"Gazeta An Arché" nr 61 - zamknięto 12 III 2000
Dużo hałasu o nic?
Politycznym wydarzeniem ostatnich tygodni w Europie stało się niewątpliwie utworzenie w Austrii nowej koalicji rządowej i nowego gabinetu z udziałem dotychczasowego outsidera - Wolnościowej Partii Austrii (Freiheitlichen Partei Österreichs - FPÖ) kierowanej przez Jörga Haidera. Jak wiadomo, wejście tej partii do koalicji rządowej wywołało bezprecedensowe ataki i naciski ze strony establishmentu rządzącego w pozostałych krajach Unii Europejskiej, do których przyłączyły się także rządy USA i Izraela. Oficjalnym powodem takiej reakcji była przejawiana przez FPÖ i jej lidera niechęć do imigrantów, co w połączeniu z paroma niefortunnymi wypowiedziami p. Haidera sprzed lat (które uznano za pochwałę nazizmu, a za które lider FPÖ oficjalnie przeprosił) wystarczyło, by przyczepić „Wolnościowcom” łatkę rasistów i neonazistów.
Śledząc wypowiedzi w mediach i dyskusje internetowe odnoszę wrażenie, że wrogość okazywana (zresztą nie od dziś) p. Haiderowi i jego partii przez eurokratów i ich sympatyków spowodowała, iż wielu ludzi o poglądach wolnorynkowych zaczęło postrzegać FPÖ jako „partię protestu” nie tylko przeciwko skorumpowanym elitom politycznym, ale również przeciwko welfare state i ingerencji państwa w gospodarkę w ogóle. Amerykański publicysta związany z tamtejszym ruchem wolnościowym, Justin Raymondo, nazwał FPÖ „wolnościową partią prawicy”, która „naprawdę rywalizuje z naszą własną Partią Wolnościową [Libertarian Party] tutaj w Stanach Zjednoczonych, jeśli chodzi o stopień ideologicznej czystości”. Program gospodarczy FPÖ to „klasyczny (inaczej rynkowy) liberalizm”. Raymondo powołał się tu na książkę Hansa Georga Betza Radykalny prawicowy populizm w Europie Zachodniej (Radical Right-Wing Populism in Western Europe), wedle której Haider i FPÖ są zwolennikami „fundamentalnego liberalizmu” opartego na „popieraniu wolności jednostki i mocnym nacisku na indywidualne zdolności i preferencje”. W „Wall Street Journal” z 4 lutego br. opublikowany został artykuł autorstwa p. Jacoba Heilbrunna, w którym lider FPÖ został określony jako „zmodernizowany prawicowiec będący szermierzem wolnorynkowej gospodarki”, który „podwędził większość programu z Heritage Foundation i Cato Institute”. W Polsce Unia Polityki Realnej - najbardziej wolnorynkowa partia w naszym kraju - wydała oświadczenie, w którym wyraziła nadzieję, że „sukces pana Haidera jest wydarzeniem, który zapoczątkuje zdecydowaną zmianę kursu światowej polityki w prawo”, co w ustach - że się tak wyrażę - tej partii oznacza nadzieję na zmianę owego kursu w kierunku radykalnie wolnorynkowym i respektującym wolność jednostki, a działacze śląskiego okręgu UPR zaprosili lidera FPÖ na Górny Śląsk, życząc mu jednocześnie „wielu sukcesów i owocnych działań”.
Niestety okazuje się, że zarówno przyjęty jeszcze w 1997 r. program FPÖ, jak i konkretne obietnice zawarte w tzw. „Umowie z Austrią” nie potwierdzają wizerunku p. Haidera i jego partii jako wolnościowców i radykalnych wolnorynkowców (choć daleko im do nazistów). Owszem, „Wolnościowcy” dążą do ograniczenia w pewnym stopniu państwowej biurokracji oraz pewnej liberalizacji gospodarki i wyrwania jej spod władzy politycznych elit (i w tym sensie rzeczywiście są „partią protestu”), a także uracjonalnienia wydatków z budżetu państwa i zrównoważenia budżetu, ale nie wydaje się, by podważali fundamenty welfare state czy zmierzali do całkowitego wycofania się państwa z gospodarki. Można mieć również zastrzeżenia co do tego, jak zamierzają oni respektować osobistą wolność jednostki - program ich pod tym względem sporo odbiega od amerykańskich wolnościowców, z którymi chce porównywać ich p. Raymondo.
