"Gazeta An Arché" nr 52 - zamknięto 28 VI 1998


Rewolucja na ulicy czy w życiu?

Czy można zorganizować rewolucję, przeorientować ruch ze zblazowanych studentów i uczniaków na - dajmy na to - kibiców, jak to się marzy niektórym towarzyszom po Słupsku? Kibice lubią się bić, owszem (częściej zresztą między sobą niż z policją, jak pokazały dymy w Katowicach parę dni później), ale czy to wystarczy do stworzenia wolnego społeczeństwa? Bo przypominam - nie idzie nam (a przynajmniej mi) o podkręcenie atmosfery przed wyborami czy zamachem stanu, nie jesteśmy politykami prącymi wszelkimi sposobami do władzy. To, że niezadowoleni mają dziś w Polsce na ogół wredno-ciemnogrodzką mentalność a cały ich bunt to nienawiść do wszystkich innych (a kto, jak nie anarchista, nadaje się najlepiej na „żyda”?) nie robi mi, mój anarchizm nie jest „lewicowy”, więc nie nadstawiam się im z drugim półdupkiem do odstrzału, a doświadczenia z naszej roboty w Gdańsku pokazują, że z „oszołomami” idzie się dogadać; gorzej, że to tylko mięcho armatnie, a tego nie znoszę (mam dość bezwolnych alternatywistów, by zajmować się jeszcze agresywnymi frustratami, szukać im „prawdziwych wrogów”, budować barykady etc.). I sądzę, że prędzej alternatywiści nauczą się walczyć na ulicy, o ile to będzie potrzebne, niż kibice itp. otworzą się na tyle, by sami coś tworzyć, zamiast szukać kozła ofiarnego, winnego za wszystko. Nie wierzę w rewolucje w XIX-wiecznym stylu, przynajmniej w krajach bardziej rozwiniętych (pomijam złe doświadczenia z udanych rewolucji w naszym stuleciu w krajach próbujących gonić Zachód), choć rozumiem tęsknotę za owymi pięknymi, prostymi porywami serca, różnymi Czeczeniami, Zapatystami, czy innymi „dzikimi człowiekami” (jak choćby kibice - ponoć przed wojną towarzystwo z Warszawki schodziło na Powiśle zarobić w mordę od apache'ów lub doznać innych równie mocnych wrażeń z cyklu „100 procent live”), ba - jeszcze w '68 na Zachodzie, w stanie wojennym u nas było „mocne życie”… I co ? I nic !

Wspólnota oparta na zagrożeniu żywiołem, wrogiem etc., kiedy uda się go pokonać, umiera wcześniej czy później, kończy się solidarność stanu wyjątkowego, zaczyna szare życie i wówczas pozostaje tęsknota, ucieczka Che z Kuby do Boliwii, podpalanie domów towarowych w Hamburgu, bo „nie ma niewinnych” itp., albo Magdalenka, okrągły stół i stołki - a przecież świat istnieje nadal, nadal można być wolny, żyć po swojemu, tylko czy nas na to stać, by poznać samych siebie, poznać swe potrzeby i samemu je zaspokajać, czy barbarzyńcy nie są jakimś wyjściem awaryjnym, nieodpowiedzialnością za własne życie, zwalaniem winy na wroga, że nam nie daje (a najlepiej bunt permanentny, jak dupki z Zachodu, co to na państwowych stypendiach kontestują zadymami państwo).

Osobiście sądzę, że rewolucja może i musi być jednocześnie środkiem i celem; jeśli ktoś chce całe życie walczyć, buntować się, niech to sobie robi, ale niech nie mówi, że żyje dla siebie, że jest wolny, bo żyje przeciw komuś tylko. Mi osobiście bardziej odpowiada wizja Abramowskiego, stworzenie sobie własnych podstaw - zaspokajanie potrzeb materialnych własną pracą, potrzeb duchowych własnym tworzeniem, a walka o tyle, o ile system nam to uniemożliwia (na ile ktoś spróbował?). Mogę to robić zupełnie sam, mogę z innymi, ba - mogę nawet próbować przekonać do tego wszystkich, nie wyłączając i kibiców, choćby dla samoobrony, dla pokazania, że można żyć inaczej, choć chyba na to (już, jeszcze?) nie czuję powołania, a może zbyt wiele jest do zrobienia we własnym życiu, w naszym gronie.

