"Gazeta An Arché" nr 50 - zamknięto 12 III 1998
W 49 nr „GAA” @dam poruszył temat punka. Ze względu na to, że wśród anarchistów niejeden punk się ukrywa, uważam, że warto się w niego wgłębić. Podobnie jak @dam poddaję ten ruch krytyce. Krytyka ta bynajmniej nie dotyczy jabol-punków, o których już dużo napisano w różnych pisemkach i szkoda im poświęcać więcej uwagi.
Postanowiłem natomiast oczerniać pewne kręgi tych punków, których można nazwać zaangażowanymi i których aktywność nie jest związana z piciem na umór, ćpaniem, brutalnym tańcem pogo i miłością do wszelkiego rodzaju zadym. Opisywana przeze mnie subkultura podobnie jak większość innych związana jest z muzyką. Obecnie na scenie niezależnej reprezentującej wyżej wymieniony ruch młodzieżowy panuje wielka moda na zespoły określające się użytym już wcześniej przeze mnie przymiotnikiem „zaangażowane”. Chodzi tu oczywiście o teksty piosenek, tzn. powinny być one bardzo radykalne politycznie. Gdy piosenki nie mówią o polityce, a np. o sprawach osobistych, to grupa wykonująca je jest niezaangażowana, nawet jeśli jej członkowie działają na rzecz szlachetnych anarcholskich celów w inny sposób. A z kole jeżeli członkowie innego bandu ograniczają się jedynie do śpiewania protest-songów, to kapela z pewnością zasługuje na miano „zaangażowana”. Niby dobry pomysł, by wykorzystać muzykę w celach propagandowych (jak to uczynił zespół Crass dwadzieścia lat temu), ale to, co się obecnie dzieje jest bardzo dziwne. Niezliczone ilości muzyków tworzą swe dzieła w undergroundzie i wcale nie chcą z nimi wyjść na zewnątrz (wyjątek stanowią chyba tylko Dezerter i Chumbawamba, choć ten ostatni to muzyka pop), uświadamiając jedynie ważne sprawy tym ludziom, którzy już dawno są w tych sprawach obeznani. Tworzy się w ten sposób getto. Powodem, dla którego nie można go opuścić jest strach przed komercją. Punki zarzucają społeczeństwu brak chęci zmieniania czegoś, jeśli wiąże się to z wyrzeczeniami i jeśli ewentualnie będzie trzeba ponieść jakieś konsekwencje. Jednocześnie sami (mam tu na myśli w tym miejscu orkiestry punkowe) nie chcą wziąć na siebie ciężaru związanego z utratą tzw. niezależności w wielkim koncernie fonograficznym. Korzyści, jakie mogliby uczynić anarchizmowi nie są warte pozbywania się wygody bycia niezależnym. Komercja w ich oczach jest zjawiskiem przeraźliwym. Tylko, że zarabiając wielkie pieniądze na muzyce nie muszą koniecznie wydawać ich na mercedesy. Mogą przecież wesprzeć różnorakie projekty charytatywne, czy nie rezygnując ze swoich ideałów przeznaczyć je na działalność anarchistyczną. Inną sprawą jest to, że można uświadamiać ludzi grając muzykę nie taką, jaką się samemu lubi, ale taką, która cieszyłaby się większą popularnością wśród słuchaczy (jako przykład można podać grupę Zion Train funkcjonującą na scenie związanej z nurtem techno, a reprezentującej ideały alternatywne, szkoda, że nie ma więcej tak znanych zespołów będących alternatywnymi, a nie punkowymi). Wielu punk-muzyków twierdzi, że dla nich najważniejszy jest przekaz, a same dźwięki pełnią rolę drugorzędną (najdziwniejszy jest fakt, że podane stanowisko zajmują również zwykli słuchacze tej muzyki - i z takimi przypadkami się zetknąłem). Tylko gdyby rzeczywiście ich poglądy były dla nich takie ważne, to czy nie lepiej byłoby zmienić formę działalności? Pieniądze przeznaczone na gitary wydać na druk ulotek, książek etc. Przecież zamiast nagrania płyty, na której i tak za bardzo nie słychać wokalisty lepiej jest wydać broszurę czy zine'a, na których zmieści się więcej przekazu niż na wkładce do kasety, będącej niejednokrotnie jedynym źródłem informacji o tym, o czym śpiewa się na tej kasecie. I wtedy nie potrzeba już marnować gotówki na taśmę z muzyką pełniącą drugorzędną rolę. Jeżeli jednak ktoś uważa, że „sucha” agitacja nie przyciągnie tak wielu ludzi jak może to uczynić zabawa połączona z jednoczesnym ukazywaniem pewnych rzeczy w innym świetle niż to widzi większość społeczeństwa, to niech sięgnie do takich środków komunikowania się jak np. happening czy zwykłe, krótkie przedstawienie uliczno-teatralne Rzeczy takie odbywają się na pewno o wiele rzadziej niż koncerty kapel spod znaku punk, a potencjalnie mają one o wiele większe szanse na dotarcie do zwykłego obywatela. Zastanawiające jest, z jakich powodów punki tak mało ujawniają się twórczo w dziedzinach artystycznych, oczywiście tych pozamuzycznych. Nie da się ukryć, że chęci do działania mają wielkie i energia ich wręcz rozpiera. Nie może tu być mowy o tym, że nie mają talentu aktorskiego, bo muzycznego wielu też nie ma i jest z tego dumnych.
