"Gazeta An Arché" nr 58 - zamknięto 30 VI 1999
Społeczeństwo krótkiej pałki
(tekst wystąpienia na IV Kongresie Ruchu Autonomii Śląska)
”(…) naród, który wykazuje zbyt daleko posuniętą jednolitość opinii, zbyt wielką dyscyplinę, monomyślność, w którym nie ma nikogo kto by mówił inaczej niż mówią wszyscy, nie budzi zaufania do swej szczerości. Tego rodzaju społeczeństwo wydaje się sztucznie podciągane do jednego mianownika. Jest ideałem ustroju totalnego, (…) a nie wolnego. Słusznie kiedyś napisał W. A. Zbyszewski (…), że społeczeństwo dojrzałego narodu winno być jak rozwarty wachlarz. Niewątpliwie tak. Dodajmy, że czym więcej stopni tego rozwarcia, tym więcej świadczy o dojrzałości, dynamice, bogactwie myśli i o kulturze. Podczas gdy zwinięty w mocnej garści robi wrażenie raczej krótkiej pałki”.
Józef Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, wyd. Baza, Warszawa 1989, s. 201.
Państwo prawa po polsku
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż wszelkie wady i przywary polskiego społeczeństwa niczym w soczewce skupiają się w politycznych elitach. Stąd też powszechna irytacja, jaką budzą raz po raz „wyczyny” przedstawicieli establishmentu u przeciętnego zjadacza chleba, który w tzw. osobach publicznych odnajduje wyostrzony obraz gorszej części swojego ja. Jak wiadomo, oglądanie własnej karykatury może, w przypadku człowieka pozbawionego poczucia humoru, prowadzić do frustracji. Odwracając sytuację, klasę polityczną uznać trzeba za skondensowany wizerunek większej części społeczeństwa. Wszak jej reprezentanci, mimo swych ułomności, a może właśnie dzięki nim, gdyż czynią ich one bardziej „ludzkimi”, zdobyli uznanie w oczach elektoratu, nierzadko po raz kolejny. Jeśli przyjąć taką zależność obawy musi budzić przyszłość Rzeczpospolitej. W demokracji bowiem decyduje większość. Jeżeli ta nie przejawia woli dokonania zmian, wszelkie reformy pozostaną jedynie propagandowym sloganem. Po dziesięcioleciach panowania ustroju totalitarnego rysuje się jeden rozsądny i konieczny kierunek transformacji: możliwie największe poszerzenie obszaru obywatelskiej swobody. Demokracja bowiem nie daje wolności, lecz tylko polityczną równość. W pewnych warunkach może wynaturzyć się prowadząc do dyktatury większości. Dyktatury najgorszej ze wszystkich, bo najtrudniejszej do obalenia.
Nie ulega wątpliwości, iż człowiek czuć się może naprawdę wolny tylko w państwie prawa. Nie jest to warunek jedyny, ale z pewnością niezbędny. Cóż bowiem z tego, iż prawo gwarantuje nam określone, największe nawet swobody, jeśli nie jest egzekwowane zgodnie ze swą literą, lecz dowolnie naginane do potrzeby chwili, politycznej koniunktury bądź społecznego nastroju.
PRL państwem prawa nie była. Komunistyczny „wymiar sprawiedliwości” dopuszczał się niejednokrotnie łamania prawa stanowionego przez samych komunistów i to poza wszelką społeczną kontrolą. W zmienionej sytuacji politycznej reforma sądownictwa należy więc z pewnością to zadań najważniejszych. Zwykła logika podpowiada jednak, iż żadna instytucja nie jest w stanie zreformować się sama z siebie, bez zewnętrznego przymusu. Stąd konieczna jest wola społeczeństwa, wyrażona ustami jego reprezentantów. Wola taka jest świadectwem dojrzałości, gdyż oznacza gotowość podporządkowania się prawu i poniesienia kary za jego ewentualne przekroczenie.
