"Gazeta An Arché" nr 56 - zamknięto 14 II 1999
W obronie anarchii
„Jak zauważył Zygmunt Freud, nie można nawet powiedzieć, aby państwo kiedykolwiek wykazało jakąkolwiek skłonność do zwalczania przestępczości - dążyło ono jedynie do zabezpieczenia swego własnego monopolu na przestępczość”
(Albert Jay Nock, Państwo nasz wróg)
Polemizując w 54 nr An Arché z kuriozalnymi poglądami Adama Pawłowskiego, Radek Olkowski wyraża obawy czy anarchistyczna społeczność byłaby większym gwarantem dla wolności jednostki, niż obecne demokratyczne państwo. Obrazowi chaosu - będącego wynikiem wojen toczonych przez bezpaństwową społeczność z „zdeterminowanymi grupami przestępczymi” i państwowymi sąsiadami - jaki najwyraźniej utożsamia z anarchią przeciwstawia on wizję państwa-minimum, którego jedyną funkcją miałaby być obrona jego obywateli. Nie wiem skąd Radek czerpał inspirację dla swych poglądów, podejrzewam jednak, iż nie miałby większych zastrzeżeń przeciwko stawianiu go w jednym rzędzie z czołową minarchistką Ayn Rand. Dlatego też zanim przejdę do zasadniczej części tego artykułu, którego głównym celem jest przekonanie Radka i jemu podobnych wolnościowców do anarchokapitalistycznych postulatów, postaram się podważając jej poglądy, wyjaśnić dlaczego konsekwentne stosowanie się do zasad libertarianizmu (którego zwolennikiem jawi się Radek) winno prowadzić do odrzucenia, każdego państwa - bez względu na to jak małego.
W pracy Capitalism: The Unknown Ideal Ayn Rand opisując gwarancyjną funkcję rządu pisze: „Rząd nie ma prawa stosować fizycznej przemocy wobec kogokolwiek - prawa, którego nie posiada żadna jednostka i którego w związku z tym nie może nikomu przekazać. Jednakże jednostka posiada prawo do samoobrony i to jest właśnie prawo, które deleguje rządowi, by ten mógł wypełniać swoją legitymizowaną funkcję ochrony. Właściwy rząd ma prawo użyć przemocy jedynie w odwecie i tylko wobec osób, które ją inicjują.”
Jest zatem jasne, iż jedyną funkcją państwa zorganizowanego w oparciu o powyższą zasadę może być zapewnianie bezpieczeństwa jego obywatelom, tj. obrona przed atakiem ze strony innych ludzi i sąsiednich państw. Każdy inny rodzaj aktywności rządu musi być zatem uznany za przestępstwo, zaś on sam o ile wykracza poza swoją „naturalną funkcję” za organizację przestępczą.
Problem w tym, iż jedynym sposobem w jaki obywatele mogą przekazać swoje prawo do samoobrony państwu, jest kontrakt „umowy społecznej”, który jak wiemy jest niebezpieczną fikcją. Pomijając techniczne trudności w jego stworzeniu należy stanowczo podkreślić, że mógłby on być wiążący jedynie dla jego sygnatariuszy. Tymczasem zgodnie z akceptowaną przez panią Rand definicją państwo jest organizacją posiadającą monopol na zapewnianie bezpieczeństwa na określonym terytorium. Praktycznym następstwem takiego monopolu jest przymus - jeżeli nie mam możliwości z korzystania z usług oferowanych przez innego dostawcę jestem zmuszony do korzystania z usług monopolisty.
