"Gazeta An Arché" nr 59 - zamknięto 8 X 1999


Demoliberalne dylematy

1. „Satanizm już dawno odrzucił mordy rytualne, choć wciąż uznaje szczególną moc krwi dzieci”. Niechętne mu plotki rozpuszczają chrześcijanie, ale jak wiadomo jest to religia hipokrytów. Podobnie i nowoczesne czarownice już nie kontaktują się ze złymi siłami, ale głoszą hasła powrotu do natury i pomagają zwykłym śmiertelnikom przy użyciu białej magii.

Te sensacyjne informacje - stawiające satanizm w zupełnie nowym świetle - udało mi się uzyskać z pewnego odcinka serialu „Archiwum X”. Agentka Sculli podkreśliła, że dzisiejsze prześladowania satanistów przypominają kampanię nienawiści, jaką naziści rozpętali przeciwko Żydom. Zasugerowała, że opowieści o mordach rytualnych satanistów są tyle samo warte, co analogiczne wypowiedzi o żydowskich mordach rytualnych. W świetle niedawnych wydarzeń w Rudzie Śląskiej teza ta nabiera niezwykle śmiałego charakteru, chyba niezamierzonego przez Chrisa Cartera - głównego scenarzystę serialu.

Przypomnijmy, że wypowiedzi podobne do agentki Sculli ogłosiło na początku 1999 r. (właśnie przy okazji sprawy mordu w Rudzie Śląskiej) kilka znanych postaci naszego życia publicznego. Dotyczyły one zespołów rockowych, które odwołują się do satanizmu, a ich autorzy mienili się nieprzejednanymi obrońcami wolności słowa. „Czy rzeczywiście muzyka ma taki wpływ na ludzi? Skoro jest tyle piosenek o miłości, to dlaczego ludzie się nie kochają?” - pytał retorycznie p. Hołdys na łamach „Gazety Wyborczej”. „Zbrodnia z Rudy Śląskiej to jedno, a ile jest zbrodni po wódce, a nikt nie zakazuje alkoholu. Co z tego, że muzycy Kata wieszają sobie odwrócone krzyże. Jeżeli nie zabili człowieka, nie powiesili kota - to mogę z nimi dyskutować, a nie zakazywać”. Ta wypowiedź jest charakterystyczna. Żaden z komentatorów nie przyznał się do swojej niechęci do Kościoła i że w związku z nią cieszy go myśl o młodych ludziach pogujących do rytmu satanistycznych dźwięków. Natomiast co do jednego usiłowali nas przekonać, że ich sympatia dla Kata & co. wynika z szacunku dla wolności słowa.

Owi „szermierze wolności słowa” jeszcze nie zdołali ochłonąć o walce w obronie satanizmu, a tymczasem czekać ich powinna kolejna kampania. I proszę mi wierzyć, przy tej sprawie sam Anton LaVey to mały pikuś. Tu już nie chodziło o prawo do wyznawania swoich poglądów przez autorów kilku trupów czy artystycznie przestawionych nagrobków. Koniec rozgrzewki i zabawy w kąsanie fanatyków po łydkach! Dopiero teraz zobaczymy, jak wielka jest determinacja naszych elit w walce z wszelkimi formami zacietrzewienia. Zacznijmy jednak od początku.

2. Problem rzeczywistych rozmiarów Holocaustu powstał tuż po Wojnie, w związku z procesem norymberskim. Obiektywna analiza materiałów wskazuje na kompletną niespójność relacji świadków żydowskich, zeznania od niemieckich oficerów wymuszano torturami, upijaniem alkoholem, podpisywali dokumenty w nieznanym im języku, sądzono ich praktycznie bezprawnie, czy jak kto woli odwołując się do prawa natury. A to nie może stanowić podstawy do wyrokowania sądów. Do tezy takiej przekonały mnie teksty na łamach „Gazety Wyborczej” publikowane przy okazji dyskusji o zapisaniu prawa naturalnego w Konstytucji. Chyba, Ze prawo naturalne, do którego się odwołuje GW przy „holocauście żydów' to jakieś normy wyższego rzędu w stosunku do prawa naturalnego, które potępia przy okazji mówienia o „holocauście nienarodzonych”…

