"Gazeta An Arché" nr 51 - zamknięto 24 IV 1998
Dzień kobiet
Tegoroczny tzw. „dzień kobiet” znów upłynął pod znakiem sporych kontrowersji. Doświadczyłem tego zresztą na własnej skórze.
Starając się iść z duchem czasu i traktując hasło równouprawnienia dosłownie postanowiłem (nie po raz pierwszy zresztą) święta nie świętować. Wychodzę z założenia - bo zdania nie zmieniłem - że sama idea takiego święta w jakimś sensie kobiety upośledza. Bo właściwie co to jest „dzień kobiet”, co to oznacza? Brzmi to tak samo jak „dzień dobroci dla zwierząt”, a co z resztą roku? Święto w takim kształcie oznacza po prostu istnienie jakiejś upośledzonej grupy społecznej. Nie jest to wyraz stosunku między równymi, lecz ukłon silniejszego w stosunku do słabszego, ukłon jakże często będący tylko gestem.
Czyż nie jest prawdą, że mimo prób zaszczepienia podobny obyczaj w odniesieniu do mężczyzn nie przyjął się za bardzo? Mężczyźni po prostu nie potrzebują takiego święta, nie czują się „słabsi” w społeczeństwie, a wręcz przeciwnie. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że istnienie np. „dnia strażaka” nie oznacza automatycznie, że strażacy są grupą społecznie upośledzoną. Ale to jest zupełnie inna kategoria świąt, wyróżniających np. jakąś grupę społeczną czy zawodową w uznaniu rzeczywistych lub domniemanych zasług. Nie są to święta na taką skalę jak „dzień kobiet”. Zresztą „dzień kobiet” rozumiany w ten sposób oznaczałby po prostu, że kobietom niezależnie od wszystkiego należy się uznanie za sam fakt iż są kobietami; to absurdalne. Moim zdaniem trzeba rozgraniczyć kategorię świąt „uznaniowych”, ustanowionych „ku pokrzepieniu serc”, od tych, które ustanawia się „ku poruszeniu sumień”. „Dzień kobiet” stanowczo plasuje się w tej drugiej kategorii.
Jeśli kobietom zależy na równouprawnieniu, powinny zrezygnować z obecnego charakteru święta. Kwiatek, dobre słowo, jednodniowe hołdy - to wszystko utwierdza stereotyp „słabej płci”. Godząc się na coś takiego, trudno jest żądać równouprawnienia. Można je sobie wywalczyć, lecz wzbudzając szacunek, a nie litość.
Dlatego często dziwi mnie postawa kobiet. Na samym wstępie napisałem, że odczułem kontrowersje wokół tego święta na własnej skórze. Być może spotkałem na swojej drodze tego dnia kobiety nieuświadomione (no, na pewno nie były to feministki), w każdym razie pojawiły się pod moim adresem pretensje o brak odpowiedniej postawy (tzn. kwiaty, życzenia itd.). W swej naiwnej prostocie sądziłem, iż jest to z mojej strony oznaka szacunku; myliłem się. Niestety, moje panie, nie można mieć wszystkiego na raz. Nie można mieć ciastka i jednocześnie go zjeść.
Czasem myślę, że kobiety chcą walczyć o swoje prawa takimi samymi metodami, jak murzyni w Ameryce. W ogóle USA jest tu wątpliwym wzorcem, z tą doprowadzoną do absurdu histerią molestowania seksualnego. Co do murzynów, mam na myśli to, że oni nie chcą pracować nad swoim równouprawnieniem, chcą wprowadzić je sztucznie przy pomocy instrumentów prawnych, dyskryminując przy okazji resztę społeczeństwa. Podobny wymiar mają stosowane w niektórych krajach europejskich przepisy gwarantujące kobietom określony procent stanowisk w biznesie i polityce. Chyba nie na tym polega idea równości.
Są sprawy, o które kobiety mogą i powinny walczyć (np. proporcjonalność wynagrodzeń), ale nie należy ulegać pokusie pójścia na skróty. Nie żyjemy w republice islamskiej, więc możliwości działania istnieją. Być może będzie to proces bardziej długotrwały i nie tak bezbolesny jak przepchnięcie „odpowiedniej” ustawy, ale jego efekty będą trwałe.
Zbliżając się do końca, nie mogę oprzeć się pokusie napisania paru słów o tym, co tego dnia (tj. 8.03.) zobaczyłem i usłyszałem w mediach.