Kiedy niedawno w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN rozmawialiśmy o wspólnocie zagrożenia (na przykładzie powodzi), to wyszło na to, że rodzi ona spontaniczność, samoorganizację, solidarność etc., słowem wszystkie miłe sercu alternatywisty ideały, a potem zawiści, żale, wspomnienia, kaca itd., czyli to, czego chcemy uniknąć w tym życiu, ale w końcu jedno i drugie mija w gruncie rzeczy bez efektu dla przemiany społeczeństwa we wspólnotę ludzi wolnych, odpowiedzialnych za swe życie jednostek. W chwili kryzysu po prostu jednostek nie ma (!), jest - o ile grupa ma przeżyć - jedno wielkie MY, które potem, gdy koniunktura wraca, zawłaszczają sobie najczęściej nie ci, co najwięcej w to włożyli, bo oni są najbardziej dla innych, najmniej myślą o sobie. A gdy pomoc wzajemna się kończy i zaczyna walka o byt, by się wszyscy nie pozagryzali, wkracza system - reguły gry, ten kto sprzeda najskuteczniejsze i najtańsze - zostaje jego beneficjentem, przynajmniej póki to działa - i to jest państwo, własność, wiara, media masowe itp. (pop)kultura.

Jeśli chce się to przekroczyć, trzeba odnaleźć taką formułę, która byłaby dobrowolna a nie narzucona przez najsprawniejszą z mafii, a jednocześnie pozwoliłaby współistnieć różnym „ja” indywidualnym i grupowym na własny koszt i ryzyko, nie dzięki innym; zachować „ja”, które samo wyznaczyłoby sobie granice, którego nie musiałby pilnować policjant, którego nie musiałoby się obawiać inne „ja” bez owego policjanta… Ale to tylko drugi człowiek jako granica mojej wolności, a przecież może on być dla mnie bramą i drogą do nieskończoności.

Wracając zaś na ziemię - społeczeństwo „obywatelskie”, dojrzałe wymaga większego rozwoju naszej indywidualności (oparcia w samym sobie i odpowiedzialności za swe życie) niż obecnie i stoi na przeciwnym krańcu niż zanik owego „ja” w zbiorowym „my” wspólnoty opartej na zagrożeniu, choć jednocześnie ma w sobie coś z niej - jest to bowiem także wspólnota, tyle że wolnych ludzi a nie jakieś mrowisko, tłum, a drugi człowiek nie jest wrogiem, jak dziś, lecz współpracownikiem, współtwórcą. Tego chciał nauczyć w swoich kooperatywach Edward Abramowski. Praca jest trudna i mniej efektowna (choć tak naprawdę i w niej, i w zadymie idzie o to, że jest „moja”; tyle że po kamieniu rzuconym w glinę nie zostaje nic prócz wspomnień - marzeń by raz jeszcze, choćby bez powodu, w byle kogo…, a kiedy uda się coś zbudować - to jest i potem). Czy nasi piewcy prostych uczuć, marzyciele rewolucji spróbowali jednak kiedyś wyjść poza system, choćby organizując kooperatywy, LETS itp., czy to kolejna grupa już nie prostych zadymiarzy odreagowujących swe stresy, ale polityków, którzy chcą powiedzieć innym jak żyć, co robić za nich etc., polityków tym razem anarchistycznych !?

J@ny

gazeta_an_arche/rewolucja_na_ulicy_czy_w_zyciu.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/24 01:20 przez gigabyte