Oczywiście wcale to nie znaczy, że Żydom w czasie Wojny nie działa się krzywda - tezy takiej nie stawia żaden poważny rewizjonista. Ale niejasności posłużyły niektórym do podważania oficjalnych danych o rozmiarach tego mordu. W latach 90-tych rewizjonizm dotarł do Polski. Stosowne publikacje zaczęły się ukazywać jeszcze w 1996 r. Jednak bomba mogła eksplodować dopiero teraz, po przyjęciu ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która zakazuje „publicznie i wbrew faktom zaprzeczać zbrodniom komunistycznym i nazistowskim”. Pierwszą jej ofiarą stał się p. dr Dariusz Ratajczak, pracownik naukowy z Opola, który w nakładzie kilkuset egzemplarzy wydał książkę „Niebezpieczne tematy” przedstawiającą tezy rewizjonistów. Sprawa jest kuriozalna, bowiem autor nie jest rewizjonistą, tylko opisał ich poglądy, a w chwili złożenia doniesienia w prokuraturze sprzedanych było 5 (słownie: pięć) jej egzemplarzy. I dodajmy, że mimo braku orzeczenia sądu został usunięty z uczelni.

Oczywiście kontekst pojawienia się tej sprawy jest dosyć czytelny. 14 kwietnia 1999 r. rozpoczęła się pierwsza runda rokowań na temat odszkodowań za zbrodnie III Rzeszy, gminy żydowskie wyrażały właśnie niezadowolenie z powodu sposobu zagospodarowania Umschlagplatz w Warszawie, zbliżała się kolejna pielgrzymka wyznawców Religii Holocaustu - w czasie trwania której obawiano się jakichś zdecydowanych prowokacji p. Świtonia, etc. Ale to, że rozumiemy polityczne racje kryjące się za oficjalną reakcją w tej sprawie, nie zmienia tego, że zniszczono w niej człowieka. Co z „wolnością słowa”, która tak spędzała autorytetom sen z powiek przy okazji satanizmu? Gdzież się tropiciele „fanatyzmu”, który nie umie się pogodzić z pluralizmem światopoglądowym w kwestii Holocaustu? P. Ratajczakowi odebrano nawet prawa do wykonywania zawodu nauczyciela. A gdzie standardy europejskie? Orzecznictwo strasburskie zabrania wydalania z pracy nauczyciela za np. marksizm. Czyżby faszyzm był gorszy? Ten sam numer „Wyborczej”, który z takim oburzeniem pisał o Ratajczaku, opisał inne ważne wydarzenie w Opolu - teatralne Konfrontacje. Zachwycony reporter pisał o reklamie festiwalu, z której „lubieżnie machał swoją trąbą słoń”. Podejrzewam, że gdyby p. Ratajczak zamiast ruszać interesy lobby żydowskiego rozlepiał na mieście plakaty, na których by „lubieżnie machał swoją trąbą”, to GW pierwsza by go broniła. Z powodu „wolności słowa i wypowiedzi artystycznej”. A ja obserwując podobne dysproporcje zaczynam dochodzić do wniosku, że w oczach naszych elit owa „wolność wypowiedzi” to tylko narzędzie do naruszania świętości swoich własnych przeciwników. Narzędzie, które zamienia się na policyjną pałkę i kajdanki, kiedy to ktoś chce wolność słowa wykorzystać do zaatakowania światopoglądu rządzącej elity.

Ponownie w tym miejscu przypomina mi się wspomniany odcinek „Archiwum X”. Otóż jeden z członków satanistycznej grupy, a zarazem nauczyciel w college'u, głosi wzruszającą kwestię o tym, jak wiele pokoleń wcześniej jego rodzina ze względu na wiarę w diabła musiała uciekać przed „fanatykami”. Oczywiście w tym wypadku odebranie prawa do wykonywania zawodu byłoby kontynuacją tych szykan. Tym bardziej musi razić zaściankowość p. Bartoszewskiego, który w „Wyborczej” podnosił pomysł zamknięcia Ratajczaka w szpitalu psychiatrycznym - jak sądzę zainspirowany przykładem Knuta Hamsuna. A nie lepiej by było go od razu zarżnąć i powiesić za nogę - jak Mussoliniego? Albo wsadzić do klatki po gorylu i publicznie na niego oddawać mocz - jak to Amerykanie zrobili z Ezrą Poundem? Dopiero tak byśmy pokazali faszystom, że nie ma dla nich miejsca w demokratycznym społeczeństwie. „Znajdzie się kij na faszystowski ryj”! „Don't worry, bij nazi”! „Nie pij wódki, nie pij wina, kup karabin, zabij skina”! „Faszyzm nie przejdzie”! No pasaran! NIGDY WIĘCEJ!!!