Zmieniając w tym miejscu temat o kilka stopni, chcę zwrócić uwagę na to, że sporo spośród tych ludzi widzi w tym wszystkim głównie zabawę. A więc można się przebrać w dziwny kubraczek, pójść na koncert, potem na jakąś manifestację, może trafi się jakaś rozróba ze skinami albo policją, a na koniec jako wielki kontestator poubolewać nad tym, jaki to system jest zły. I nie chodzi mi o to, by czepiać się tych, którzy odnajdują w działalności anarchistycznej przyjemność (piszę tak, bo traktuję swoje anarchizowanie jako zwykłe hobby, takie, jak dla przykładu majsterkowanie), gdyż to wpływa na to, że ktoś w ogóle coś robi, a w przypadku punkowym, gdzie wielka liczba osób jest jeszcze na utrzymaniu rodziców - co wiąże się z tym, że nie płacą podatków i omija ich wiele „przyjemności” związanych z funkcjonowaniem aparatu państwowego - jest chyba tym, co ich jeszcze trzyma przy kontestowaniu. W ostateczności przecież nie mają wielu powodów do walki. Jednak wielka część omawianej przeze mnie społeczności (powracając do wywodu) dostrzega chyba prawie wyłącznie rozrywkę. Liczy się bardziej to, że ma się jakieś zajęcie niż to, że chce się faktycznie coś zmienić. W efekcie to, co się dzieje w tym ruchu jest najzupełniej niezgodne z tym, o on sobie zakłada. Punki zachęcają siebie nawzajem do samodzielnego myślenia, ale żadna inna subkultura, oprócz rzecz jasna skinheadów, nie jest tak obdarta z tej samodzielności. Jakiemuś tam skaterowi nikt nie narzuca stanowiska, jakie ma zająć w danej kwestii, ponieważ nie ma on zbyt wielkiej ideologii, która z góry by określała, co jest dobre, a co złe. Punk niestety taką ideologię ma i ta ideologia jest dla niego zgubna. Punk ma powiedziane, co ma jeść, żeby być OK., jakie artykuły ma kupować, w jakich akcjach charytatywnych brać udział (nie mam nic przeciwko zwierzakom, ale interesująca jest popularność tzw. praw zwierząt, mało kto robi coś na rzecz choćby osób niepełnosprawnych - czy to o czymś nie świadczy?), itd. Punk stawia na indywidualizm, ale tradycyjnie większość ludzi już samym wyglądem jest do siebie bardzo podobna. Bo, albo według starych wzorców spodnie w paski, skóra, irokez i może jeszcze na dodatek agrafka, albo według nowej mody czerń, masa naszywek i kolczyków, czasami mogą być dredy, ale mile widziane krótkie fryzury (szczególnie u dziewcząt). Oprócz anarchizmu dla punków ważna jest też ekologia. Nie będę się tu rozwodzić nad tym, że znowu dla większości ogranicza się ona do przypięcia znaczka z hasłem „nie ma kompromisu w obronie Matki Ziemi” (a pomyśleć o tym, żeby w codziennym życiu ograniczyć produkcję śmieci czy zużywanie wody nie sposób w punkowym świecie), bo byłoby to krzywdzące dla sporej grupy tych, którzy podchodzą do tego poważnie. Zajmę się tym, że wśród punów jest modne bojkotowanie multikorporacji, a dokładnie tej jednej - ukochanego McDonald'sa. Gdy przeglądam ulotkę antymcdonaldową, nasuwają mi się następujące spostrzeżenia: jednym z powodów, dla których należy bojkotować powyższą instytucję jest fakt, że morduje ona niewinne istoty, czyli zwierzęta trafiające do hamburgerów. Jednak jest to argument za tym, aby bojkotować w ogóle wszystkie restauracje podające potrawy mięsne. Innym argumentem jest to, że wycina ona lasy tropikalne zmieniając je w pastwiska. Niby mnie to przekonuje, ale w #6 „Innego Świata” niejaki Ptasiek napisał, że nie jest to zupełnie prawda, ponieważ mięso w McDonald'sie pochodzi z krajowych rynków. Miałem co prawda pisać o punkach, a zacząłem teraz o knajpach szybkiej obsługi, ale za bardzo chyba nie odbiegam od