"Gazeta An Arché" nr 60 - zamknięto 12 XII 1999
Monopolista?
Sędzia Thomas Jackson, prowadzący sprawę o nadużywanie pozycji monopolisty wytoczoną przez Departament Sprawiedliwości USA firmie Microsoft, wydał 5 listopada opinię, że Microsoft istotnie jest monopolistą na rynku systemów operacyjnych, gdyż kontroluje 90% tego rynku, nowe firmy mają trudności z przebiciem się, a konsumenci nie mają dużej możliwości wyboru. Opinia ta nie jest jeszcze wyrokiem, ale, jak napisała np. „Gazeta Wyborcza” z dnia 8 listopada, „jest jednak oczywiste, że sędzia skłania się ku stronie oskarżenia”.
Dla mnie oczywiste jest jednak przede wszystkim co innego - sędzia jest albo na tyle głupi, że nie wie, co oznacza słowo „monopolista”, albo też znając znaczenie tego terminu, świadomie mówi nieprawdę. „Monopol”, według „Słownika wyrazów obcych” Kopalińskiego, to „wyłączne prawo do produkcji albo handlu w jakiejś dziedzinie, przysługujące osobie grupie albo państwu; przedsiębiorstwo posiadające takie prawo”. Znany anglojęzyczny słownik Webstera ujmuje definicję „monopolu” nieco szerzej: „Wyłączna władza albo przywilej sprzedawania jakiegoś towaru; wyłączna władza, prawo lub przywilej handlowania jakimś artykułem lub sprzedaży na jakimś rynku; opanowanie na wyłączność handlu czymkolwiek, bez względu na to, jak zostało osiągnięte”. Żadna z tych definicji nie stosuje się do opisu pozycji Microsoftu na rynku systemów operacyjnych do komputerów. Firma ta nie ma bynajmniej wyłączności na produkcję czy sprzedaż tych systemów. Inne firmy nie tylko mogą to legalnie robić, ale i faktycznie to robią, czego dowodem jest samo stwierdzenie, że udział Microsoftu w rynku tych systemów wynosi nie 100, ale 90%. Co więcej, te 90% nie oznacza wcale, że konsument ma dziewięciokrotnie trudniejszy dostęp do systemów operacyjnych konkurencji, niż do produktów Microsoftu. Każdy, kto chce, może do swojego PC kupić (a czasem i uzyskać za darmo) dowolny dostępny na rynku system operacyjny. A jest tych systemów sporo: cała gama dystrybucji Linuxa (m. in. Caldera, RedHat, Debian, Slackware, Mandrake), FreeBSD, SCO UnixWare, Solaris, QNX, OS/2 Warp, BeOS, DR-DOS (kto powiedział, że system operacyjny musi mieć koniecznie interfejs graficzny?)… A przecież można jeszcze zamiast PC kupić Maca i zainstalować sobie MacOS. Wybór istnieje także, jeśli chodzi o systemy operacyjne dla serwerów sieciowych: oprócz całego wachlarza systemów unixowych (np. wspomniane wcześniej Linux czy Solaris) można sobie wybrać Novell NetWare, Citrix Winframe (oparty co prawda na microsoftowym Windows NT 3.51, ale rozwinięty i sprzedawany przez niezależną firmę) czy Real32 (taki wielosesyjny DOS).
To, że konsumenci wybierają w 90% systemy Microsoftu wynika z ich dobrowolnego wyboru. Przesłanki takiego wyboru mogą być różne. Osobiście sądzę, że na powodzenie Windows składa się kilka przyczyn: po pierwsze wciąż, jak mi się wydaje, jest to system stosunkowo najłatwiejszy do instalacji, konfiguracji i użytkowania (pominąwszy działające w trybie tekstowym odmiany DOS-a), jeśli chodzi o pecety; po drugie, w porównaniu z systemami unixowymi, OS/2 czy BeOS-em Windows dysponuje największą ofertą możliwych do zainstalowania pod danym systemem aplikacji użytkowych oraz gier (w większości produkowanych wcale nie przez Microsoft, choć moim zdaniem wielkim atutem Windows jest w dalszym ciągu pakiet biurowy MS Office); po trzecie, wielu producentów sprzętu oferuje komputery z już zainstalowanym systemem operacyjnym Microsoftu, co dla wielu przeciętnych użytkowników komputerów jest wygodnym ułatwieniem - bo nie muszą sobie instalować i konfigurować systemu operacyjnego; po czwarte, wiele urządzeń peryferyjnych (takich jak niektóre tanie drukarki czy modemy czy niektóre karty grafiki) funkcjonuje tylko pod Windows, bo ich producenci nie zatroszczyli się o napisanie sterowników pod inne systemy; po piąte, Microsoft ma dobrą reklamę… Jak by jednak nie było, konsument ma wybór (ja np. do większości czynności przy komputerze używam od pewnego czasu Linuxa) i twierdzenie, że takiego wyboru nie ma jest po prostu fałszywe.
Jacek Sierpiński
Powyższy tekst ukazał się także w piśmie "Najwyższy Czas!" z 27 listopada 1999.