"Gazeta An Arché" nr 58 - zamknięto 30 VI 1999
Różne oblicza różnorodności
Jakiś czas temu narodowo-konserwatywne pismo z Wrocławia „Rojalista-Pro Patria” opublikowało artykuł Remigiusza Okraski „Vademecum inkwizytora”. Artykuł ten był ostrą krytyką książki Neofaszyzm w Europie Zachodniej. Zarys ideologii autorstwa Rafała Pankowskiego, a główne ostrze tej krytyki zostało skierowane przeciwko tezie tego ostatniego, iż rdzeniem i naczelną zasadą faszyzmu (w tym „neofaszyzmu”) była i jest idea „totalnej jednolitości kulturowej”, która w przypadku neofaszyzmu wyraża się w wizji „ściśle odseparowanych homogenicznych wspólnot narodowo-rasowych”, czego przejawem jest m. in. poparcie dla separatyzmów regionalnych i niechęć wobec społeczeństwa multikulturowego. Zdaniem bowiem R. Okraski, po pierwsze idea totalnej jednolitości kulturowej stanowi(ła) główny element nie tylko faszyzmu, ale „wszystkich ideologii epoki industrialnej” (w tym w szczególności liberalizmu) i stanowi „fundament ideowy społeczeństwa industrialnego”, po drugie zaś nurty zaliczane przez R. Pankowskiego do neofaszyzmu, głosząc poparcie dla separatyzmów i niechęć do multikulturowości w istocie sprzeciwiają się homogeniczności kulturowej - „najbardziej homogeniczne pod względem kulturowym jest właśnie społeczeństwo składające się z podobnych sobie przedstawicieli różnych grup etnicznych poddanych „wielokulturowemu” praniu mózgów w stylu „United Colours of Benetton”, który to model kultury niszczy różnorodność etniczną na całym świecie, co raczą dostrzec także co bardziej uczciwi zwolennicy demokracji liberalnej”.
O ile sama teza, że rdzeniem faszyzmu jest idea „totalnej jednolitości kulturowej” wydaje mi się całkowicie chybiona i rodzi niebezpieczeństwo zaliczenia do faszyzmu (która to nazwa kojarzy się z oczywistych względów z Mussolinim, Hitlerem, dyktaturą, wojną i obozami koncentracyjnymi, i wywołuje z tego powodu u większości ludzi bardzo negatywną reakcję) także poglądów i ruchów mających w rzeczywistości z faszyzmem niewiele wspólnego (co zauważa także R. Okraska, a czego dowodem jest m. in. publicystyka R. Pankowskiego i jego współpracowników na łamach pisma „Nigdy Więcej”), o tyle nie zgadzam się także z wysuniętymi przeciwko niej argumentami R. Okraski. Moim zdaniem nie jest prawdą, że idea „totalnej jednolitości kulturowej” leży u podstaw społeczeństwa industrialnego jako takiego, a w szczególności współczesnego względnie liberalnego („demoliberalnego”, jakby powiedzieli ze wzgardą jedni, „neoliberalnego”, jakby powiedzieli ze wzgardą inni), „multikulturowego” i coraz bardziej globalizującego się społeczeństwa krajów tzw. rozwiniętych i tych krajów tzw. rozwijających się, które przyjęły społeczny model tych pierwszych. Jest natomiast do pewnego stopnia prawdą twierdzenie R. Pankowskiego, że przedstawiciele wielu nurtów zaliczanych przez niego do „neofaszyzmu” upatrują swój ideał w wizji „ściśle odseparowanych homogenicznych wspólnot narodowo-rasowych”.