Sprawa Związku Ludności Narodowości Śląskiej stała się niejako papierkiem lakmusowym, za pomocą którego zbadać można było nie tylko kondycję polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale również społeczne oczekiwania wobec instytucji powołanych do egzekwowania prawa. Sytuacja była po temu idealna. Mieliśmy bowiem do czynienia z roszczeniami mniejszości, które większość przyjęła z otwartą wrogością, niechęcią lub prostym brakiem zrozumienia bądź zainteresowania. Zachodziło więc pytanie czy ewentualna korzystna dla mniejszości, odpowiednio umotywowana decyzja sądu, zostanie potraktowana z powagą i zaakceptowana, czy też ponad nią postawione zostanie przekonanie o własnej racji, wynikające z pozaprawnych przesłanek. Ten egzamin RP oblała z kretesem. Postanowienie Sądu Wojewódzkiego, którego podstawy zaprezentowane zostały w zwięzłym i klarownym uzasadnieniu, wywołało zbiorową histerię. W rolach głównych wystąpili politycy różnej maści, stający właśnie w wyborcze szranki. Niektóre wypowiedzi były dobitnym dowodem braku zrozumienia i poszanowania idei państwa prawa. Ich autorzy ganili sędziego za nieuwzględnienie w całej sprawie dodatkowych czynników, które sprowadzić można do wspólnego mianownika „polskiej racji stanu”, interpretowanej w kategoriach własnego politycznego interesu. W roli eksperta wystąpił rzecznik regionu „Solidarności”: „To postanowienie można uznać za jedną wielką paranoję” (GW z 26. 06. 1997). Arogancją i ignorancją dorównał mu przewodniczący rady wojewódzkiej SdRP, który swe wzburzenie ujął w słowach: „Decyzja sądu jest absurdalna. Wyobraźmy sobie, że na tej podstawie, jako mniejszość narodowa, zarejestrują się Kaszubi, górale, Łemkowie”. Uwadze pana posła, znanego wszak erudyty i omnibusa, umknął fakt, iż w Polsce już od kilku lat istnieje stowarzyszenie mniejszości narodowej Łemków. Mniej agresywny, mentorski za to ton przybrała posłanka KPN, strofując sędziego za decyzję o rejestracji ZLNŚ: „Nie było do tego podstaw ani obiektywnych, ani prawnych” (GW z 04. 07. 1997). Podobnie, nie wnikając w meritum sprawy, kompetencje sądu podważali Aleksander Kwaśniewski i ówczesny premier, Włodzimierz Cimoszewicz. Wspaniały to przykład dla społeczeństwa, gdy czołowe postaci publicznego życia niemal wprost nawołują do odłożenia na bok kodeksów i ustaw w imię wyższej, definiowanej przez nich samych racji! Jakże szczęśliwy to przypadek, kiedy racja ta zgodna jest z odczuciem większości!
Sygnał wysłany przez politycznych decydentów i znaczną część opinii publicznej okazał się być dostatecznie głośny i czytelny. Sąd drugiej instancji wydał orzeczenie zgodne z oczekiwaniem władzy i nastrojem większości, podtrzymane następnie przez Sąd Najwyższy. Stało się. Ocena czy prawo zostało złamane, czy tylko nagięte należy teraz do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Pozostanie jednak niesmak, wywołany m.in. sążnistym uzasadnieniem decyzji Sądu Apelacyjnego, w którym brak prawniczej treści rekompensować miały historycznosocjologiczne dywagacje. Tak jak wcześniej politycy poczuli się ekspertami w zakresie prawa, tak teraz skład orzekający z pewnością ocierającą się o megalomanię rozstrzygnął wątpliwości od lat dręczące największe autorytety w tych dziedzinach humanistyki. Komitet Założycielski w trakcie procesu rejestracyjnego świadomie nie podjął polemiki z owymi tezami, wychodząc z założenia, iż sąd nie jest miejscem na toczenie akademickich sporów. Ponieważ uzasadnienie orzeczenia miało charakter publicystyczny właściwym wydaje się dokonanie jego oceny na łamach prasy.
Prawda koniunkturalnego interpretowania prawdy
„Są dwie prawdy na świecie. Pierwsza to ta, która ściśle otacza ziemię i wiernie odbija w wodzie płynące górą obłoki. (…) Nie ukazuje ani miłości, ani nienawiści. (…) Jest idealnie obojętna, bo idealnie obiektywna. Jest prawdą całkowitą, gdyż przyrodzoną. Za jedyną jej cechę nadprzyrodzoną poczytywać by można pewną tajemnicę, dotychczas przez nikogo jeszcze nie zgłębioną: W jaki sposób, a przede wszystkim w jakim celu wyrodziła z siebie (…) drugą prawdę? Ta druga prawda składa się pozornie tylko z dobra i zła. Ale omyliłby się, kto by jej uwierzył na słowo. Gdyż jej dobro i zło są pojęciami względnymi. (…) Będąc w ciągłym ruchu ledwo nadążyć może za masą słów i gestów ludzkich. Twierdzi, że stara się je rejestrować równie dokładnie co prawda pierwsza, lecz w rzeczywistości stara się je tylko dopasować do swoich względnych celów (…). (…) O ile pierwsza z tych prawd jest milcząca, o tyle druga często bardzo propagandowa. (…) Wiedząc o tym, że nie jest jedną, tym bardziej okrzykuje się za jedyną, a przez to obowiązującą. I do pewnego stopnia ma rację, gdyż jest to prawda urzędowa, to znaczy zależna od urzędowego charakteru ustroju, czy nastroju, w którym jest głoszona. W skrócie można by powiedzieć o niej, że jest prawdą koniunkturalnego interpretowania prawdy”.