Ale po kolei. „Umowa z Austrią” obiecuje m. in. 15-procentową redukcję liczby urzędników państwowych w ciągu czterech lat, likwidację rządowych przywilejów „od samochodów służbowych do ministerialnych emerytur uzyskiwanych po czterech latach pracy” i nadanie Narodowemu Urzędowi Rewizyjnemu (odpowiednikowi polskiej NIK) niezależności takiej, jaką cieszą się sądy. Obiecuje także „więcej demokracji” - ustanowienie instytucji referendum ustawodawczego na wzór Szwajcarii. Jeśli chodzi o gospodarkę i finanse, obietnice dotyczą zniesienia obowiązkowego członkostwa w izbach gospodarczych, zezwolenia prywatnym operatorom na nadawanie programów radiowych i telewizyjnych bez koncesji, redukcję niektórych dotacji (dla artystów - prawdopodobnie dlatego zaliczają się oni do najzacieklejszych krytyków „Wolnościowców” - dla prasy, o połowę dla partii politycznych, zastąpienie dotacji dla rolnictwa wyrównaniem za „usługi ekologiczne”), zmniejszenie stawki podatku dochodowego o 3-5% i konstytucyjne ograniczenie długu publicznego do 60% produktu narodowego brutto (ta propozycja ma być poddana pod referendum) - celem długoterminowym jest państwo bez długów zrównoważony budżet „tak, jak jest to obecnie w Norwegii”. FPÖ obiecuje także uwłaszczenie lokatorów stowarzyszeń mieszkaniowych (takich ichniejszych spółdzielni działających na podstawie specjalnej ustawy). Te obietnice są niewątpliwie krokiem w kierunku zwiększenia wolności rynku i ograniczenia przerośniętego państwa, choć trudno mówić tu o jakichś radykalnych, systemowych zmianach.
W „Umowie z Austrią” znajdują się także obietnice dotyczące funkcjonowania „sfery socjalnej”: obietnica „ulżenia” państwowemu systemowi emerytalnemu poprzez „zachęcanie” do dodatkowych „firmowych i prywatnych” emerytur oraz obietnica zmiany systemu obliczania kosztów opieki medycznej tak, by opierały się one na faktycznych kosztach leczenia, a nie długości pobytu w szpitalu. Widać tu niewątpliwie chęć ograniczenia marnotrawstwa, ale nie ma mowy o częściowym choćby odejściu - nawet w perspektywie długofalowej - od przymusowo finansowanego, państwowego „socjalu”. Potwierdza to zresztą sam program FPÖ, o czym za chwilę.
Jeśli chodzi o imigrację, to „Umowa” potwierdza, że partia ta nie lubi „obcych”. „Obiecujemy nie pozwolić, by Austria stała się krajem imigracji. Istniejące ustawodawstwo dotyczące cudzoziemców nie może zostać znowu złagodzone. W celu umożliwienia deportacji wielkiej liczby nielegalnych imigrantów powinien zostać w Austrii wprowadzony obowiązek identyfikowania się, jak to jest w zwyczaju w uprzemysłowionych krajach. W przyszłości cudzoziemcy nie powinni móc uzyskiwać przedwcześnie austriackiego obywatelstwa, jak ma to miejsce obecnie”. Jak dla mnie jest to oczywiste odstępstwo tak od zasad wolności osobistej, jak i wolnego rynku: nie tylko ograniczenie swobody wybierania swego miejsca zamieszkania, ale i ingerencja w rynek pracy, rynek mieszkań czy towarów konsumpcyjnych (które mogłyby być kupowane i sprzedawane przez imigrantów). Z punktu tego wyraźnie wynika, że p. Haider i jego partia są nie tylko przeciwko tym imigrantom, którzy żyją z zasiłków, ale także (a nawet przede wszystkim) przeciwko tym przybyszom z zagranicy, którzy są produktywni i nie żyją na koszt austriackiego podatnika (bo nielegalni imigranci z racji swej nielegalności nie mogą otrzymywać oficjalnej pomocy od państwa); potwierdza to stwierdzenie z rozdziału X, art. 8 programu FPÖ: „Nieograniczona imigracja prowadzi do poważnego zamieszania na rynku pracy”. Protekcjonizm polegający na „ochronie” lokalnego rynku pracy przed zagraniczną konkurencją nie jest raczej programem wolnorynkowym. Byłby nim postulat wprowadzenia mechanizmów uniemożliwiających nieproduktywnym cudzoziemcom (a najlepiej i nieproduktywnym tubylcom!) korzystanie z fundowanych przez podatników zasiłków (np. przepisu uzależniającego prawo do (czasowego!) zasiłku od „zaliczenia” określonego okresu pracy) - jeśli już nie myśli się o zniesieniu tych zasiłków w ogóle. Wówczas „imigracja po zasiłki” (wiążąca się ze wzrastającymi przymusowymi obciążeniami dla produktywnej części społeczeństwa i zwiększaniem się underclass) nie miałaby miejsca, a imigranci przybywaliby po to, by pracować i przyczyniać się do rozwoju gospodarki. Niestety taki postulat nie pojawia się w „Umowie z Austrią” ani programie FPÖ.