Przede wszystkim w TV podkreślono kilkakrotnie, że wbrew pozorom święto kobiet nie jest wynalazkiem sowieckim, tylko amerykańskim. (Choć wątpliwości pewnie wzięły się stąd, że jeszcze nie tak dawno sugerowano pierwszy wariant). Komuniści przywłaszczyli sobie to święto i, podobnie jak Pierwszy Maja, upaństwowili je i spaczyli. Być może to ta fatalna tradycja powoduje, że dla wielu kobiet wciąż najważniejszy jest „uścisk dłoni prezesa” i kwiatek. Okazało się ponadto, że jak świat długi i szeroki różne są sposoby świętowania. W Rosji dominował obrządek konserwatywny, zakrapiany. Prezydent Jelcyn znając rzecz z autopsji zadekretował dzień następny wolnym od pracy. (Ludzki pan, wie, że na kacu fatalnie się pracuje). Z kolei w Europie Zachodniej upłynął ten dzień na demonstracjach ulicznych, pod hasłami walki o równouprawnienie. Najwyraźniej tam święto to przybrało taką formułę, dnia walki o równouprawnienie - i słusznie. Na tym tle my tutaj w Polsce wciąż jedną nogą tkwimy w Rosji.
Natomiast zdecydowanie mało wyrozumiałości dla swoich pań okazali Turcy. Dla spacyfikowania demonstracji użyli sporych sił policyjnych i ciężkiego sprzętu. Cóż, co kraj, to obyczaj.
Wracając jeszcze do Polski, oryginalnie świętowano w Warszawie. Pod kolumną Zygmunta zgromadziło się spore, acz różnorodne grono.
Jakaś organizacja - Ruch Ósmego Marca. Ostro wyglądające dziewczyny trzymały transparent z napisem: „Żądamy prawa kobiet do aborcji”, zapewne główny postulat ruchu. Niestety wciąż żyjemy w dzikim kraju, gdzie aborcja zastępuje środki antykoncepcyjne. Byli też wyraźnie solidaryzujący się chłopcy z PPS, z czerwonymi flagami. Wkrótce jednak nadciągnęli oponenci z fan-clubu Radia Maryja, uzbrojeni w obrazy Matki Boskiej i kościelne chorągwie. Chłopcy z PPS krzyczeli: „Fa-szyś-ci, fa-szyś-ci!”, na co Radio Maryja dzielnie odpowiadało kościelnymi śpiewami i chóralną modlitwą. Jakiś starszy pan krzyczał: „Młodzieży, wasz Titanic tonie! Młodzieży, my was kochamy!”. Pojawili się też monarchiści, widać spodziewana obecność mediów bardzo uatrakcyjniła show i wszyscy ciągnęli jak muchy do miodu.
Atmosfera była gorąca; wkrótce konflikt z wyżyn ideologicznych przeniósł się na bardziej prozaiczną płaszczyznę. Antagonistyczne grupy usiłowały się nawzajem odepchnąć spod pomnika, powstało wielkie zamieszanie. Czerwone flagi wymieszały się z kościelnymi chorągwiami, w ruch poszły jaja. Jeśli całość okrasić wypowiedziami w rodzaju (cyt. z pamięci): „Uważam, że pochwa, jajniki i macica są tak samo ważne jak członek i jądra…” itd., to gdyby na miejscu była np. pani Olga Lipińska lub ktoś podobnego formatu, jakiż wspaniały mógłby powstać kabaret.
Słyszałem już o „zbiorowej inteligencji” (np. u mrówek), ale o zbiorowym talencie przyznam się szczerze, że nie. A oto proszę, ujawnił się w społeczeństwie zbiorowy talent twórczy.
Jestem pod wrażeniem, choć osobiście wolałbym, gdyby analogicznie ujawnił się zdrowy rozsądek i umiar.
Marten
P. S. Już po napisaniu powyższego tekstu „doczytałem”, że w ramach tzw. „Porozumienia 8 Marca” obok organizacji kobiecych i różnych lewaków z PPS demonstrowali też anarchiści. Choć była już o tym mowa z tysiąc razy, widzę jednak, że trzeba powtarzać aż do znudzenia. Naprawdę, nie służy anarchistom demonstrowanie w towarzystwie koleżków obwieszonych czerwonymi flagami i portretami różnych zbrodniarzy. Nie mówiąc już o tym, że w ten sposób nigdy nie uda się pozbyć tej „lewackiej łatki”. Anarchizm to nie socjalizm i niech tak zostanie.
A tak na marginesie, to kiepsko uczą historii w szkołach. Albo szczawiki nie potrafią wyciągać wniosków z przeszłości, bo starym to już nic nie pomoże. Można by organizować dla lewackich młodzieżówek specjalne obozy (najlepiej dosłownie) w Korei Północnej, żeby sami mogli się przekonać, jak w praktyce działa system zorganizowany przez ich guru Lenina czy Trockiego. Ikonowicz mógłby pojechać z pierwszym transportem; o, przepraszam - turnusem.