Gazeta An Arché nr 54 - zamknięto 7 XI 1998
Studia za zagrabione
W naszym społeczeństwie na dość dobrze zadomowił się oksymoron „bezpłatnego” szkolnictwa, szczególnie na poziomie wyższych uczelni państwowych. Ów mit przybiera ostatnio na wartości - a wszystko dzięki hasłom i żądaniom pozostawienia uczelni „bezpłatnymi” wobec pojawiających się tu i ówdzie głosów wprowadzenia odpłatności za korzystanie z tego typu usług. Co więcej - większość z nas daje nabrać się na tego typu hasła, gdyż wprowadzenie dodatkowych opłat (jakbyśmy ich mało mieli) przysparza o mdłości, szczególnie uderza to właśnie w tzw. brać akademicką.
Jednakże po głębszym zastanowieniu - z całą tego świadomością - okazuje się, że owa „bezpłatność” jest jedynie mitem, marzeniem ściętej głowy. Tak się akurat składa, że wszyscy, bez względu na to czy korzystają, czy też nie z tego „przywileju” - jak zwykli mawiać politycy - nieustannie łożą swoje i cudze, ciężko zarobione pieniądze na tzw. edukację, stąd studia wyższe - nieodpłatne i darmowe - okazują się mrzonką, są one opłacane przez naszych rodziców, przez nas samych i przez miliony innych osób - bez względu na to, czy sobie tego życzymy, czy nie. Bez względu na to, czy studiujemy, czy nie i bez względu na to gdzie studiujemy. Ale ta jawna niesprawiedliwość (jak inaczej można nazwać przymus zabierania komuś części dochodów i oddawania go na cele, na które osoba ta może nie chce łożyć, czy płacenia składek na poczet świadczeń, z których nie ma ona zamiaru korzystać) wydaje się być dla wielu - szczególnie dla samych studentów (państwowych, darmowych uczelni) korzystna finansowo. Niestety w rzeczywistości jest to kolejne złudzenie, bowiem gdybyśmy zsumowali kwoty zabierane nam w zasadzie każdego dnia, dzięki którym możemy nie martwiąc się o nic spokojnie się uczyć, szybko zorientowalibyśmy się, że za te same pieniądze bylibyśmy w stanie opłacić sami nasze studia, a ponadto dodatkowo udało by się jeszcze coś zaoszczędzić. Jeżeli ktoś natomiast uważa, że obecny system jest słuszny, gdyż dzięki temu ludzie biedni będą mieli dostęp do wiedzy - jest również w błędzie, ponieważ potencjalnie osoba ta mogłaby co pewien okres czasu zadeklarowaną uprzednio składkę przekazywać do odpowiedniego funduszu edukacyjnego - który później zmagazynowane środki pieniężne przeznaczał by na ową edukację. Ponadto większość osób biednych, czy też o niskim standardzie życia nie korzysta w ogóle z „przywileju” kształcenia się w szkołach wyższych ale niestety podatek na ten cel pokrywać musi - co znacznie pogarsza ich sytuację majątkową.
W niezwykle pokrzywdzonej sytuacji zostają - można by takie wnioski wyciągnąć - studenci płatnych, prywatnych uczelni, gdyż pomimo faktu, że sami opłacają swoją edukację nie są zwalniani z obowiązku - przymusu - łożenia na rzecz uczelni państwowych. Można by zaryzykować stwierdzenie, że w ten sposób państwo zapewnia sobie stały dochód i tym samym wprowadza nieuczciwą konkurencję wobec innych ośrodków - czasem lepszych, czasem gorszych - oferujących te same usługi.
Rodzi się tu kolejny mit - mit wyższości studiów państwowych nad studiowaniem na uczelni prywatnej. Często w świadomości społecznej funkcjonuje stereotyp, iż na prywatnej uczelni jest łatwiej, gdyż liczą się tam tylko pieniądze - a w ostatecznym rozrachunku wystarczy odpowiednio zapłacić by zaliczyć dany egzamin - wszystko w myśl popularnej formuły „kto smaruje, ten jedzie”. Być może są dowody takiego stanu rzeczy, ale po pierwsze oznaczałoby to, że osoby chcące się uczyć tak naprawdę marzą jedynie o uzyskaniu jakiegoś tytułu, nie wiedzy - jest to raczej dylemat danej grupy osób, nie zaś uczelni, ponadto, jeżeli komuś zależy na dyplomie, to oczywiste jest, że za mniejsze pieniądze (niż te które wydałby na edukację) może kupić taki tytuł/dyplom nielegalnie. Osoba pragnąca zdobyć określoną wiedzę będzie raczej kierowała się w doborze uczelni doświadczeniem oraz osiągnięciami takowej, także w takim świetle owe przekupne szkoły straciły by całkowicie na wartości, gdyż okazało by się, że prócz lewizny nie mają nic ciekawego do zaoferowania żądnemu wiedzy kandydatowi.