Przyjrzyjmy się teraz bliżej temu ostatniemu. Wprawdzie już na samym początku można w nim przeczytać, że „wolność jest dla wszystkich najcenniejszym dobytkiem” i że ludzie powinni mieć zagwarantowane „podstawowe prawa”, takie, jak wolność wyrażania opinii, zgromadzeń, stowarzyszeń, religii, sumienia i prasy, a także, że „prywatna własność wyraża urzeczywistnienie wolności”, zaraz jest jednak mowa o obowiązkach, które „wolni ludzie” powinni podjąć wobec „narodu, ojczyzny i państwa”. Skonkretyzowane to zostaje w rozdziale XI („O solidarność i sprawiedliwość”), gdzie okazuje się, że FPÖ ani myśli o porzuceniu „państwa opiekuńczego”. „Ostateczna odpowiedzialność za pomoc społeczną spoczywa na państwie”. Mowa jest jedynie o korekcie systemu welfare w taki sposób, by lepiej gospodarował środkami będącymi w jego dyspozycji - „system społecznego państwa opiekuńczego może być zachowany jedynie wówczas, gdy zasiłki będą przeznaczane przede wszystkim tym, którzy są w potrzebie” (art. 2). Jak wynika z innego akapitu tego samego artykułu, do tych ostatnich FPÖ zalicza zgodnie z tradycjami „państwa opiekuńczego” nie tylko starych, chorych czy pokrzywdzonych przez los, ale także bezrobotnych. Wprawdzie jako gubernator Karyntii p. Haider sprzeciwił się całkowicie bezwarunkowemu pobieraniu zasiłków przez tych ostatnich - jego program „stu dni” przewidywał negocjacje z Urzędem Zatrudnienia w sprawie programów zatrudnienia młodzieży (do 25 roku życia) - ale proponowane przez niego rozwiązanie (młodzi bezrobotni pozostający bez pracy ponad sześć miesięcy powinni albo zaakceptować proponowaną pracę, albo iść do szkoły lub na kursy zawodowe, albo utracić zasiłek) można uznać za co najwyżej próbę kosmetycznej poprawki. Kolejne rozdziały programu FPÖ mówią o finansowaniu i prowadzeniu przez państwo szkół („Dla zagwarantowania podstawowego prawa do edukacji, państwo musi oferować szeroką gamę instytucji edukacyjnych o wysokiej jakości”); „wspierane” (finansowane przez państwo?) powinny być także szkoły prywatne. Państwo ma określać „podstawowe cele edukacji” (jeśli chodzi o szkoły państwowe, FPÖ opowiada się za nauczaniem w nich religii i sprzeciwia się alternatywie w postaci „etyki”) i kontrolować szkoły pod względem „jakości nauczania”. Państwo ma finansować także naukę i uniwersytety („Uprawianie nauki dla społeczeństwa jest zadaniem dla państwa. Państwo musi dostarczyć ideowych i materialnych środków na badania, dostępnych na zasadzie konkurencji dla prywatnego sektora”), a „każda wykwalifikowana osoba” powinna mieć „wolny” (darmowy?) dostęp do tych ostatnich (rozdział XVII, art. 4).