3. Sytuacja się robi ciekawa. Oto owi przerażający „faszyści”, przed których inwazją ostrzegają wszystkie Autorytety, bronią zasady wolności światopoglądowej przed zakusami liberałów. Oczywiście pluralizm jest przez ten typ środowisk traktowany bardzo instrumentalnie - ale to już zupełnie inna sprawa. Podobnie jak i moje cyniczne żarciki z wolności słowa wydają się wysoce nie na miejscu. To chyba oczywiste, że „czym innym jest rzetelne badanie historii, czym innym zaś cyniczne oddziaływanie na świadomość historyczną młodego pokolenia”, jak to tłumaczył w „Wyborczej” p. Pankowski, redaktor antyfaszystowskiego pisma „Nigdy Więcej” (w lipcu 1998 r.). W tym samym akapicie zwraca uwagę, że o ile w PRL cenzura „zakłamywała fakty”, to cenzura demoliberalna w swojej istocie broni prawdy przed „faszystowskimi” manipulantami, którzy wolności słowa nadużywają. Kłopot z rozumowaniem p. Pankowskiego tkwi w tym, że PRLowska cenzura też twierdziła, że nas broni - przed manipulacjami burżuazyjnej propagandy USA.

Ale niestety przemyślenia te całkowicie pokrywają się ze sposobem patrzenia na świat zachodnich elit. W 1987 r. Sąd Najwyższy USA zabronił nauczania w szkołach poglądu, że świat został bezpośrednio stworzony przez Boga. Oczywiście było to „cyniczne oddziaływanie” i nadużywanie wolności słowa. Ale w 1998 r. oddalił wniosek o wstrzymanie publikacji fachowego podręcznika dla zawodowych morderców. Oczywiście z powodu „wolności słowa”. Podobne dysproporcje znajdziemy w zestawieniu spraw „faszyzm” - satanizm na naszym lokalnym, polskim gruncie. Redaktor „Nigdy Więcej” uważa, że najlepszym przykładem nadużywania wolności są „faszystowskie zespoły rockowe” promowane na łamach „Myśli Polskiej”. Moje polityczne oszołomstwo nakazuje mi to zestawić z fragmentem wspominanej wypowiedzi p. Hołdysa o muzykach satanistycznych. Oczywiście był on przeciwny wszelkim ograniczeniom. I dodawał: „jeżeli wprowadzimy zakaz, to kto będzie określał, która muzyka nawołuje do zbrodni? Marek Jurek, który bije swoje dzieci?”. Skoro p. Hołdys jest takim zagorzałym zwolennikiem wolności słowa, to czemu nie bronił również rubryki Narodowa Scena Rockowa na łamach „Myśli Polskiej”?

Jakież to szczurze i żałosne. Żaden z tych ludzi nie ma odwagi powiedzieć: „nie cierpię Kościoła i antysemitów. Nienawidzę ich tak bardzo, że wykorzystam każdą okazję, aby promować satanistycznych wrogów chrześcijaństwa i zamykać usta każdemu antysemicie”. Co do jednego woleli ukryć swoje poglądy pod maską wolności słowa - zapewne dlatego, że wartość ta jest dziś w modzie. I zaledwie kilka tygodni później sprawa dr Ratajczaka udowodniła jak w rzeczywistości niewielkim szacunkiem nasze elity darzą wolność współobywateli.

4. Zimą 1998/99 mogliśmy się delektować okładką Playboya, na której Kora Jackowska dumnie prężyła swoje szczątkowe gruczoły piersiowe. (Kora dla korników! Wolimy Pamelę! A swoją drogą ma zapewne bardzo taktownego mężczyznę - skoro nie odradził jej pomysłu prezentowania swoich bardzo wątpliwych i nad wyraz dyskusyjnych uroków na łamach wysokonakładowej prasy…). Tą skromną osobę przypominam na zakończenie tego tekstu ze względu na o kilka miesięcy wcześniejszą jej wypowiedź, że „każdego fanatyka należałoby rozpuścić w kwasie solnym”. Oto dopiero logiczny paradoks - wzywać do mordowania wszystkich, którzy sami byliby ewentualnie gotowi zabijać dla swojej ideologii - czyż przypadkiem wypowiadająca tę sentencję Kora nie powinna w pierwszej kolejności uśmiercić sama siebie?! Powyższe zdanie jest kwintesencją postawy, którą ja na swój prywatny użytek nazwałem „liberalnym fundamentalizmem” czy też „demokratycznym fanatyzmem”. Fundamentalizmem i fanatyzmem, który w sytuacji, gdy rządzi demoliberalna elita, stanowi dla naszej wolności zagrożenie bardziej realne, niż popierany przez kilka procent społeczeństwa klerykalizm czy „faszyzm”. Że już o prawdziwym faszyzmie nawet nie wspomnę…

Robert Nogacki

gazeta_an_arche/demoliberalne_dylematy.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/26 01:26 przez gigabyte