"Gazeta An Arché" nr 55 - zamknięto 13 XII 1998


W poszukiwaniu straconego celu

7 listopada w Łodzi odbyła się demonstracja antyfaszystowska z okazji rocznicy nocy kryształowej. Tradycyjnie udział brali czerwoni (o ironio!), dlatego zadowoliłem się rolą obserwatora. Obok haseł antyfaszystowskich wznoszono m. in. i takie: „Precz z burżujami!”, „Znajdzie się kij na burżuja ryj!”. Od samego słuchania cierpnie skóra na karku. Swoją drogą ciekawe, jak towarzysze to klasyfikują, na jakiej wysokości wg aktualnego kursu jest poprzeczka burżujstwa. Dobrze byłoby znać swoje miejsce w ewentualnej kolejce do koncłagru.

Żeby nie było, że tylko krytykuję, to powiem, że od strony technicznej demonstracja wyszła sprawnie. Co innego, czy i jaki odniosła skutek. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jaki jest w ogóle cel organizowania takich imprez. Czy mają służyć tylko integracji „środowiska”, czy też stanowić promocję pewnych ideałów „na zewnątrz”? Moim zdaniem bardziej to drugie, ale tak właśnie nie jest. Bo przecież ludzi, którzy przychodzą na takie demo (z wyjątkiem komunistów) nie trzeba przekonywać o szkodliwości ustrojów totalitarnych. Za to świetnie byłoby trafić do zwykłych przechodniów. Tymczasem wśród nich oddźwięk był w najlepszym wypadku żaden. Piszę „w najlepszym wypadku”, bo wchodząc w tłum (impreza odbyła się na głównej ulicy miasta) słyszałem szyderstwa i wrogie komentarze. Kilka osób widząc, że robię zdjęcia pytało mnie, o co chodzi. Kiedy im tłumaczyłem, wszystkie reakcje były wrogie. Nie zauważyłem, aby ktokolwiek postronny dołączył się do pochodu. A wszystko to w kraju tak doświadczonym przez nazizm. Jeszcze rozumiem, gdyby chodziło o legalizację marychy, albo coś takiego. Ludzie pewnych spraw nie rozumieją (co innego, że mało się robi, aby zrozumieli, więc wracamy do punktu wyjścia). Społeczeństwo trochę już zobojętniało, nie przeszkadzają mu swasty na murach, ale publicznie większość opowiada się przeciw. Tymczasem to demo przegrałoby pod względem zainteresowania z promocją wafelków. Można oczywiście wszystko zwalić na bierne, konsumpcyjne społeczeństwo. Taki zabieg poprawia samopoczucie, ale jest sporym uproszczeniem. „Marsze milczenia” i różne inne bzdurne, ale pod chwytliwymi hasłami organizowane imprezy przyciągają tłumy. Dlaczego?

Spróbujmy spojrzeć na to oczami „zwykłego” człowieka.

Podstawowa sprawa i wg mnie nie do przeskoczenia, przynajmniej na razie: ludzie identyfikują się z takimi jak oni sami (lub jakimi chcieliby być), lub im podobnymi.

Pochód dziwnie wyglądających „przebierańców”, prowadzonych przez niechlujnego i krzykliwego pajaca (bo tak było), nie wzbudza ich zaufania. Być może z czasem odmienność przestanie budzić nieufność. Niestety proza życia codziennego również sprzyja utwierdzaniu się złych stereotypów. W Łodzi wystarczy przejść się wieczorem (najlepiej oczywiście w piątek lub sobotę) po Piotrkowskiej. W pobliżu sklepów monopolowych koczują ekipy niechlujnych i pijanych „punków”, często żebrząc jeszcze wśród przechodniów o kasę. Ci menele psują opinię ogółowi, są najgorszym wrogiem i nowotworem na zdrowym ciele.

Ja wiem, że tak jest, potrafię odróżnić zdrową tkankę od chorej; ale Kowalski, Kowalska - nie. Oni wrzucają wszystkich do jednego worka. I prawdę mówiąc chyba nigdy nie będzie można liczyć na jakiś zbiorowy entuzjazm z ich strony. A skoro tak, to myślę, że nie ma sensu pogłębiać jeszcze społecznej niechęci. Demonstracje itp. imprezy są okazją, aby się odpowiednio - darujcie określenie - „zareklamować”.