Jeśli chodzi o gospodarkę, to program FPÖ nie mówi bynajmniej o wolnym rynku, lecz o „uczciwym rynku” („Faire Marktwirtschaft”). Wprawdzie można w nim przeczytać, że „dążymy do całkowitej deregulacji życia gospodarczego, które zagwarantuje pomyślność austriackiej gospodarki i ustabilizuje rynek pracy”, ale tuż obok znajduje się sformułowanie: „Gospodarka uczciwego rynku jest odpowiedzią na rozpasany kapitalizm, który wyzyskuje człowieka i naturę oraz na zbankrutowany socjalizm, który degraduje swych „robotników” do zarządzanych przedmiotów”. „Agresywny kapitalizm” wskazany jest także (obok „hedonistycznej konsumpcji”) w rozdziale V jako jedno z podstawowych zagrożeń dla „intelektualnych fundamentów Zachodu”. Można by wprawdzie pomyśleć, że przez „kapitalizm” rozumie się tu dzisiejszą zetatyzowaną gospodarkę krajów Zachodu, ale kolejne punkty wskazują wyraźnie, że p. Haider i jego partia nie mają jednak na myśli prawdziwego wolnego rynku. Zasadą „uczciwego rynku” mają być „rzeczywiste koszty”, pod którą to nazwą kryje się m. in. „korygowanie społecznego i ekologicznego dumpingu oraz wspieranie uczciwej konkurencji z krajami o niskich cenach, zwłaszcza tymi, gdzie wykorzystuje się pracę dzieci” - dla mnie jest jasne, że chodzi tu o cła na tańsze produkty z krajów o taniej sile roboczej. „Rzeczywiste koszty” to także zmiana struktury opodatkowania - zamiast „siły roboczej” ma się opodatkowywać „konsumpcję i nieodzyskiwalne surowce”, innymi słowy państwo ma zabierać mniej pieniędzy w podatku dochodowym, a więcej w różnych VAT-ach, akcyzach itp. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale może się w związku z tym okazać, że obiecana obniżka podatku dochodowego zostanie Austriakom „zrekompensowana” w postaci wzrostu podatków pośrednich. FPÖ obiecuje też wprowadzenie „ekopodatku” na „dobra i metody produkcji powodujące zanieczyszczenie środowiska”. Zasada „zanieczyszczający płaci” jest wprawdzie słuszna, jednak realizowanie jej poprzez obciążanie „trucicieli” specjalnym podatkiem, a nie poprzez stworzenie mechanizmów zmuszających ich do płacenia rzeczywiście poszkodowanym (co najłatwiej osiągnąć poprzez przekazanie określonych części „środowiska” - gruntów, przestrzeni powietrznej, wód - w ręce prywatne i traktowanie niechcianych zanieczyszczeń jako bezprawnych szkód wyrządzonych majątkowi konkretnej osoby lub grupy osób) nie daje żadnej gwarancji, że „truciciele” będą płacić rynkową cenę za wyrządzone szkody - cena będzie bowiem arbitralnie ustalana przez państwo; nie wyrównuje też strat poniesionych przez faktycznie poszkodowanych - np. osoby mieszkające w pobliżu wysypiska lub dymiącej fabryki. Zanieczyszczający płaci, ale nie im, tylko państwowym urzędnikom, którzy mogą zrobić ze swymi pieniędzmi, co im się podoba.
Program FPÖ zakłada w dodatku, że gałęzie przemysłu, które w wyniku wprowadzenia „ekopodatku” utracą konkurencyjność, otrzymają od państwa wyrównanie „do chwili uregulowania tej kwestii na poziomie międzynarodowym”. Innymi słowy - państwo będzie „trucicielom” jedną ręką zabierać, a drugą dawać, czyli tak naprawdę nic się nie zmieni, poza tym, że urzędnicy będą mieli dodatkowe zajęcie…
P. Haider i jego partia boją się także „wyprzedaży austriackiej gospodarki cudzoziemcom” i postulują w związku z tym wprowadzenie „mechanizmu ścisłej kontroli” obrotu akcjami. O imigracji była już mowa wcześniej.
Do rzeczywiście wolnorynkowych elementów w programie FPÖ należą postulaty prywatyzacji, zwłaszcza sektora bankowego (choć z innych punktów wynika, że dopuszczają oni istnienie przedsiębiorstw państwowych), odejścia od polityki dotacji na rzecz niższych podatków dla przedsiębiorstw i odejścia od monopoli (wspominane już dobrowolne członkostwo w izbach gospodarczych i wolny rynek w radiu i telewizji).
