"Gazeta An Arché" nr 54 - zamknięto 7 XI 1998
Przyjdzie urzędnik i wyrówna...
„Musimy bowiem kochać wszystkich ludzi jednakowo, gdyż wszyscy ludzie są naszymi przyjaciółmi”
Ayn Rand, „Hymn”
Od 5 czerwca br. w Sejmie leży projekt ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn wniesiony przez grupę posłów SLD i PSL. Projekt ten wzorowany jest najwyraźniej na podobnej ustawie obowiązującej od 1978 roku w Norwegii. O tamtej ustawie pisałem już w 1994 r. w artykule pt. „Feminizm na manowcach” opublikowanym w pismach "Mać Pariadka" i (z niewielkimi skrótami) „Najwyższy Czas!”. Już wtedy słychać było głosy domagające się wprowadzenia czegoś podobnego w Polsce i jak widać moje obawy, wyrażone w owym artykule, nie były bezpodstawne.
Wedle złożonego w Sejmie projektu, „wszelka dyskryminacja z powodu płci jest zakazana”. Nie chodzi tu bynajmniej jedynie o to, że mężczyźni i kobiety powinni mieć równe prawa (co i tak jest zagwarantowane konstytucyjnie, więc nie potrzeba tu żadnych dodatkowych ustaw). Zakaz dyskryminacji oznacza tu „zakaz gorszego traktowania osoby lub grupy osób z powodu ich płci (dyskryminacja bezpośrednia)” oraz „działań i praktyk, które chociaż są neutralne względem płci, prowadzą w swych skutkach do faktycznego naruszenia zasady równego traktowania płci (dyskryminacja pośrednia)”. Dotyczy to nie tylko organów państwa, ale i osób prywatnych. Jeżeli zastanowić się, co naprawdę oznacza taki zakaz, to trzeba dojść do wniosku, że odrzucenie zalotów osoby tej samej płci przez heteroseksualist(k)ę lub osoby odmiennej płci przez homoseksualist(k)ę jest w jego świetle nielegalne, bo stanowi oczywisty przykład bezpośredniej dyskryminacji z powodu płci…
Rzecz jasna nie sądzę, by pomysłodawcy projektu mieli to na myśli formułując go (mam przynajmniej taką nadzieję). Ale fakt pozostaje faktem. Jeśli zostanę zaczepiony przez geja, który zaproponuje mi spędzenie wspólnej nocy i powiem mu: „Dziękuję, ale nie mam na to ochoty, bo jako facet wcale mnie nie podniecasz”, a on uzna to za przejaw bezpośredniej dyskryminacji z powodu płci i złoży na mnie skargę do właściwego urzędnika, to urzędnik ten chcąc ją oddalić będzie musiał jawnie zaprzeczyć literze ustawy, uzasadniając, że „tak naprawdę” białe jest czarnym i odwrotnie. Będzie to oczywiście świadczyło o jego zdrowym rozsądku - ale tym samym o tym, że ustawa ta jest z owym zdrowym rozsądkiem sprzeczna.
A teraz wyobraźmy sobie, że jestem właścicielem firmy (zawsze można pomarzyć…) i tenże facet (nie muszę wiedzieć, że jest akurat gejem) przychodzi do mnie z podaniem o pracę. Ja jednak uważam, że lepiej mi się będzie pracowało w towarzystwie kobiety (ci agresywni, brutalni, hałaśliwi mężczyźni…) i mówię mu: „Dziękuję, ale nie mam ochoty cię zatrudnić, bo sądzę, że źle mi się będzie pracowało w towarzystwie faceta”. Na co facet składa na mnie skargę o dyskryminację z powodu płci. Sądzę, że w tym przypadku reakcja właściwego urzędnika będzie zupełnie odmienna, co potwierdza art. 5, p. 3.1 wspomnianego projektu: „Równość płci w sferze stosunków pracy obejmuje w szczególności prawo do równych szans przy przyjęciu do pracy”. Jeżeli nie zgodzę się na polubowne rozstrzygnięcie sporu, sprawa trafi do Komisji ds. Równego Statusu, która wyda „wiążące rozstrzygnięcie” - na przykład nakazując mi zatrudnić owego człowieka lub przyznając mu z mojej kieszeni odszkodowanie za wyimaginowaną „stratę”. Jeśli się nie podporządkuję, dostanę grzywnę lub karę ograniczenia wolności. A jeśli z góry napisałbym w ofercie pracy „poszukuję tylko kobiet”, to byłoby to nielegalne wprost na mocy art. 6, p. 1: „Zakazane jest formułowanie oferty pracy w sposób, który stawia w uprzywilejowanej sytuacji kandydata jednej z płci…”.
Ale tak naprawdę - czym różni się pierwsza sytuacja od drugiej? Jaka jest różnica między odmową pójścia do łóżka z osobą określonej płci, a odmową współpracy z osobą określonej płci? I tu, i tu przyczyna jest podobna - uważam, że byłoby to dla mnie nieprzyjemne. Jeśli (mimo jednoznacznego zakazu) uznać jednak czyjeś prawo do bezpośredniej dyskryminacji z powodu płci w sprawach seksualnych, to dlaczego nie w innych? Dlaczego nakazywać ludziom, by zadawali się z osobami, z którymi nie chcą się zadawać, z ewentualnym wyłączeniem jedynie kontaktów erotycznych? Dlaczego to urzędnicy państwowi mają decydować za mnie, z kim i na jakich zasadach mam współpracować?
