"Gazeta An Arché" nr 55 - zamknięto 13 XII 1998
Co wolno wojewodzie...
W ostatnim czasie coraz bardziej niepokojące wieści dochodzą z gabinetu wojewody katowickiego - Marka Kempskiego. Po próbach ograniczeń w postaci zakazu handlu w niedzielę (niedziela - dzień święty), który miał być wprowadzony w Katowicach oraz nieudanej próbie „rozwiązania problemu” narkomanów - to znaczy eliminacji ich z centrum miasta (pomysł okazał się bezzasadny - ba, sprzeczny z literą prawa) w głowie dobroczyńcy tłumów zrodził się kolejny pomysł. Wojewoda poinformował, iż wypowiada wojnę zorganizowanej przestępczości (czyżby chciał usunąć władze wojewódzkie - a to anarchista) i dlatego będzie dążył do wyeliminowania z miasta Katowice (a później z całego przyszłego woj. śląskiego) agencji towarzyskich jako skupiska zorganizowanej przestępczości i miejsca, w którym przestępcy piorą brudne pieniądze. Co ciekawe - taki postulat bardzo chwyta tzw. ogół społeczeństwa, a wojewoda staje się obrońcą miasta i mieszkańców.
Tymczasem pan Kempski faktu prania brudnych pieniędzy nie udowodnił, za to w ten sposób pozbędzie się problemu i znowu „zatriumfuje sprawiedliwość”, a w policyjnych statystykach pojawi się element walki z przestępczością zorganizowaną i może spadną jakieś pieniążki z centrali. Mało tego, do swojego postulatu dołączył kolejny - będzie dążył do przeniesienia na obrzeża miasta nocnych sklepów sprzedających alkohol. Nie myślcie, że zapomniał o narkomanach - miał swojego czasu pomysł by wywozić ich do specjalnych punktów na obrzeżach miast (ciekawe za czyje pieniądze) i do tego pewnie angażować policję, straż miejską czy służby medyczne (marnując tym samym ich czas i pieniądze po to by wykorzystać te do swoich partykularnych celów).
No i co, postulaty wydają się dla wielu mieszkańców być wyrazem głębokiej troski o nich, jednak zarówno oni, jak w głównej mierze wojewoda zapominają - czy raczej mają gdzieś swobody ekonomiczne. Przecież w świetle prawa - które winno być dla wojewody wyznacznikiem - wszystkie te punkty (sklepy, agencje) działają legalnie, ba - posiadają (w przypadku monopolowych) koncesję na sprzedaż alkoholu (dodatkowe uprawnienie), ale widocznie dla wojewody to wszystko jedno. Na marginesie dodam, iż istnienie burdeli (tak dosłownie o nich mówi wojewoda) jest z tego co wiem nielegalne, natomiast statut agencji towarzyskiej już tak - czy to nie chore? Wojewoda nie przejmuje się legalnością tychże w ogóle - ostatnio w lokalnej stacji telewizyjnej na pytanie redaktora, który przypominał, że ustawa o działalności gospodarczej, jak i żadna inna nic nie mówi na temat nielegalności istnienia tego typu miejsc w centrach miast, wojewoda odpiera ów zarzut słowami, że chyba nie o takim samym prawie obydwaj rozmawiają. No cóż, wojewoda widocznie może postępować wbrew, czy stać ponad prawem - czego już raz dokonał, ale co wolno wojewodzie… Cała sprawa jest raczej groteskowa niż komiczna, gdyż tego typu postulaty - czego się obawiam - mogą zostać realizowane za pomocą ekonomicznego szantażu - sklepom odbierze się koncesje itd. A póki co delegalizowanie, czy stosowanie tego typu taktyki raczej nikomu na dobre nie wyszło. Ze swej strony proponuję zdelegalizować i w ogóle wyrzucić z miasta urząd wojewódzki jako siedlisko największego zagrożenia dla społeczności przyszłego województwa śląskiego, szczególnie dla swobód osobistych tychże. Postawa uszczęśliwiania na siłę i dbania o tzw. „dobro społeczne” staje się w Katowicach coraz bardziej arogancka i niebezpieczna.
Czarek