Twierdzenie, jakoby we współczesnym świecie (a zwłaszcza w USA czy Europie Zachodniej) w wyniku postępującej globalizacji zachodził proces ujednolicania kulturowego, jest dość powszechne. Można się z nim spotkać zarówno w publicystyce prawicowej, jak i lewicowej, „alternatywnej” czy anarchistycznej, w szczególnym zaś nasileniu w środowiskach Zielonych i tzw. „trzeciej drogi” (przedstawicielem tych ostatnich, kojarzonych przez R. Pankowskiego z „neofaszyzmem”, jest właśnie Remigiusz Okraska). Pisze się o amerykanizacji, „coca-colonizacji” (a nawet „coca-colocauście”), „kulturobójstwie” dokonywanym przez „masową tandetę symbolizowaną przez hamburgery, silikonowe gwiazdy Hollywood i mit o pucybucie, który został milionerem”, „jednolitym świecie konsumentów”, „uniformizującym globalizmie kulturowym”, „globalnym domu towarowym, gdzie wszyscy żyją jednakowo, a ewentualne drobne różnice służą stwarzaniu przekonania o istnieniu wyboru”, „zuniformizowanym i scentralizowanym Świecie Nowego Porządku”, „bezkształtnej plazmie karmionej pop-kulturą”, „uniformizacji mega-maszyny kapitalizmu”, itp., itd. Moim zdaniem jednak osoby wysuwające takie twierdzenie, dostrzegając fakt zacierania się różnic etnicznych i granic między kulturami narodowymi (co im się z rozmaitych powodów nie podoba), nie potrafią dostrzec faktu, że proces ten - nie mówię tu o przypadkach planowego, przymusowego wynaradawiania (np. w Tybecie czy Kurdystanie) czy szerzenia „cywilizacji białego człowieka”, to zupełnie inna para kaloszy - nie jest wcale tożsamy z kulturowym ujednolicaniem. Zanikanie różnorodności etnicznej wcale nie musi oznaczać - i według mnie nie oznacza - uniformizacji. To, co w wyniku tego procesu powstaje, można owszem nazwać - stosunkowo trafnie - „bezkształtną plazmą” czy też papką (takie określenie też trafia się dość często), jest to jednak zupełnie coś innego, niż homogeniczność kulturowa. W rzeczywistości taka „bezkształtna plazma” jest prawdopodobnie bardziej wewnętrznie różnorodna niż mozaika tradycyjnych wspólnot etnicznych i kultur.
Aby poglądowo wyobrazić sobie, o co naprawdę tu chodzi, wyobraźmy sobie pewną liczbę (załóżmy, że kilka miliardów - tyle, ilu żyje na Ziemi ludzi) sześciennych klocków pokolorowanych jednolicie na różne kolory, symbolizujące tradycyjne kultury narodowe czy etniczne. Załóżmy, że tych kolorów jest sto (w rzeczywistości jest ich o wiele więcej, ale nie wpływa to na rozumowanie, za to upraszcza dalsze obliczenia). Sześć ścian klocków odpowiada charakterystycznym aspektom danej kultury, manifestującym się w określonych dziedzinach życia (arbitralnie załóżmy, że jest ich sześć, w rzeczywistości jest ich oczywiście więcej, ale to też nie wpływa na rozumowanie). Mamy więc sto wyraźnie określonych i wyodrębniających się od reszty grup kulturowych. Oto obraz świata przed procesem globalizacji i „multikulturalizacji”.
A teraz wyobraźmy sobie, że w wyniku wzajemnych kontaktów kultury ulegają całkowitemu przemieszaniu. Klocki tracą jednolitą barwę i zastępują kolory swoich ścian (jednej lub więcej) innymi spośród dostępnych. W skrajnym przypadku utworzy się sytuacja, w której każdy klocek różni się od wszystkich pozostałych - co najmniej kolorem jednej ścianki. Taka sytuacja jest zresztą niewyobrażalnie bardziej prawdopodobna (zakładając, że dla każdego klocka prawdopodobieństwo każdej wariacji jest jednakowe), niż ujednolicenie wszystkich klocków. Możliwych wariacji dla każdego klocka jest bowiem 1006, czyli bilion! Kombinacji „ujednolicających” wszystkie klocki jest 100 (tyle, ile kolorów), zaś kombinacji, dla których każdy klocek jest inny, jest (przy 5 miliardach klocków) 1000000000000 × 999999999999 × 999999999998 × …………… × 995000000001. Sytuacja, w której każdy klocek różni się od wszystkich pozostałych, choćby tylko kolorem jednej ścianki, reprezentuje sytuację całkowitego zaniku jakichkolwiek grup kulturowych - o ile zgodzimy się, że „grupę” muszą stanowić co najmniej dwie osoby. A jednak społeczność cechuje się dużo większym wewnętrznym zróżnicowaniem niż poprzednio, choć różnice między poszczególnymi jednostkami mogą być mniejsze i mniej widoczne niż poprzednio między grupami.