Inną niekorzystną prawidłowość dotyczącą państwa minimum opisał John Hoffman w State, Power and Democracy. Radzi on czytelnikom by wyobrazili sobie państwo, którego jedynym celem byłoby stanie na straży prawa i porządku, które nie ingeruje w wolny rynek i nie dostarcza swym obywatelom opieki społecznej. Państwo takie, jego zdaniem, jest w stanie wypełniać swoją negatywną funkcję tylko w określonych, niezmiennych warunkach. I tak na przykład musi ono dysponować m.in. pokaźną liczbą zdrowych i odpowiednio wyszkolonych żołnierzy, wykwalifikowanymi policjantami, znacznymi zapasami broni i amunicji. Gdy z jakichś przyczyn „sektor prywatny” nie będzie w stanie ich dostarczyć państwowa interwencja będzie konieczna do zapewnienia państwu możliwości wykonywania jego minimalnych zadań. Właśnie dlatego kiedykolwiek państwo szykuje się do wojny jego obywatele są świadkami drastycznego wzrostu jego pozytywnych (a w oparciu o randowską definicję kryminalnych) interwencji w celu wywiązania się ze swej negatywnej funkcji.
Radek zdaje się również dostrzegać niebezpieczeństwo tkwiące w rozumowaniu pani Rand i w związku z tym postuluje, by każdy miał prawo do korzystania z usług innego niż państwowego „nocnego stróża”. Istnieją jedynie dwa sposoby w jakie może zareagować proponowane przez Radka minimalne państwo na pojawienie się konkurencji, w postaci firm oferującej te same usługi z zakresu bezpieczeństwa co oficjalny rząd. By zachować monopol może użyć siły w celu zdławienia nowej instytucji, bądź też zezwolić jej na działalność. Pierwsze rozwiązanie jest absolutnie sprzeczne z zasadą zakazu stosowania przemocy wobec osób/instytucji, które jej nie inicjują, z którą Radek jako zadeklarowany libertarianin zapewne się zgadza, druga zaś jest niczym innym jak tylko praktyczną realizacją postulatów wolnorynkowych anarchistów…
„Wolność jest matką, a nie córką porządku”
(P. Proudhon)
Ze sporym zdziwieniem przeczytałem we wspomnianej już polemice z Adamem stwierdzenie jakoby istnienie armii wyklucza anarchię. Jako anarchista nie znajduje ku takiemu twierdzeniu żadnego uzasadnienia. Brak państwa nie oznacza braku organizacji. Oznacza brak przymusu. Wprawdzie większość obecnie istniejących sił zbrojnych opartych jest na przemocy bez trudu jednak można wyobrazić sobie armię zawodową rekrutowaną wyłącznie z ochotników i finansowaną z dobrowolnych opłat.
Czy do zniesienia państwa konieczne jest dobrze zorganizowane społeczeństwo? Z pewnością byłoby ono przydatne, nie jestem jednak przekonany o jego niezbędności. „Najbardziej zadziwiającą rzeczą dotyczącą bezprecedensowej zmiany egzystencjalnych warunków spowodowanych kapitalizmem jest fakt, że zostało to dokonane wysiłkami niewielu pisarzy, ekonomistów i niewielu mężów stanu, którzy przyswoili sobie idee tych pierwszych. Nie tylko szerokie masy, ale także większość przedsiębiorców, którzy dzięki swojej działalności handlowo-przemysłowej wdrażali w życie prawa liberalizmu rynkowego (leseferyzmu), nie rozumiało głównych cech funkcjonowania tych praw. Nawet w szczytowych dniach liberalizmu tylko niewielu ludzi pojmowało w pełni działanie ekonomii rynku. Cywilizacja zachodnia przyjęła kapitalizm za zaleceniami tej elity ludzi” (Ludwig von Mises).
Także obawy Radka dotyczące potencjalnego zagrożenia dla anarchistycznego społeczeństwa płynącego ze strony zorganizowanych grup przestępczych czy państwowych sąsiadów wydają się być nieuzasadnione.