Józef Mackiewicz, Kontra, wyd. BAZA, Warszawa 1989, s. 9 f.
Uzasadnienie orzeczenia Sądu Apelacyjnego w sprawie ZLNŚ znakomicie pasuje do nakreślonego przez Mackiewicza opisu owej „drugiej prawdy”. Owa „prawda”, która do dziś króluje nierzadko w podręcznikach do historii, wypowiedziach polityków i intelektualistów, szczególnie w sprawach śląskich ujawnia swój urzędowy charakter. To w imię tej „prawdy” wszelkimi środkami starano się zapobiec procesom komendantów komunistycznych obozów dla Ślązaków: Czesława Gęborskiego i Salomona Morela, wypłoszonego do Izraela. To także ta „prawda” sankcjonować miała i do dziś w oczach wielu sankcjonuje, czystki etniczne, których areną stał się Śląsk w drugiej połowie lat czterdziestych. Rzeczone uzasadnienie w swej pozaprawnej warstwie stanowi zbiór kłamstw, półprawd i faktów poddanych prymitywnej manipulacji. Prymitywnej, bo lekceważącej podstawowe zasady logicznego rozumowania, kpiącej sobie ze zdrowego rozsądku i inteligencji czytelnika. Jak inaczej ocenić fakt, że na jednej stronie sąd konstatuje, iż nieistnienie narodu śląskiego jest faktem powszechnie znanym i nie wymagającym dowodu, a na kolejnych pięciu stara się owego twierdzenia dowieść, zresztą w oparciu o arbitralnie dobrane źródła i często przejawiając pogardę dla historycznej ścisłości i rzetelności? Do kategorii kłamstw zaliczyć można bowiem takie np. stwierdzenie: „Nigdy bowiem w powszechnej świadomości nie byli [Ślązacy] postrzegani jako odrębny naród i nigdy do tej pory nie próbowali określać swojej tożsamości w kategoriach narodowych”. Sąd nie słyszał zapewne bądź też nie chciał słyszeć o działających po I Wojnie Światowej tzw. ruchach ślązakowskich, których część odwoływała się do odrębnej, śląskiej świadomości narodowej. Nieznany był mu chyba również fakt, iż w czerwcu 1948 r. część mieszkańców Górnego Śląska wypełniając rozesłane przez władze ankiety w rubryce narodowość wpisała „Ślązak”. Propagandowy wymiar owej przyjętej przez wysoki sąd urzędowej „prawdy” ujawniają takie oto cytaty: „Górny Śląsk w swym ludowym rdzeniu pozostawał polski i świadczą o tym niewątpliwie 3 zrywy powstańcze. Rola ludu śląskiego w budowaniu i utrwalaniu polskości Śląska, mimo pozostawania przez kilka wieków w oderwaniu od ojczyzny, jest niepodważalna”. Warto zauważyć, iż ta „prawda” pozostaje w swej zasadniczej treści ta sama od okresu rządów Grażyńskiego, poprzez Gomułkę, aż do czasów nam współczesnych. Oczywiście nikt nie zamierza zaprzeczać, iż na Górnym Śląsku miały miejsce trzy zbrojne konflikty, wywołane przez stronę polską, choć udział w nich ludności rodzimej bywa oceniany różnie. Szkoda tylko, że dostojni członkowie składu orzekającego ferując historyczne sądy zapomnieli np. o plebiscycie, a wszak był to jedyny dotąd przypadek, kiedy mieszkańcy Górnego Śląska mogli sami wypowiedzieć się w kwestii państwowej przynależności swego kraju, mimo iż wybór był mocno ograniczony. Być może, gdyby sąd dokonał selekcji faktów zgodnie z ich rangą, obraz historii Śląska, odmalowany w uzasadnieniu, odpowiadałby powadze tej instytucji. Amnezja, która dotknęła jej przedstawicieli dotyczy zresztą nie tylko zamierzchłych dziejów ziemi śląskiej ale także całkiem niedawnych stosunków panujących w PRL. Świadczy o tym dobitnie następujące zdanie: „Należą do nich [mniejszości narodowych] i nikt nigdy (sic!) nie poddawał w wątpliwość tego, że istnieją, mniejszości narodowe, które tworzą: Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Słowacy, Czesi, Żydzi, Romowie, Ormianie i Tatarzy”. Co jednak wyjątkowo żałosne, to fakt, iż sąd zaplątał się we własnych kłamstwach, już parę linijek dalej możemy bowiem przeczytać, że Romów przez długi czas nie uznawano za grupę narodową.