W świetle wspomnianych art. 5, p. 3.1 oraz art. 6, p. 1 szczególnie interesująco wygląda kwestia, w jaki sposób mają poszukiwać i przyjmować pracowników projektanci mody (przypuśćmy, że któryś z nich zajmuje się wyłącznie modą damską i potrzebuje jedynie modelek-kobiet), agencje towarzyskie nastawione na określoną klientelę (czy agencja oferująca chłopców do towarzystwa dla panów będzie mogła odmówić przyjęcia kobiety?), bary lesbijskie i gejowskie (zaraz, zaraz, przecież sam fakt istnienia baru tylko dla lesbijek dyskryminuje mężczyzn… czyżby więc takie instytucje były nielegalne?), żeńskie drużyny koszykarskie… Wydaje się, że autorzy projektu w ogóle nie pomyśleli o tym, że płeć w pewnych przypadkach może stanowić sama w sobie określone kwalifikacje do danej pracy.
Stowarzyszenia otwarte tylko dla jednej z płci (np. tradycyjne loże masońskie) też wydają się być nielegalne w świetle tego projektu. Zabronienie kobiecie czy mężczyźnie przystąpienia do jakiejś organizacji jest przecież jawną, bezpośrednią dyskryminacją. To samo, jeśli pewne stanowiska wewnątrz stowarzyszenia są niedostępne dla przedstawicieli którejś z płci. Kościół katolicki pewnie zdoła wykręcić się powołując na autonomię przyznaną konkordatem, ale mniejsze ugrupowania religijne i parareligijne (np. starowierzy, krisznaici czy Femina Society - organizacja propagująca dominację kobiet, jeśli chciałaby działać w naszym kraju) mogą mieć kłopot z urzędnikami ds. równego statusu.
Zakaz „dyskryminacji pośredniej” jest czymś jeszcze bardziej kuriozalnym. Weźmy np. firmę (na przykład komputerową), która w pełni przestrzega zakazu „dyskryminacji bezpośredniej z powodu płci” przy zatrudnianiu i awansowaniu pracowników. Jednak okazuje się, że mimo wszystko w firmie pracuje tylko 10% kobiet i to na podrzędnych, gorzej opłacanych stanowiskach - dlatego, że na te wyższe i lepiej opłacane po prostu nie było kandydatek o odpowiednich kwalifikacjach. W wyniku tego doszło do „faktycznego naruszenia zasady równego traktowania płci” w tej firmie, a w każdym razie istnieje możliwość, że Rzecznik lub Komisja ds. Równego Statusu tak to zinterpretują. No i nakażą awansowanie odpowiedniej liczby kobiet, podniesienie im płac lub przyjmowanie przez okres najbliższych kilku lat samych kobiet, tak aby proporcje się wyrównały…
Ktoś może zarzucić tu, że takie coś jest nadinterpretacją i wcale nie o to tu chodzi. W takim razie dlaczego projekt nakazuje wprost, aby w analogicznej sytuacji w tzw. „służbie publicznej” - zatrudniając członków parlamentu, sejmiku wojewódzkiego, rady gminy, zarządu gminy i innych kolegialnych organów władzy i administracji - przestrzegać limitu przynajmniej 40% przedstawicieli każdej z płci w składzie tych organów? Zgodnie z art. 4 wyborcom nie wolno wybrać do parlamentu mniej niż 40% kobiet lub mężczyzn - jeśli wybory przyniosą taki rezultat, są z mocy prawa nieważne. W praktyce oznacza to konieczność ustanowienia ordynacji wyborczej gwarantującej te 40% dla każdej z płci, czyli wydzielenie puli mandatów „tylko dla kobiet” i „tylko dla mężczyzn”, bądź też wprowadzenie wymogu, by partie i komitety wyborcze miały na swoich listach odpowiednią liczbę kandydatów każdej z płci z jednoczesnym ograniczeniem wpływu wyborców na to, kogo z danej listy wybrać (bo przecież ci wredni wyborcy mogliby stawiać krzyżyki np. tylko przy samych facetach i co wtedy?). Przypomina mi to tzw. sejm kontraktowy, gdzie ordynacja gwarantowała odpowiedni procent mandatów członkom określonych partii (PZPR, ZSL i SD), a jeszcze bardziej wcześniejsze sejmy z okresu PRL, gdzie de facto istniała stała pula mandatów nie tylko dla członków określonych partii i bezpartyjnych, ale także robotników, chłopów, inteligencji, młodzieży i oczywiście kobiet. Być może pomysłodawcy, reprezentując siły polityczne będące spadkobiercami ówczesnej „przewodniej siły” i jej wiernego sojusznika czują niejaki sentyment do tamtych czasów?
