"Gazeta An Arché" nr 42 - zamknięto 28 II 1997
Chciałbym napisać o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce dnia 14 lutego 1997 r. w Rybniku. Gdy szedłem z kolegami o godz. 2130 do samochodu pozostawionego na Placu Wolności, zostaliśmy zatrzymani przez zmotoryzowany patrol policji. Dwóch młodych funkcjonariuszy wysiadło z samochodu i zażądało dokumentów. Przekonany, że dowód pozostawiłem wraz z innymi papierami w domu, odpowiedziałem, że nie mam przy sobie. Gliniarz rozkazał oprzeć mi ręce na dachu samochodu. Gdy spełniłem to polecenie, mocno kopnął mnie w nogi. I dokonał rewizji. W kieszeni kurtki znalazł moje prawo jazdy (samochodem kierował kumpel). Gdy podałem mu dokument, prawą ręką chwycił mnie za gardło i brutalnie ścisnął. Powiedział dosłownie: „I co teraz, facet?”. Po chwili zabrakło mi powietrza, więc lekko uderzyłem go po dłoni. Puścił mnie i znowu powiedział, że mam dać ręce na samochód. Powiedział, że będę miał kolegium za to, że na żądanie nie okazałem dokumentów. Wkurzyłem się i tłumaczę mu, że kurwa nie wiedziałem, że mam przy sobie prawko. Ale że gliniarz uparcie pieprzył o kolegium, zażądałem jego dokumentów. Facet nazywa się Michalik i, jak wynikało z legitymacji, jest starszym posterunkowym rybnickiej komendy. Na pytanie, dlaczego mnie tak potraktował odpowiedział mi jego kolega, że to jest rutynowa kontrola. Pierwszy raz w moim życiu przy rutynowej kontroli podejrzanego (czyli mnie, do kurwy nędzy) policjant mnie dusił. Najlepsze, że nawet nie krzyczeliśmy, ot po prostu szliśmy do samochodu. Niestety nie miałem żadnych śladów na szyi, inaczej poszedłbym na obdukcję. Za to napisałem artykuł do miejscowej gazety o tym, jak zachowuje się policja w Rybniku. Niestety, choć dałem to głównemu redaktorowi, to drukiem to nie wyszło. No cóż, w końcu obraz policji musi być bez skazy, a że jakiś punk został potraktowany jak wyżej, to w końcu kogo to obchodzi? Oto słynna wolność prasy w wydaniu polskim.
Irek Adamski