tematu, bo te dwie rzeczy bardzo się łączą ze sobą. Tak więc w następnym numerze „Innego Świata” w tekście polemicznym dowiedziałem się, że bojkot trzeba prowadzić także ze względu na to, że McDonald's udaje ekologicznego, ale nie z troski o środowisko, tylko ze względów ekonomicznych (nieważny jest pozytywny skutek, ale niecny zamiar). Następnym argumentem są tony śmieci. Zdaje mi się, że jest to argument przeciwko współczesnej modzie w przemyśle na opakowywanie wszystkiego w jednorazówki, a nie konkretnie przeciwko tej knajpie. Przecież (pomijając szejki czy jak je tam zwą) kupując hamburgera nie trzeba od razu brać do niego opakowania, a kupując obecnie np. mleko w sklepie jesteśmy zmuszeni brać jednorazowy kartonik lub woreczek. Czy nie lepiej, zamiast maltretować McMurdera, zająć się mleczarniami, aby z powrotem można było dostawać bez trudu mleko w butelkach (czy w ogóle idzie gdzieś dostać takie w tym kraju?) Á propos tych opakowań, to McŚmieć zaczął się zajmować bioopakowaniami (można o tym przeczytać w artykule Adrianny Sadowińskiej w 6/97 nr "Zielonych Brygad"). Także ulotka antymcdonaldowa jest trochę podejrzana, gdyż środek spożywczy E-330 opisuje jako rakotwórczy, a Marcelo w 4/97 nr „ZB” napisał, iż jest to kwas cytrynowy, dla człowieka mający znaczenie obojętne. Ktoś tu musi kłamać. Kończąc powoli temat McDonald'sa, jedzenie u którego byłoby zakazane w I przykazaniu dobrego punka (o ile istniałoby coś takiego jak punkowy dekalog), zaneguję argument niskich płac i złego traktowania pracowników przez tę firmę. Jak komuś źle tam pracować, to niech się po prostu zwolni. Przykład bojkotu obrazuje znakomicie cały ten ruch punkowy, w którym ludzie w wątpliwej sprawie zabierają bezkrytycznie określone stanowisko. Stają się w ten sposób podobni do takich organizacji jak Kościół katolicki, gdzie wyznawcy też bez większych oporów przyjmują to, co im wciskają ich przywódcy. Analogia nasuwa mi się również, gdy słyszę, jak punkowcy krytykują swoich rówieśników, którzy chodzą na dyskoteki (sami przecież chodzą na koncerty, które różnią się tym od dyskotek, że panuje tam brutalniejsza zabawa), do McDonald'sa (o tym już pisałem), marnują czas myśląc o robieniu kariery (a punki o rewolucji) i nie są zbuntowani (faktycznie też są zbuntowani, ale inaczej to urzeczywistniają). To sprawia, że punki uważają tych innych za pustych, a siebie dowartościowują tym swoim buntem. Przypomina mi to przemowy księży i katechetów, w których słychać pogardę dla niewierzących, ponieważ życie bez Boga jest życiem bez celu (jakby nie można było sobie wyznaczyć innego celu) i tylko wiara w Boga czyni nas ludźmi, bez niej bylibyśmy zwykłymi zwierzętami.
Żeby nie przedłużać, to tylko napomknę o oczywistym fakcie, jakim jest antyfaszyzm. Robienie na siłę z byle łachudry wielkiego przeciwnika politycznego. Punki dużo mówią, czasami też robią, w związku ze skinami. Zapominają jednocześnie o takich elementach jak dresiarze, ze strony których też jest duże niebezpieczeństwo wylądowania w szpitalu, a intelektualnie taki dresiarz ma taką samą świadomość jak skinhead, to zwykłe chuligaństwo.
Na zakończenie powiem tylko, że celem mojego wypracowania było zwrócenie uwagi na to, że pomimo iż krytykuje się punków, to krytyka ta jest skierowana głównie przeciw tym, którzy nie interesują się ideologią związaną z tym ruchem, albo nie biorą w nim czynnego udziału (pomijając pijackie wybryki), a zbyt mało uwag zwraca się na drugą jego część, gdzie oczywiście do dużego grona ludzi zastrzeżeń mieć nie można, ale są od tego wyjątki.
Tomek