć jakikolwiek dyplom, lecz nawet wtedy pieniądze wyłożone przez nas wszystkich na ich studia nie idą na marne - przecież w końcu człowiek po filozofii ma szersze perspektywy niż ten, który studiów nie skończył” - twierdzi dalej p. MRV. Prawdę mówiąc, jest to stwierdzenie dla mnie osobiście obraźliwe, ponieważ ja właśnie studiów nie ukończyłem. Czy gdybym napisał pracę magisterską i zdobył dyplom, to moje perspektywy w jakiś magiczny sposób by się poszerzyły? Jestem absolutnie pewien, że nie, i uważam przy tym, że mimo braku dyplomu moje perspektywy są w miarę szerokie. Za to widziałem wielu ludzi, którzy mimo posiadania dyplomu sprawiali wrażenie osób o bardzo wąskich perspektywach. Twierdzenie, że ukończenie studiów „poszerza perspektywy” jest dla mnie jeszcze jednym sloganem, przy pomocy którego kasta akademickich intelektualistów i kandydatów do ich grona usiłuje wmówić reszcie społeczeństwa swoją wyższość (nieprzypadkowo studia akademickie zwane są wyższymi). Owszem, studiowanie (nie mylić z byciem studentem) poszerza pewien zakres wiedzy, ale coś takiego można powiedzieć i o moim szkoleniu zawodowym, i o nieformalnym, samodzielnym czytaniu książek z biblioteki. Nie ma powodu, by szkolenie akademickie traktować tu w sposób specjalny.

Poza tym - nie rozumiem, jaką korzyścią dla mnie i innych podatników miałoby być to, że nasze pieniądze posłużyły „poszerzeniu horyzontów” kogoś, kto ukończył jakieś studia? Może zostanie on dzięki temu kolejnym politykiem, subsydiowanym przez państwo intelektualistą, biznesmenem robiącym kasę na kontraktach z rządem czy innym społecznym pasożytem bogacącym się bez naszej zgody naszym kosztem? Może zostanie ideologiem, którego teorie przyczynią się do śmierci tysięcy lub nawet milionów ludzi? Może zostanie mózgiem przestępczego gangu? Nie ma żadnej reguły, która mówiłaby, że człowiek o „szerszych horyzontach” musi być koniecznie bardziej pożyteczny społeczeństwu, czy mnie osobiście jako podatnikowi, niż człowiek o wąskich horyzontach…

„Jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, czemu anarchiści zamiast wzajemnej pomocy, tworzenia wspólnoty głoszą hasła podobne do pana Korwina-Mikke” - stwierdza wreszcie mój Polemista. „Podatki bowiem, mimo swej niedoskonałości organizacyjnej, na skutek której połowa naszych pieniędzy jest tracona w machinie biurokratycznej, a duża część idzie na cele, których wcale nie chcielibyśmy finansować, są w istocie jedyną metodą realizacji celów wyższych niż interes jednostki. Dzięki podatkom możliwe są remonty dróg, renowacja zabytków oraz właśnie edukacja. Wspólnota chcąc zapewnić sobie lepsze życie musi dbać o wykształcenie swych członków”. I tak oto dochodzimy do sedna sprawy - dla p. MRV jedyny sposób realizacji celów ponadjednostkowych to przymus. Edukacja, renowacja zabytków czy remonty dróg mają być niby celami całej „wspólnoty”, ale zdaniem mojego Polemisty członkowie tej wspólnoty są najwidoczniej tych celów na tyle nieświadomi, że gdyby ich nie zmuszać, to nigdy by owych celów nie realizowali - jedyną metodą są tu podatki.

Owszem, dla mnie np. renowacja zabytków nie jest niczym istotnym. Prawdę mówiąc, nie dałbym dobrowolnie ani grosza na ten cel, bo los zabytków (szczególnie tych, których nigdy nie będę widział na oczy) jest mi właściwie obojętny. I nie rozumiem, dlaczego cel miłośników zabytków ma być ogłaszany i narzucany mi jako cel całej „wspólnoty”. Jestem przekonany, że ludzi uważających podobnie znalazłoby się jeszcze wielu. Przy pomocy podatków miłośnicy zabytków (jeśli będą mieli wystarczające wpływy w państwie) mogą nas zmusić do finansowania renowacji zabytków. Ale nazywanie tego celem całej „wspólnoty” - jeśli przez tę ostatnią rozumiemy całą zamieszkującą dane terytorium społeczność - czy też „wspólnym dobrem” jest zwykłym oszustwem. Jest to cel co najwyżej części „wspólnoty” - i jeśli ktoś uważa, że cel ten jest ważniejszy od celów („interesów”) pozostałych członków tej „wspólnoty” na tyle, że usprawiedliwia ich zmuszanie do składania się na ten cel, to jest zwykłym, jawnym autorytarystą, a nie wolnościowcem. Nie jest też anarchistą - zwolennikiem nieistnienia państwa, bo każda „wspólnota” tak postępująca jest z definicji właśnie państwem (i to bynajmniej nie państwem-minimum).

Jeśli rzeczywiście istnieje grupa ludzi, która uważa, że dla nich wszystkich będzie korzystniej, jeśli ich dzieci i część z nich samych odbierze określone wykształcenie, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wspólnie łożyli na ten cel. Wtedy utworzą oni autentyczną wspólnotę (z rzeczywiście wspólnym celem), a nie pseudowspólnotę opartą na przymusie i narzucaniu celów jednych ludzi innym ludziom. Jeśli p. MRV uważa, że „w imię wspólnego dobra” powinien płacić na naukę cudzych dzieci i akademickie studia innych, to może to robić dobrowolnie. Ale nie - jak wszyscy autorytaryści chce on narzucić swoje cele siłą wszystkim innym. „Ja, Wszechwiedzący Autorytet, wiem najlepiej, co jest waszym wspólnym dobrem”…

„Jak na razie jednak istnieje państwo i swojego losu nie poprawimy znosząc podatki, w tym właśnie „bezpłatne” studia. Doprowadzi to jedynie do nędzy mniej zaradnych i niesprawiedliwego wzbogacania się jednostek silniejszych. I niestety fałszywym zdaje mi się dogmat o naturalnej dobroci człowieka. Człowiek jest w głębi swej natury zwierzęciem, kierowanym instynktami każącymi mu przetrwać za wszelką cenę i tylko jego człowieczeństwo, będące efektem wychowania, rozmyślań, studiów (!) powoduje tłumienie pierwotnych instynktów” - konkluduje „anarchista” (?) MRV. Jak na dłoni widać przekonanie o tym, że tak naprawdę jedynie państwo i jego przymusowy system podatkowy chroni słabszych przed silniejszymi, ogranicza niesprawiedliwe wzbogacanie się i chroni „mniej zaradnych” przed nędzą. Zapewne jakaś niewidzialna ręka (ale bynajmniej nie rynku) wybiera do rządzenia tym państwem ludzi kierujących się „wspólnym dobrem”, a nie instynktami (choć od czasu do czasu trafi się taki Balcerowicz, budujący system, który „pomaga bogatszemu stać się jeszcze bogatszym, a biedniejszemu jeszcze biedniejszym”), którzy to ludzie decydują za nieświadomych owego „dobra” głupców i trzymają w ryzach niegodziwców…

Jacek Sierpiński

P. S. Tekst mojego Polemisty dostępny jest pod adresem http://free.polbox.pl/m/mrv1/HL/headless.html

gazeta_an_arche/bezholowie.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/30 12:02 przez gigabyte