Wolny rynek i wolność jednostki ma jednak swoje granice. FPÖ (w przeciwieństwie do np. amerykańskiej Libertarian Party) deklaruje wyraźnie poparcie dla „wojny z narkotykami”: „W walce przeciwko przestępczości, w tym (…) światowemu handlowi narkotykami (…) państwo powinno używać swej władzy bardziej zdecydowanie. Kara dożywocia musi znaczyć to, co się w niej mówi”. (Nawiasem mówiąc, FPÖ jest przeciwko karze śmierci - rozdział IX, art. 4).
Pozytywnym elementem, jeśli chodzi o wolność osobistą, jest postulat zniesienia przymusowej służby wojskowej. Partia p. Haidera domaga się także ustanowienia europejskiej karty praw mniejszości etnicznych i opowiada się za euroregionami ustanawianymi „na podstawie współpracy grup etnicznych”, a nie odgórnie i sztucznie.
W polityce europejskiej, jak można się było spodziewać, FPÖ jest za utrzymaniem Unii Europejskiej jako konfederacji i nie przekształcaniem jej w „europejskie państwo federalne”, za ograniczeniem roli eurobiurokracji i poddaniem jej większej kontroli Parlamentu Europejskiego i niezależnych instytucji kontrolnych oraz zachowaniem zasady jednomyślności państw-członków przy podejmowaniu decyzji przez Radę Europy; decyzje tejże zdaniem FPÖ powinny wymagać ratyfikacji przez parlamenty państw-członków (szczegółowe postulaty dotyczące funkcjonowania UE zawarte są w „Dziesięciu Punktach na rzecz Obywatelskiej Europy”). Jest też za pełnym członkostwem Austrii w strukturach NATO i Unii Zachodnioeuropejskiej.
Reasumując, program partii p. Haidera z pewnością nie jest nazistowski ani faszystowski, nie jest też jednak radykalnym programem wolnościowym czy choćby wolnorynkowym. W Polsce sytuowałby się gdzieś w okolicach AWS lub UW. Specyfika FPÖ polega moim zdaniem na wyzwaniu, jakie partia ta rzuciła skostniałym europejskim elitom politycznym - nie tylko przez swój program, ale i przez same swoje istnienie. Eurokraci i politycy rządzący innymi europejskimi państwami boją się po prostu odsunięcia od żłoba. Co, jeśli śladem FPÖ pójdą inne „partie protestu”? Trzeba więc pokazać własnemu elektoratowi, że zagłosowanie na takiego np. Le Pena czy panią Kjaersgaard (abstrahuję tu od tego, w jakim stopniu ich programy pokrywają się z programem FPÖ) może wiązać się z nieprzyjemnymi konsekwencjami.
Czy jednak FPÖ stanowi realne zagrożenie dla całego panującego w Europie etatystycznego systemu? Moim zdaniem nie. Jej program nie zakłada naprawdę fundamentalnych reform. Mam również wątpliwości, czy obietnice ograniczenia biurokracji i korupcji znajdą realne pokrycie. Już raz w jednym z europejskich krajów - mianowicie we Włoszech - do władzy doszły siły kontestujące tradycyjny esdecko-chadecki establishment. Jednak po paru latach widać, że zmieniło się niewiele, a aktualnie rządzą jak na ironię postkomuniści. Wprzęgnięcie FPÖ w tradycyjny układ jest w dodatku o tyle prawdopodobne, że nie będzie ona rządzić sama. W każdym razie tym, którzy widzą w Jörgu Haiderze wolnościowca i „bicz boży” na panujący etatystyczny porządek przydałby się kubeł zimnej wody na głowę tak samo, jak tym, którzy widzą w nim następcę Hitlera.
Jacek Sierpiński
PS. Dokumenty programowe Wolnościowej Partii Austrii można znaleźć na jej stronach internetowych:
http://194.96.203.5/welcome.html (w języku niemieckim)
http://194.96.203.5/englisch/welcome.html (w języku angielskim).
Pisząc powyższy tekst, korzystałem głównie z dokumentów w języku angielskim.
Powyższy tekst ukazał się także w piśmie "Najwyższy Czas!" z 19 lutego 2000.