Wiele osób niesprawiedliwość „bezpłatnej” edukacji stara się wytłumaczyć wyświechtanym i obiegowym twierdzeniem, iż w przyszłości osoby, absolwenci owych uczelni wniosą wiele dobrego w rozwój kraju, gospodarki, zapewnią miejsca pracy itd. Czy oznacza to jednak, że osoby te będą w przyszłości odpracowywały udzielony im przez społeczeństwo kredyt zaufania? Czy będą dbały tylko o interesy kraju i społeczeństwa, które w nich zainwestowało? Szczerze wątpię, przede wszystkim uczymy się dla siebie, dbamy o swoje umiejętności i tym samym o swoje przyszłe życie, wobec powyższego dlaczego nie możemy robić tego sprawiedliwie i to za swoje pieniądze. Jeżeli ukończymy studia i pomogą nam one w życiu to zainwestowane pieniądze w naukę (nauka to przecież inwestowanie w samego siebie) zwrócą się z nawiązką. Jeżeli natomiast studia nie okażą się pomocne w życiu to wówczas pieniądze zmarnujemy, a najłatwiej jest marnować cudze pieniądze niż własne. Ponadto edukacja funkcjonująca na zasadzie wolnego rynku, ze sprawiedliwą konkurencją potencjalnych uczelni oferujących wiedzę, doprowadzi przede wszystkim do stałej poprawy jakości świadczonych usług (lepsza kadra, lepsze oprzyrządowanie) oraz do znacznego obniżenia kosztów nauki. Ponadto istnieje możliwość studiowania bez wkładania ogromnych kwot pieniędzy sprawiedliwie, bez okradania kogokolwiek przez kogokolwiek, za pośrednictwem kredytu zaufania określonej placówki, która zainwestuje pieniądze w nasze kształcenie - np. dzięki stypendium wypłacanym przez określony zakład pracy czy organizację, stowarzyszenie mające na celu inwestowanie w przyszłość swojego regionu itp.
Do tej pory dotychczasowa sytuacja wydawała się być komfortowa dla osób uczących i tak była - i nadal jest - przedstawiana przez różnorakie lobby mające na celu utrzymanie aktualnego porządku. Istotna jest tu sprawa kadry, utrzymywanej również za te same pieniądze, za nasze pieniądze, podczas gdy w formie edukacji sprawiedliwej potencjalnie kadra byłaby uzależniona od jakości świadczonych usług - w tym przypadku od umiejętności w przekazywaniu wiedzy. Przy czym niemożliwa była by sytuacja - kolejny mit - iż uczeń/student mógłby traktować swojego wykładowcę jako osobę, która musi zaliczyć mu egzamin, gdyż w przeciwnym wypadku straci pracę - zaświadczało by to właśnie o lewiźnie uczelni, nie o dobrym poziomie wykładanego w niej przedmiotu. Natomiast gdyby zdarzyła się sytuacja odwrotna - tzn. nauczyciel okazał by się osobą zupełnie niekompetentną, niezdolną do przekazywania wiedzy z pewnością zmuszony byłby albo do poprawy swych umiejętności albo do zrezygnowania z pracy (moje doświadczenia akademickie ukazują czasem całkowicie odmienny mechanizm postępowania takiego nauczyciela od przedstawionego powyżej, na co potencjalnie nie jestem w stanie nic poradzić).
Istotnym mankamentem całej tej sprawy jest karygodne niesprawiedliwe postępowanie aparatu przymusu wobec każdego z nas, fakt wydzierania pieniędzy - bez żadnego zapytania - na cele, na które wielu z nas nie zgodziłoby się w życiu płacić, przymusowe utrzymywanie przy życiu wielu (nie okłamujmy się) osób nie posiadających częstokroć umiejętności przekazywania wiedzy, całych molochów państwowych zapewniających czasem niepotrzebne, ciepłe posady wielu osobom i tym samym ogromne marnotrawstwo naszych pieniędzy, podczas gdy sami powinniśmy stanowić o tym co dla nas dobre i za co chcemy, a za co nie chcemy płacić. Nasze pieniądze są naszą własnością, nikt nie ma prawa do decydowaniu o sposobie wydawania cudzych pieniędzy, a tym bardziej do rozporządzania nimi w swoich prywatnych interesach, obojętne na to, czy owo rozporządzanie leży w tzw. interesie społecznym. Zgodnie z powyższym jesteśmy przeciwni dalszemu takiemu rozwojowi sprawy i jednocześnie sprzeciwiamy się „bezpłatnej”, odgórnej i przymusowej nauce, częstokroć sterowanej dzięki olbrzymim, ekonomicznym działaniom monopolistycznym państwa. Uważamy, że rezygnacja z tego typu haniebnych praktyk, jakim jest mit „bezpłatności” edukacji może doprowadzić do polepszenia się sytuacji edukacji w naszym kraju i wszędzie indziej na świecie. Jednocześnie za mrzonkę i bujdę wyssaną z palca uważamy straszenie niedostępnością nauki dla najuboższych i tym samym odrzucamy przekonanie, iż nauka dostępna będzie tylko dla bogatych. Zniesienie obowiązku utrzymywania tej i innego typu „darmowych” instytucji, z jednoczesnym wprowadzeniem prawa do samostanowienia uważamy za krok ku w pełni wolnościowemu i sprawiedliwemu społeczeństwu.
Powyższy temat poruszają też artykuły Jacka Sierpińskiego Płać, ja chcę studiować! i Niech sczezną studenci.