"Gazeta An Arché" nr 35 - zamknięto 26 IV 1996


Do odpowiedzi J. Sierpińskiego z nr 34 uwag kilka

Patrzysz Jacku na świat z punktu widzenia, który jest nie tylko subiektywny, ale i wielce teoretyczny. Ot choćby własność (środków produkcji, przede wszystkim ziemi, a nie samochodu czy chlebów - ta mnie niezbyt ogranicza). W krajach 3-ego świata wielcy właściciele ziemscy wykupują za bezcen lub często zawłaszczają siłą wielkie połacie ziemi, pozbawiając biedotę wiejską środków do życia. Ziemia ta często nie jest użytkowana, sądzę, że brak własności środków produkcji mógłby rozwiązać wiele problemów w tamtym rejonie świata (nie tylko tamtym - u nas też sporo ziemi leży odłogiem, warunki proponowane przez państwo sprawiają, że ludzi nie stać na jej kupienie czy dzierżawę, a gdy zajmują teren od wielu lat przez nikogo nie zagospodarowany - jak np. Jacob na Czarnym - mogą być usunięci). To samo dotyczy skłotingu opuszczonych od lat lokali. Zwróć zresztą uwagę, iż zastąpienie własności użytkowaniem czyniłoby każdego pracującego na niej współużytkownikiem (stan faktyczny stawałby się prawnym), czego w wypadku tej pierwszej nie ma! „Przymus ekonomiczny” (rozumiany jako zagrożenie śmiercią głodową) nie różni się od przymusu bezpośredniego (zagrożenia śmiercią ze strony drugiej osoby), bo także jest wywierany przez innych (to drugi człowiek nie dopuszcza mnie do „swego”, a każda własność wiąże się z jej ochroną przy użyciu przemocy; chyba nie wierzysz w to, że własność istnieje realnie, samoistnie, poza użyciem przemocy?!). Ale zniewolenie nie musi być dziełem jedynie drugiej osoby - przynajmniej bezpośrednio - ale naszym „własnym” (na ile nasza wizja świata jest naszym dziełem, na ile nasze lęki i pragnienia są nimi?! Sądzisz zapewne, że ty sam je kształtujesz, ale jesteś wyjątkiem, wielu po prostu ulega innym - nie muszą, chcą, tak jak ktoś z pistoletem przy głowie nie musi, ale chce żyć. Zaszczuć można nie tylko pisząc coś komuś na drzwiach - tak to się robi na Śląsku? - ale np. przez bojkot kogoś, kto nie chce być taki jak my, nie ma naszych lęków i pragnień - zaczyna się od „zjedz zupkę, chcesz żeby mamusia cię kochała!?”. Są tacy, którzy potrafią się temu oprzeć, ale potrafią i przemocy otwartej, fizycznej a nie moralnej, się nie bać). Wreszcie ostatnia kwestia - realizacja ideału życia bez lęków, pragnień i wyobrażeń - oświecony jest sobą nawet w Auschwitz, lecz ja nie jestem oświecony. Mogę dążyć do tego ideału, ale póki go nie osiągnę - potrzebuję minimum bochenka chleba i 2 litrów wody dziennie, w naszym klimacie jakiegoś ubrania i dachu nad głową oraz minimum akceptacji dla mojej odmienności. Inaczej „głodnemu chleb na myśli”, a nie oświecenie. Można się i dziś urwać prawom rynku czy państwa (żyć na zaskłotowanej ziemi nie płacąc podatków i paląc marihuanę…), można nie ulegać opinii większości skazując się na ostracyzm, ale koszty tego są dla większości zbyt duże, dlatego uciekają od wolności sami i chcą zmusić do tego innych.

JAny

P. S. Skoro zło nie tkwi we własności, to może i w podatkach, paragrafach etc., a jedynie w przemocy, która stoi tak za prawem własności, jak i za nimi? Ale rozumując w ten sposób do niczego nie dojdziemy… Dla mnie warunki życia w wolności bez konieczności stałej walki z represyjnym systemem to zastąpienie własności użytkowaniem, wyrzeczenie się przemocy i akceptacja prawa drugiego człowieka do życia po swojemu (wzajemnie zresztą).

P. S. II - podtrzymuję w pełni „PS.” z poprzedniego tekstu; może „wolność to bycie żywym trupem”, może w życiu jest ona zbędna i lepiej ulegać modom czy przemocy, nie nazywając jednak tego wolnością… Tak jest mniej miło, ale uczciwiej! (A wyrywanie słów z kontekstu do niczego nie prowadzi, zwłaszcza gdy się je przekręca - jak z „kontrolowaniem rzeczy z ich/swojego otoczenia” - oj, nieładnie Sierpu, nieładnie!).


MOJE 3 GROSZE: Pisałeś o kontrolowaniu rzeczy z otoczenia „wszystkich istot”, a więc i ze swojego; a nawet jak miałeś na myśli jedynie inne istoty, to przecież rzeczy z mojego/twojego otoczenia są jednocześnie rzeczami z otoczenia tych innych… A co do użytkowania, to tak samo jak własność wiąże się ono z jego ochroną przy użyciu przemocy w przypadku konfliktu między aktualnym użytkownikiem a kimś, kto chciałby tym użytkownikiem zostać. Sam prawny tytuł współużytkowania nic nie daje, liczy się kontrola nad użytkowaną rzeczą i pobieranymi z niej pożytkami, podział tejże zależałby zaś od umowy między dotychczasowym(i) i nowo przyjmowanym pracownikiem/użytkownikiem: podobnie jak obecnie pracodawca zachowuje sobie, najmując pracownika, (dzięki lepszym „warunkom startowym”) kontrolę nad majątkiem przedsiębiorstwa i zyskami, tak samo w przypadku prawa chroniącego użytkowanie robiliby dotychczasowi użytkownicy (chyba żeby im tego odgórnie zabronić). Tak więc zmiana własności na użytkowanie nie rozwiązuje problemu „przymusu ekonomicznego”. Inni dalej nie będą dopuszczać cię do „swego” (przez siebie użytkowanego), a jeśli dopuszczą, to na swoich warunkach…

Jacek Sierpiński

gazeta_an_arche/do_odpowiedzi_j._sierpinskiego_z_nr_34_uwag_kilka.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 22:19 przez gigabyte