Nie jest bowiem prawdą, jak ów minarchista (?) twierdzi, iż broniąc się przed napadem agresora czy to państwowego czy „prywatnego” bronimy jedynie/głównie swej wolności. Jak sam Radek przyznaje człowiek chce przede wszystkim żyć, i to właśnie w obronie tej wartości występuje w przypadku realnego zagrożenia. Fundamentalne znaczenia ma również chęć ochrony swoich bliskich, rodziny, przyjaciół, czy choćby z trudem pozyskanego majątku. Gotów jestem przyznać, iż napadnięty przez bandę wyrostków, którym akurat zabrakło dwóch złociszy na flaszkę, zrezygnowałbym z narażania swej osoby na dotkliwe pobicie i poratowałbym rodaków w potrzebie. Gdyby jednak ta sama grupa wyrostków usiłowałaby pozbawić mnie życia czy dajmy na to 500 zł czy jakiejkolwiek wyższej (a czasami i niższej) sumy stawiłbym opór. Podejrzewam, iż w tej sytuacji podobnie postąpiłby Radek, zapewne to samo uczyniłaby zdecydowana większość Polaków.
Odpowiedzmy teraz na pytanie jak bezpaństwowa społeczność broniłaby się przed agresją sąsiedniego państwa? Przyznaję, iż odpowiedź na nie może budzić wątpliwości. Rozwiązania jakie radykalni libertarianie proponują dla zapobiegania i ograniczania skali konfliktów między jednostkami, małymi społecznościami czy nawet wielkimi korporacjami tj. mediacja i arbitraż wydają się bezużyteczne w zetknięciu ze zdeterminowanym państwowym agresorem, który wykorzystując odpowiednio wyszkolone i wyposażone siły zbrojne postanowiłby napaść na bezpaństwową społeczność. Cóż bowiem miałaby taka anarchistyczna społeczność do zaoferowania potencjalnemu najeźdźcy w zamian za powstrzymanie się od agresji? Czy gdyby zdecydowała się wypłacić dla zabezpieczenia przed atakiem kontrybucję, nie doprowadziłaby tym samym do konieczności wprowadzenia opodatkowania, którego wysokość wzrastałaby równomiernie do skali zagrożenia?
Podobną sytuację naszkicował w Machinery of Freedom David Friedman. „Prawdopodobnie najlepszym sposobem uwiarygodnienia twierdzenia, iż anarchokapitalizm byłby znacznie bardziej pokojowy niż obecny system jest analogia. Przypuśćmy zatem, iż koszta przeprowadzki z jednego kraju do drugiego wynoszą zero. Wszyscy żyją w przyczepach kempingowych i mówią tym samym językiem. Pewnego dnia prezydent Francji ogłasza, iż z powodu zagrożenia ze strony sąsiadów, zobowiązany jest nałożyć nowe podatki na wojsko i ogłosić wkrótce pobór. Następnego ranka spostrzega, iż dosłownie z dnia na dzień stał się władcą spokojnego acz całkowicie opuszczonego kraju z populacją ograniczoną do niego, trzech generałów i dwudziestu siedmiu korespondentów wojennych.”
Dostosowując opisany powyżej scenariusz do sytuacji przedstawianej przeze mnie, mniej rozgarnięty czytelnik mógłby odpowiadając na moje pytania argumentować, iż w przypadku bezpośredniego zagrożenia terytoriów zagospodarowanych przez anarchokapitalistów, wolnościowcy mogliby je po prostu opuścić. Niestety w ten sposób musielibyśmy przyjąć za fakt zerowe koszta podróży. Tak jednak nie jest. Co więcej nawet gdyby członkowie owej bezpaństwowej społeczności, podążając z przykładem setek tysięcy uchodźców z terenów ogarniętych wojną, zdecydowali się opuścić zamieszkiwane przez siebie tereny, pozostawiając tam znaczną część swojego dobytku, czy moglibyśmy uznać to za zwycięstwo głoszonych przez nich idei?
By już dłużej nie zamęczać czytelników pytaniami bez odpowiedzi postaram się w miarę swoich możliwości odeprzeć powyższe zarzuty w oparciu o scenariusz, który już wkrótce może zostać zrealizowany.