Załóżmy teraz, że jakiś wzorzec kulturowy jest na tyle atrakcyjny, że prawdopodobieństwo przyjęcia cech reprezentowanych przez niego jest o wiele wyższe niż cech reprezentowanych przez pozostałych i w rezultacie po wymieszaniu każdy klocek ma trzy określone ścianki tego samego koloru (załóżmy niebieskiego). Jeśli jednak pozostałe ścianki mogą przybierać różne kolory, w dalszym ciągu oznacza to możliwość większego zróżnicowania na poziomie jednostek niż poprzednio - występować tu może milion rozmaitych wariacji, zamiast uprzednich stu. W tym przypadku można wprawdzie mówić, że reprezentują one raczej subkultury w ramach dominującego wzorca kulturowego (każdy osobnik jest „w połowie” podobny do pozostałych), ale fakt większego zróżnicowania - mimo zaniku tradycyjnych odmienności kulturowych - pozostaje faktem.
Różnice na poziomie jednostek czy małych grup są trudniejsze do zauważenia niż na poziomie wielkich społeczności. Plansza wypełniona małymi pikslami w tysiącu odcieni, dokładnie przemieszanymi ze sobą, wydaje się na pierwszy rzut oka bardziej „jednolita” niż plansza podzielona na dziesięć dużych, wyraźnie widocznych, pól w dziesięciu odcieniach. Krytycy globalizacji i mieszania kultur, narzekający, że „wszystkie miasta na świecie stają się do siebie podobne”, nie dostrzegają, że wśród mieszkańców tych miast (np. Amsterdamu, Berlina czy Nowego Jorku) występuje o wiele więcej indywidualnych czy grupowych stylów życia niż poprzednio czy też w tych miastach, które jeszcze globalizacji nie doświadczyły (np. Phenianie). A może dostrzegają, ale różnice te są dla nich zbyt drobne, by uważać je za istotne.
Wydaje się, że przedstawiciele wielu nurtów zaliczonych przez R. Pankowskiego do „neofaszyzmu” (w tym np. sam R. Okraska) opowiadają się za różnorodnością na poziomie raczej dużych grup (nacji, grup etnicznych, regionów), niż jednostek. Do tego jednak, by o takiej różnorodności można było mówić, niezbędne jest pewne ujednolicenie wewnątrz tych grup. Muszą istnieć zestawy cech konstytuujących tożsamość kulturową każdej z tych grup, prezentowanych przez jej członków. Inaczej w ogóle nie byłoby możliwe ich wyodrębnienie. Oznacza to założone zubożenie wewnętrznej różnorodności, ponieważ członkowie danej grupy z definicji nie mogą wykazywać się cechami alternatywnymi dla cech konstytuujących ich grupową tożsamość. Na im większym zestawie cech opiera się ta tożsamość, tym ujednolicenie jest większe (doskonale widać to na przykładzie np. ortodoksyjnych Żydów czy pragnących narzucić swoje kryteria tożsamości kulturowej wszystkim Afgańczykom talibów). W tym sensie R. Pankowski moim zdaniem ma sporo racji zarzucając zwolennikom tak pojmowanej różnorodności dążenie do „totalnej jednolitości kulturowej” (w ramach danej grupy etnicznej, regionu czy nacji), choć słowo „totalnej” wydaje się być tu przesadą. Oczywiście samo w sobie nie świadczy to jeszcze o żadnym faszyzmie.
Możliwe, że się w ostatecznym rozrachunku mylę i że atrakcyjność pewnych wzorców kulturowych jest tak duża, że w świecie globalnej komunikacji, umożliwiającym ich rozprzestrzenianie, nastąpi mimo wszystko samorzutne ujednolicenie większości społeczeństwa (pod rozmaitymi względami) w skali światowej i zanik wzorców alternatywnych. Różnorodność jednak, tak na poziomie grupowym, jak i jednostkowym, nie jest bałwanem, przed którym należy klękać. Nie może być uważana za coś ważniejszego od indywidualnej swobody działania. Nie można nikomu zabraniać naśladowania czy upodobniania się do innych usprawiedliwiając to koniecznością zachowania różnorodności etnicznej, kulturowej czy nawet na poziomie jednostek, podobnie jak nie można nikomu zabraniać stylu życia odróżniającego go od społeczności, wśród której żyje (pod warunkiem oczywiście, że nie wyrządza nikomu krzywdy). Przymusowe różnicowanie jest tak samo złe, jak przymusowe ujednolicanie. Swobodę wyboru stylu życia powinien mieć zarówno zwolennik czy propagator pop-kultury, jak i zwolennik czy propagator życia według „tradycyjnych narodowych” bądź „alternatywnych” wartości, zarówno zwolennik mieszania ras, jak i rasowy separatysta. Nie można ich tej swobody pozbawiać, arogancko twierdząc, że wie się lepiej, co dla nich dobre.
Jacek Sierpiński