"Gazeta An Arché" nr 51 - zamknięto 24 IV 1998


To zastanawiające, dlaczego tylu spośród ludzi, którzy - jak twierdzą - walczą o wolność, jest przeciwnych wolnemu rynkowi. Do ludzi tych należą nie tylko socjaliści, ale także - o dziwo - niejednokrotnie anarchiści. Nie mam zamiaru wgłębiać się tu w spór, co jest dla ludzi najkorzystniejsze - wolny rynek, gospodarka mieszana czy też gospodarka w pełni upaństwowiona - zostało udowodnione, że gospodarka centralnie planowana jest niezdolna do istnienia i wszystkie przykłady wskazują do tej pory na korzyść pierwszej z tych opcji, a ja także jestem jej zwolennikiem. Osobiście nie rozumiem tylko, jak można uważać się za przeciwnika państwa i jednocześnie popierać interwencję tego państwa w gospodarkę. Gdyby za wyznacznik stopnia „prawicowości” i „lewicowości” dowolnej formacji przyjąć postulowany przez nią stopień państwowej kontroli nad gospodarką (w ten sposób na ogół rozróżnia się prawicę i lewicę, choć są też inne, m. in. wolnościowy, wyróżniający ponadto zwolenników totalitaryzmu i wolnościowców, czy też „dziennikarski”, wg którego narodowi socjaliści są prawicą), anarchiści stanęliby na skrajnej prawicy. Chodzi mi oczywiście o anarchoindywidualistów i libertarian, bo anarchokomunizm nie jest wg mnie doktryną polityczną możliwą do zrealizowania na szerszą skalę. Wprawdzie nawet projekty wprowadzenia tego ustroju w ograniczonych wspólnotach nie zdały egzaminu, ale chętni mogą przecież zawsze próbować. Jednak zwolennicy tego typu eksperymentów na ogół przeciwni są wolnemu rynkowi. Moim zdaniem świadczy to przede wszystkim o braku wiary tych ludzi w możliwość dobrowolnej realizacji ich koncepcji. Choćby zacytowane w poprzednim numerze "GAA" zdanie: „wolny rynek (…) wyzwala chciwość, przemoc” świadczy wg mnie o tym, że jego autor jest chciwy i żądny przemocy, albo uważa za takie społeczeństwo, skoro przypuszcza, że takie cechy ujawniłyby się w sytuacji braku przymusu. Poza tym w wolnorynkowej gospodarce wszelkie oddolne inicjatywy - w tym towarzystwa wzajemnej pomocy, komuny i kolektywnie zarządzane przedsiębiorstwa - mogłyby swobodnie współegzystować z prywatnymi przedsiębiorstwami i instytucjami. Gdyby okazały się lepsze i bardziej opłacalne - najprawdopodobniej taka forma własności dobrowolnie by się rozpowszechniała. Jeśli nie - istniałyby dopóki chcieliby tego ich uczestnicy. Na wolnym rynku nie byłyby one w każdym razie prześladowane (przez kogo i po co?), co robią niekiedy państwa w obecnej mieszanej gospodarce. Wolny rynek nie oznacza przymusu konkurencji, bezwzględnego bogacenia się kosztem innych, ani przymusu noszenia białych koszul z krawatem - oznacza swobodę zawierania transakcji i umów. I tyle.

Radek Olkowski

gazeta_an_arche/komentarz_do_ww._artykulu_jacka_sierpinskiego.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/24 01:15 przez gigabyte