Załóżmy zatem, iż Rigoberto Stewartowi z kostarykańskiego Movimento Libertario uda się zrealizować projekt uzyskania przez jedną z prowincji Kostaryki - Limon szerokiej autonomii (mogliście o nim przeczytać w 47 nr GAA). Wielce prawdopodobnym jest, iż zrealizowanie na tym terenie libertariańskich postulatów o całkowicie wolnym rynku, pozbawionym państwowych regulacji w postaci przymusu podatkowego, ceł, limitów, kontyngentów, koncesji itp. zaowocowałoby w stosunkowo krótkim czasie znacznym rozwojem tej prowincji i co za tym idzie wzbogaceniem się jej mieszkańców.
Moim zdaniem możliwych jest kilka „katastroficznych” wersji rozwoju wydarzeń na tym terytorium. Ze względu na ograniczoną objętość GAA przeanalizujmy jednak jedynie dwa skrajne scenariusze. Pierwszy z nich ma na celu wykazanie, iż w rzeczywistości zagrożenie społeczności anarchistycznej ze strony państwowego agresora wcale nie jest takie duże, drugi zaś wyjaśni jak taka społeczność mogłaby się bronić, gdyby jednak moje kalkulacje okazały się zawodne.
I
„Na ogół narody idą na wojnę gdy tylko istnieje jakaś perspektywa, że można na niej coś zyskać”
(John Jay)
Zapewne wkrótce twardogłowi politycy zasiadający w kostarykańskim rządzie zaczęliby się zastanawiać jak uszczknąć choć część tego bogactwa dla siebie. Niech zatem minister Wifebeaten Childhater opierając się na wątpliwej jakości argumentacji ekonomicznej uzna, iż najlepszym sposobem na sprawiedliwe rozdzielenie zysków, jakie przynosi autonomia Limon, pomiędzy wszystkich mieszkańców Kostaryki jest opodatkowanie mieszkańców i zagranicznych inwestorów lokujących swój kapitał właśnie w Limon. Jest jednak bardzo mało prawdopodobne by autonomiści zaakceptowali te roszczenia bez oporu. Obawy ministrów potwierdzają się wraz z rozpoczęciem mediacji. Przedstawiciele Limon argumentując tak na podstawie wynegocjowanych przed „oderwaniem się” od Kostaryki zasad autonomii jak i na podstawie ekonomicznych analiz z których wynika, iż ich opodatkowanie nie tylko nie przyczyni się do polepszenia sytuacji pozostałych mieszkańców Kostaryki, ale i znacznie pogorszy sytuację mieszkańców Limon, nie chcą się zgodzić na warunki stawiane przez negocjatorkę reprezentującą kostarykański rząd, panią Greedy Clinton (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa), która kategorycznie żąda przekazania do budżetu państwa co najmniej 20% zasobów finansowych autonomistów. W związku z powyższym kilku ministrów proponuje na posiedzeniu rządu, rewizję umowy o autonomii i wprowadzenie do Limon wojsk w razie nie podporządkowania się mieszkańców prawu na nowo wprowadzającemu przymusowe opodatkowanie…
Jest mało prawdopodobne by kostarykański rząd zdecydował się na zaatakowanie autonomii. Nie sądzę bowiem by większość kostarykańskich ministrów była ograniczona tak bardzo by nie dostrzec bezcelowości takiego ataku. Wystarczy bowiem przyjrzeć się relacjom telewizyjnym z terenów ogarniętych wojną by ze zgrozą zauważyć jak olbrzymie zniszczenia powodują działania wojenne. Znaczne koszty jakie musiałoby ponieść nie najbogatsze przecież państwo kostarykańskie by zdobyć Limon, nie zwróciłyby się właśnie ze względu straty materialne mieszkańców „zbuntowanej prowincji”, uszkodzone bądź całkowicie zniszczone domostwa, zakłady pracy itp. nie przedstawiałyby dla najeźdźcy wartości, co w połączeniu z zapewne natychmiastowym wycofaniem się zagranicznego kapitału uczyniłoby z nadziei żywionych przez twardogłowych ministrów na uszczknięcie bogactw mrzonki. Prawidłowość ta nie odnosi się oczywiście do terytoriów, których głównym bogactwem są naturalne zasoby przedstawiające sporą wartość jak np. złoto, ropa naftowa, diamenty - w takim przypadku nawet zniszczenie infrastruktury, nie przekreśla możliwości szybkiego wzbogacanie się. Gra może być zatem warta świeczki. Nie oznacza to jednak, iż tereny te jeśli znalazłyby się we władaniu społeczności anarchistycznej byłyby bardziej narażone na atak niż gdyby znajdowały się na terytorium jakiegoś państwa. Konieczność obrony tych zasobów przed zakusami sąsiadów wymusza bowiem podjęcie odpowiednich środków w celu ich zabezpieczenia i odstraszenia ewentualnych agresorów.