Niechęć społeczeństwa bierze się z niewiedzy. Niewiedza rodzi strach przed nieznanym. Przed ciemnymi groźnymi siłami, które chcą wywrócić spokojną mieszczańską egzystencję i które co gorsza mogłyby zagrozić dążeniu do powszechnego dobrobytu. Nawiasem mówiąc jest to jeszcze jeden powód, dla którego anarchiści nie powinni współdziałać z komunistami. Ci ostatni wciąż wielu ludziom kojarzą się z niesprawiedliwością, pustymi półkami i brzuchatymi sekretarzami. Reasumując: można sobie nie wiem jak gardzić społeczeństwem, ale bez choćby neutralnej postawy z jego strony zmienić nic nie sposób. Wrogi klimat powoduje to, że nikt się nie przejmuje losem szykanowanych czy pobitych przez policję, najściami na squaty itd. Więcej, agresja skinów ma często ciche społeczne poparcie (słyszałem na własne uszy). Skini i policjanci robią przecież porządek z różnymi podejrzanymi typami, a za takimi - wiadomo, nikt się nie wstawi. Dlatego tak ważna jest „reklama”, ale reklama służąca choćby (na początek) zneutralizowaniu wrogości. Trzeba ludzi przekonać, że nie chcemy im niczego zabrać, a wręcz przeciwnie. Że nasze działania nie są zdeterminowane zniszczeniem wszystkiego do fundamentów. Być może jakiś dogmatyk doszuka się w moich poglądach herezji, ale nie obchodzi mnie to. Prawdę mówiąc, jak nieraz czytam jałowe spory na temat kto jest prawdziwym anarchistą, a kto nie, to chce mi się jednocześnie śmiać i płakać. Nawet wygodniej jest żyć bez tej etykietki, bo niesie ona taki negatywny balast uprzedzeń, że niemal uniemożliwia jakiekolwiek działanie. Negatywna propaganda spływająca na co dzień z „oficjalnych źródeł” nadała słowu „anarchista” równie pejoratywne znaczenie, jakie dla przykładu ma w tym kraju słowo „żyd”. I właśnie dlatego (wracając do demonstracji) trzeba zwracać uwagę na pozorne drobiazgi. Szczególnie w sytuacji, kiedy się występuje przed publicznością. Punk chyba niekoniecznie musi wyglądać jak brudny niechluj. Naprawdę, trzeba odróżniać ekstrawagancję od niechlujstwa. Ludzie liznęli już trochę świata (niektórzy mają w domu tyle telewizorów, ile pomieszczeń) i coraz mniej razi ich „dziwny wygląd”, o ile nie jest on spowodowany syfem i brudem.

Kolejna sprawa to kontakt z mediami. Oczywiście dużo zależy od przekonań samego dziennikarza i opcji, jaką reprezentują jego mocodawcy. Dobrze byłoby jednak unikać ewidentnych żenad, które powodują jednoznacznie negatywny oddźwięk. Tutaj znów posłużę się opisywaną demonstracją, choć prawdę mówiąc nie wiem, jakie były w tym przypadku reakcje mediów. Chodzi mi jednak tylko o sam przykład, reprezentatywny jak sądzę nie tylko dla tej jednej konkretnej imprezy. Kiedy więc manifestacja dotarła na Plac Wolności, biegnący dotąd truchtem dziennikarze mogli nareszcie zmontować jakiś serwis. Ale niestety, pojawił się kłopot ze znalezieniem kogoś, z kim można byłoby porozmawiać. Pajac, o którym pisałem, że szedł na czele demonstracji (będąc klasycznym przykładem „antyreklamy”), popisywał się teraz przed gawiedzią. Prezentując swoją arcyzaangażowaną postawę, wygłaszał teksty w rodzaju: „Kariery tu nie zrobicie” i „Po co tu przyszliście?”. To ostatnie hasło wywołało nawet zabawną reakcję, bo dziennikarz zrobił głupią minę i spytał: „Jak to? Przecież sami nas tutaj zaprosiliście, chyba chcecie, żeby się ktoś o tym dowiedział?”. Bez komentarza.

Choć z racji uczestnictwa czerwonych sukces czy porażka tego dema mało mnie obchodzi, to jednak wiem, że sytuacja tu opisywana nie jest wyjątkiem. Nadal niestety różne działania odbywają się w atmosferze wrogości pomieszanej z lekceważeniem. Aktywiści maszerują, a tłum pryska na boki, tworząc milczący szpaler ostro odcinający się od manifestantów. Żadnej pośredniej strefy zainteresowania, żadnych szans na porozumienie.

Marten

gazeta_an_arche/w_poszukiwaniu_straconego_celu.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)