Sprawa ZLNŚ toczy się swoim torem i zapewne nie wróci już do katowickiego Sądu Apelacyjnego. Pozostaje jednak problem zapewne dalece bardziej istotny od rejestracji tego stowarzyszenia. Egzekucja praw należy z pewnością do najważniejszych funkcji państwa, jest jedną z racji jego istnienia. Instytucje w tym celu powołane traktować należy zatem jako wizytówkę, która świadczy o jego stanie. Troje sędziów, którzy podpisali się pod uzasadnieniem orzeczenia, zawierającym obraz Górnego Śląska i jego mieszkańców spreparowany według orwellowskiej receptury, wystawiło Rzeczpospolitej świadectwo jak najgorsze. Brak reakcji opinii publicznej na owe rewelacje nie wróży rychłych zmian.
Na zakończenie tej części rozważań pragnę jeszcze raz z całą mocą podkreślić, iż przedmiotem mej krytyki nie jest samo orzeczenie, wydane przez polskie sądy. Daleki jestem od twierdzenia, iż sędziowie w Katowicach i Warszawie nie znają prawa. Nie oznacza to oczywiście, iż z ich decyzją się zgadzam, stąd też przedsięwzięte przez Komitet Założycielski ZLNŚ kroki na arenie międzynarodowej. Ten spór ma charakter prawny i przyjąć należy, iż rozgrywa się na takiej właśnie płaszczyźnie, nawet, gdyby faktycznie tak nie było. W przeciwnym razie wszczęcie procesu rejestracyjnego pozbawione byłoby sensu. Sięgając po argumenty historyczne i socjologiczne sąd wykroczył jednak poza obszar, na którym obywatel winien traktować go z powagą i szacunkiem. Ignorancja, głupota, a zwłaszcza kłamstwo zasługują na napiętnowanie także, a może nawet szczególnie wtedy, gdy stają się udziałem reprezentantów państwa. Prawem i obowiązkiem obywatela jest w takim przypadku krzyczeć, że król jest nagi, choć na co dzień nagość tę skrywa pod sędziowską togą.
Czy istnieje naród śląski?
Rozczaruję zapewne tych, którzy oczekują jednoznacznej i ostatecznej odpowiedzi, popartej krągłym wywodem. Na to pytanie każdy, kogo ono nurtuje, odpowiedzieć musi sobie sam. Nie da się bowiem dowieść istnienia jakiejś nacji, tak jak nie da się dowieść tezy przeciwnej. Można jedynie ustalić, czy grupa pretendująca do tego miana spełnia określoną definicję, czy nie. Można także usiłować wykazać przewagę jednej definicji nad inną.
Ślązacy spełniają niektóre z tzw. obiektywnych definicji narodu, innych zaś nie. Osobiście opowiadam się za definicją subiektywną. W mojej opinii określenie swej narodowości jest wyłącznie kwestią wolnego wyboru jednostki, dokonanego w zgodzie z własnym sumieniem i wewnętrznym przekonaniem. Każdy taki wybór, jakkolwiek absurdalny mógłby się wydać osobom postronnym, będzie lepszy od porządku zadekretowanego przez państwo. Takie postawienie sprawy z pewnością bliższe jest ideałowi wolności niż twierdzenie Sądów Apelacyjnego i Najwyższego, że to większość współobywateli decyduje czy dana grupa ma prawo mienić się narodem. Twierdzenie to budzi mój sprzeciw z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze zakrawa na kpinę próba uzależnienia od łaskawej aprobaty polskiej większości, tego kim śląska mniejszość może czuć się we własnym kraju. Po drugie swą narodowość uważam za osobistą sprawę i nie oczekuję dla niej akceptacji ogółu, tak jak nie trzeba mi jej dla mego wyznania, preferencji seksualnych czy sympatii sportowych.
Oczywiście, wyrażony przeze mnie pogląd zbulwersuje zdeklarowanych nacjonalistów, którzy na skrajnie odmiennej, deterministycznej koncepcji narodu, budują swą antywolnościową ideologię. Tym warto przypomnieć, że Ślązacy byli Ślązakami na długo zanim ktoś „uświadomił” im, iż są Niemcami czy Polakami. I cóż przyszło im z tej „świadomości”? Czy uczyniła ich ona lepszymi lub choćby szczęśliwszymi? Czy przyniosła ona pokój i dobrobyt, czy też stała się zarzewiem konfliktu i destrukcji? Pytania te powinni zadać sobie samym ci, którzy wypowiadają się w sprawach Śląska.
Jerzy Gorzelik
(za kwietniowym numerem „Jaskółki Śląskiej”)