Trudno jest również wyobrazić sobie by wolnościowcy wybrali na miejsce realizowania swych postulatów tereny szczególnie narażone na atak ze strony sąsiadów. Nie znam żadnego anarchisty, który chciałby dziś budować eksperymentalne wolnościowe społeczeństwo na granicy z Libią, Afganistanem, czy Palestyną.
Wracając jednak do naszego scenariusza, znacznie bardziej prawdopodobna jest sytuacja, w której rząd kostarykański widząc pozytywne efekty realizacji libertariańskich postulatów zacząłby wprowadzać w życie część z nich także „po swojej stronie granicy ”. Wszak dziś nawet chińscy komuniści wprowadzają na rządzonym przez siebie terytorium pewne (w znacznym stopniu ograniczone) ustępstwa od marksistowskiej doktryny na rzecz gospodarki rynkowej, której skutki mogli obserwować choćby w Hongkongu. Co prawda w przypadku np. Korei Północnej takich zmian już nie obserwujemy, ale póki co nie zaatakowała ona jeszcze swego sąsiada z południa.
II
„Gdybyśmy egzekwowali nasze prawo zakazujące użycia narkotyków, nie byłoby na nie zapotrzebowania i nie byłoby problemów z Kolumbią lub Peru. Ale ponieważ nie jesteśmy zdolni egzekwować u siebie praw tu ustanowionych, próbujemy winić innych, stosować wobec nich siłę i zabijać ludzi”
(Milton Friedman)
Korzystając ze swobód o nieznanej wcześniej skali, do Limon przybywają handlarze i producenci narkotyków. Po zadomowieniu się w jednej z dzielnic któregoś z miast, w której produkcja i handel narkotyków nie jest zabroniona (przypuśćmy, że zamieszkującym ją mieszkańcom szkoda pieniędzy by do ich miesięcznej składki na firmę ochroniarską doliczać także koszty uganiania się za dealerami) rozkręcają swój interes na dobre. Wkrótce okazuje się, że popyt na ich wyroby mógłby być o wiele większy gdyby ich znacznie tańsze (od tych wytwarzanych w krajach z ustawodawstwem antynarkotykowym) narkotyki trafiły na niezwykle chłonny rynek amerykański. Sobie tylko znanymi sposobami przerzucają do USA coraz większe partie „towaru”. Zyski szybko się zwiększają, więc wdzięczni za niezakłócony niczym rozwój interesu producenci fundują mieszkańcom dzielnicy kolejne atrakcje w postaci parków rozrywki, kin itp.. Mieszkańcy się cieszą, kostarykański rząd ma na głowie ważniejsze sprawy niż ściganie kilku „narkotykowych biznesmenów”, wprowadza wszak reformy, jednym słowem sielanka. Niestety pewnego dnia jeden z „kurierów” wpada, FBI, które do tej pory nie miało dowodów na to, iż narkotyki jakie od jakiegoś czasu zalewają ulice amerykańskich miast pochodzą właśnie z Limon, domaga się od rządu Kostaryki ukrócenia tego przestępczego procederu. Ten jednak dostrzegając w tych roszczeniach naruszenie zasady suwerenności nie ugina się pod naciskiem i odmawia interwencji. Żołnierze Wuja Sama po raz kolejny samodzielnie muszą odegrać rolę „obrońców prawa i porządku”, na szczęście tym razem zasadność ataku jest oczywista. Nic więc dziwnego, że atak na Limon zyskuje akceptację Rady Bezpieczeństwa ONZ. Kilka dni później na jednej z kostarykańskich plaż lądują amerykańscy marines (spore sumy jakie amerykańskie firmy zainwestowały w Limon wykluczają użycie dalekosiężnych rakiet typu Tomahawk)…