Przypomina mi to także pewien rzeczywisty przypadek dyskryminacji kobiet mniej więcej z tamtych czasów. Otóż niektóre (nie pamiętam czy wszystkie) uczelnie medyczne rezerwowały bodajże 50% miejsc na pierwszym roku studiów dla mężczyzn, a drugie 50% dla kobiet. Starały się w ten sposób uchronić przed postępującą feminizacją zawodu lekarza - zdecydowaną większość kandydatów stanowiły bowiem kobiety. Pewnego razu jakaś kobieta, która zdała egzamin lepiej niż wielu konkurentów płci męskiej, ale nie została przyjęta ze względu na ów limit, zaskarżyła tę praktykę i wygrała. Od tego czasu, o ile wiem, tych limitów nie ma. Otóż dla mnie przymusowe zarezerwowanie 40% miejsc w parlamencie, radzie czy zarządzie miasta dla każdej z płci niczym nie różni się od takowego zarezerwowania 50% miejsc na pierwszym roku medycyny dla każdej z płci. I jeśli to drugie uznać za jawną dyskryminację - w tamtym przypadku kobiet - to nie rozumiem, dlaczego to pierwsze ma być uznane za walkę z dyskryminacją?
Choć… być może wyjaśnienie daje art. 3 p. 1 wiadomego projektu:
„Nie stanowią dyskryminacji tymczasowe środki, które zgodnie z celem aktu normatywnego mają przyczynić się do osiągnięcia równości płci”.
Tak więc mamy jasność - chodzi o ustanowienie w wybranych dziedzinach przymusowej państwowej dyskryminacji, aby zwalczyć tym dyskryminację stosowaną przez osoby prywatne, a nawet te przypadki nierówności (np. materialnej), które z dyskryminacji nie wynikają. Jeśli np. ci obrzydliwi wyborcy są tak uparci lub ciemni, że wciąż mają ochotę wybierać do parlamentu czy rady miasta 90% facetów, należy ich preferencje zignorować i zagwarantować 40% miejsc w każdym z tych ciał dla kobiet. A jeśli Komisja ds. Równego Statusu nakaże jakiejś firmie zatrudnienie odpowiedniej liczby kobiet (lub mężczyzn) na odpowiednich stanowiskach, aby nie była naruszona „zasada równego traktowania płci”, to też nie będzie to dyskryminacja, tylko coś przeciwnego…
Jeśli chodzi o szkolnictwo, to projekt zakłada delegalizację szkół wyłącznie męskich i wyłącznie żeńskich: „Kobiety i mężczyźni mają równe prawa do kształcenia się w szkołach wszystkich typów i profilów zawodowych”. Koedukacja ma być jak widać przymusowa nawet w szkołach prywatnych. Dziwacznie brzmi punkt mówiący, że „podręczniki i inne pomoce naukowe używane w szkołach wszystkich typów i innych instytucjach oświatowych muszą uwzględniać zasadę równości płci”. Nie bardzo rozumiem, co miałoby to oznaczać. Czy obowiązek używania jednakowej liczby podręczników napisanych przez kobiety i przez mężczyzn? Używania wyłącznie podręczników napisanych przez równą liczbę kobiet i mężczyzn? A może chodzi o to, by w każdym podręczniku była wymieniona równa liczba mężczyzn i kobiet, zaś zestaw tablic poglądowych do np. biologii zawierał jednakową liczbę tablic przedstawiających człowieka (szkielet, mięśnie, układ krwionośny itp.) jako kobietę i jako mężczyznę? W każdym razie, przed urzędnikami ds. równego statusu otwiera się szerokie pole do interpretacyjnego popisu.
Urzędnicy ci (Rzecznik ds. Równego Statusu wraz ze swoim Biurem oraz Komisja ds. Równego Statusu) mają być upoważnieni do przeprowadzania kontroli zakładów pracy i organizacji (nawet po godzinach pracy - od 600 do 2200), do dostępu do akt nawet objętych tajemnicą handlową lub służbową i do przeprowadzania przesłuchań.
Cały ten projekt nie jest bynajmniej wymysłem jakiejś mało znaczącej grupy posłów. Podpisane są pod nim czołowe postacie klubów SLD i PSL, na czele z samym szefem SdRP Leszkiem Millerem i szefem PSL Jarosławem Kalinowskim. Oprócz nich pod projektem widnieją nazwiska m. in. Izabeli Sierakowskiej, Barbary Blidy, Wiesława Kaczmarka, Włodzimierza Cimoszewicza, Tadeusza Iwińskiego, Jerzego Szmajdzińskiego, Aleksandry Jakubowskiej, Mirosława Pietrewicza, Czesława Śleziaka i Józefa Wiadernego. Jest zatem spora szansa, że projekt ten przejdzie nawet przy obecnym układzie parlamentarnym - można się spodziewać, że skłonna będzie go poprzeć także pewna grupa posłów Unii tzw. Wolności. A jeśli nie teraz, to później, gdy SLD (co prędzej czy później zapewne nastąpi) odzyska większość.
Czy jest jakiś sposób, by powstrzymać tę kolejną ingerencję polityków i urzędasów w nasze życie?
Jacek Sierpiński