Czy bezpaństwowa społeczność miałaby szansę wyjść z tej konfrontacji zwycięsko? Czy rozkoszująca się dostatnim życiem klasa średnia byłaby w stanie odeprzeć zbrojny atak odpowiednio wyszkolonych i wyposażonych żołnierzy? W moim przekonaniu na oba te pytania możemy odpowiedzieć: „Tak”. Takie wydarzenia jak te w Afganistanie czy Czeczenii potwierdzają słuszność znanego powiedzenia „Jeżeli naród nie chce wolności nie zapewni jej mu żadna armia, jeżeli jej tylko pragnie nie odbierze mu jej żadna siła”. Nie widzę powodu dla, którego nie miałoby ono zastosowania w warunkach wolnorynkowej anarchii. Skoro uznajemy, iż możliwe jest funkcjonowanie w takich warunkach szkół, sądów czy policji, dlaczego nie mielibyśmy dopuszczać możliwości istnienia armii? Historia zna wiele przypadków dobrowolnego opodatkowania się na rzecz tworzonych oddolnie grup zbrojnych. Na takich zasadach funkcjonowały zazwyczaj armie rokoszowe, powstańcze, pospolite ruszenia czy tradycyjne amerykańskie milicje. Utrzymywane z dobrowolnych datków i rekrutowane spośród ochotników/najemników siły zbrojne z pewnością byłyby sprawniejsze niż te, w których liczebność jest efektem przymusowego poboru.
Co więcej wolnościowcy wcale nie są zmuszeni do samodzielnego występowania przeciwko agresorowi. Wielce prawdopodobna wydaje mi się możliwość zawierania umów międzynarodowych przez przedstawicieli bezpaństwowych społeczeństw. Część z nich mogłaby dotyczyć współpracy na rzecz bezpieczeństwa i gwarantować pomoc w razie zbrojnego ataku. Pojawia się tu oczywiście naturalne pytanie, kto i na jakich zasadach miałby reprezentować taką społeczność na arenie międzynarodowej? Mogliby to być choćby przedstawiciele firm ochroniarskich działających na terenie zamieszkiwanym przez wolnościowców, bądź mieszkańcy tego terytorium wybrani w powszechnych wyborach, czy w jakikolwiek inny sposób akceptowany przez większość „obywateli”. Tak długo jak tak utworzony „rząd” nie miałby prawa stosować przymusu wobec osób, które nie są skazanymi przestępcami, w moim przekonaniu nie mógłby być uznawany za naruszenie anarchistycznych reguł współżycia społecznego (O tym, że i ta zasada może mieć swoje wyjątki postaram się napisać do jednego z następnych nr An Arché).
Powyższe odpowiedzi nie są oczywiście jedynymi. Proszę jednak pamiętać, iż moim celem nie było ukazanie wszystkich - zresztą nie do końca przewidywalnych - rozwiązań jakie wolnościowa społeczność wypracowałaby dla ochrony swej wolności. Mam jednak nadzieję, iż dwoma powyższymi zdołałem przekonać Radka i tych czytelników An Arché, którzy podzielają jego poglądy, iż anarchokapitalizm jest nie tylko „nie większą utopią niż socjaldemokracja czy (nieliberalny) konserwatyzm”, ale i konsekwentną wizją wyznawanego przez niego libertarianizmu. Kończąc ten i tak już długi wywód pozwolę sobie na sparafrazowanie fragmentu listu otwartego Roya Childsa Jr. do Ayn Rand: Let us walk forward into the sunlight Mr. Radek. You belong with us.
Yours in Liberty,
Włodzimierz Gogłoza