"Gazeta An Arché" nr 45 - zamknięto 13 VII 1997
Władza polityczna jako "strażnik" środowiska?
„Z absolutną powagą wyjaśniał mi, jak sprawy powinny wyglądać, a potem mówił, że państwo ma spowodować, by tak się stało. Po prostu uchwalić ustawę. Richard, on patrzy na „państwo” tak jak dzikus na swoich bożków”.
(Robert A. Heinlein, Kot, który przenika przez ściany)
W czerwcowym numerze pisma ekologów "Zielone Brygady" został opublikowany tekst projektu manifestu uczestników tegorocznego zjazdu ruchów ekologicznych w Kolumnie, podpisany przez Olafa Swolkienia. Dokument ten nie został na owym zjeździe przyjęty, jednakże stało się to - zdaniem tegoż Olafa Swolkienia - wskutek „szantażu” zastosowanego przez część działaczy ekologicznych związanych z Unią Wolności (jako bezpośredni sprawca został wskazany Jacek Bożek z Klubu „Gaja”). W zamieszczonym obok projektu manifestu „liście otwartym” Olaf skrytykował tych działaczy za domaganie się finansowania ruchu ekologicznego przez ministerstwo ochrony środowiska, uważając, iż „oczekiwanie, że rząd da pieniądze na walkę z antyekologicznym programem rządu” jest „iluzją i wręcz niedorzecznością”, a „wiara w to, że antyekologiczny rząd poprzez tzw. Ministerstwo Ochrony Środowiska będzie bronił środowiska jest podtrzymywana w celu zepchnięcia w cień kwestii zasadniczych, które dotyczą całego funkcjonowania państwa, gospodarki i społeczeństwa”.
Wymieniony wyżej projekt manifestu odnosi się właśnie do owych „kwestii zasadniczych”. Czytając jednak proponowane przez Olafa Swolkienia i jego zwolenników rozwiązania tych kwestii, dochodzę niestety do wniosku, że tak naprawdę to nie różnią się one w swej istocie od tego, co proponują ich oponenci. Wystarczy spojrzeć na następujące, moim zdaniem kluczowe, fragmenty manifestu:
„Reguły wolnego rynku nie uwzględniają dobra wspólnego. Na jego straży powinna stać władza polityczna. To jej obowiązkiem jest zapewnienie takich niezbędnych do życia dóbr, jak czysta woda oraz powietrze i nieskażona, urodzajna gleba”.
”…instytucje polityczne mają prawo do zajmowania aktywnej postawy wobec kultury, sposobu produkcji i modelu konsumpcji”.
Tak więc okazuje się, że również zdaniem Olafa i tych, co popierają jego projekt manifestu, środowisko powinno być bronione przez władzę polityczną, czyli rząd. Jedyna różnica między nimi a krytykowanymi przez nich „zwolennikami kontaktów z ministrem” polega na tym, że ci ostatni wierzą, iż będzie robił to obecny rząd, natomiast Olaf i jego zwolennicy, nie mając złudzeń co do obecnie rządzącej ekipy, wierzą w to, że powinien przyjść i zająć się tym inny, lepszy, ekologicznie nastawiony rząd. Moim zdaniem jest to tylko nieco mniejsza naiwność niż wiara w to, że problemy środowiska rozwiąże SLD czy Unia Wolności.
Jeśli chodzi o metody, jakimi władza polityczna ma bronić „dobra wspólnego” (nie wiem tak do końca, czy chodzi tu jedynie o czystą wodę, powietrze i glebę, czy jeszcze o coś innego, co za takie dobro uzna owa władza), to najwyraźniej według autora projektu manifestu powinna ona bardzo szeroko ingerować - przymusowo rzecz jasna, bo cóż innego jest istotą władzy politycznej? - w to, jak żyją jej poddani. Tłumacząc z nowomowy projektu, wymieniony wyżej fragment o „zajmowaniu aktywnej postawy” znaczy bowiem ni mniej ni więcej, tylko:
”…instytucje polityczne mają prawo do narzucania ludziom siłą takiej kultury, jaką uznają za słuszną, tępienia takiej, jaką uznają za niesłuszną oraz dyktowania im pod przymusem, co i jak mogą, a czego nie mogą produkować oraz konsumować”.
Przyznam, że coś takiego trąci dla mnie totalitaryzmem i przeraża jako ewentualny punkt programu Zielonych. Szczególnie rażąco wygląda to w zestawieniu z ciągłym powoływaniem się na „wartości duchowe i kulturowe” czy „uczciwość, dobro i piękno”.
Wygląda więc niestety na to, że ruch ekologiczny w Polsce, pomimo dzielących jego działaczy różnic, jest generalnie zgodny w jednym: że problemy związane z ochroną środowiska mogą i powinny być rozwiązywane metodami politycznymi, czyli inaczej mówiąc siłą. To, że źródłem tych problemów może być właśnie polityczny przymus, w ogóle nie jest brane pod uwagę - za to z pasją atakuje się mityczny „wolny rynek”. Warto przeanalizować tu jeszcze jeden fragment z projektu manifestu Olafa:
„Reguła „zanieczyszczający płaci” musi uwzględniać koszty zewnętrzne. Co przykładowo oznacza, że użytkownicy samochodów muszą - obok kosztów utrzymania dróg - płacić za skażoną glebę, zatrute powietrze i leczenie ofiar wypadków”.
Zastanówmy się, dlaczego koszty utrzymania dróg są kosztami zewnętrznymi, tj. ponoszonymi przez osoby niezainteresowane? Ano dlatego, że utrzymanie dróg finansowane jest z podatków pobieranych pod przymusem od wszystkich, nie tylko od ich użytkowników. Wystarczyłoby znieść przymusowe podatki - lub sprywatyzować drogi i znieść wszelkie dotacje państwowe na ich utrzymanie - by koszty te przestały być kosztami zewnętrznymi. Na utrzymanie dróg płaciliby wtedy ich właściciele - osoby prywatne, firmy, spółdzielnie mieszkaniowe, dobrowolnie finansowane stowarzyszenia mieszkańców itp. - i najprawdopodobniej pobieraliby za to opłaty od ich użytkowników (jeśli nie chcieliby tego robić, byłaby to ich prywatna sprawa).
Dalej, dlaczego koszty leczenia ofiar wypadków samochodowych są kosztami zewnętrznymi? Z tego samego powodu - publiczna służba zdrowia finansowana jest z przymusowych podatków, w zamian za co każdy może „za darmo” korzystać z jej usług (nieprzypadkowo coraz gorszej jakości). Wystarczyłoby znieść przymusowe podatki - lub sprywatyzować służbę zdrowia i znieść wszelkie dotacje państwowe na jej utrzymanie - by koszty te przestały być kosztami zewnętrznymi. Wtedy każdy sam płaciłby na swoje leczenie - bezpośrednio lub za pośrednictwem firmy ubezpieczeniowej. Musiałby również płacić na leczenie ofiar spowodowanych przez siebie wypadków - zgodnie z prawem cywilnym musiałby zapłacić im odszkodowanie (bezpośrednio lub z ubezpieczenia - OC lub czegoś podobnego), a pieniądze te poszłyby na ich leczenie.
Czemu wreszcie koszta skażonego środowiska są kosztami zewnętrznymi? Ano dlatego, że środowisko jest „wspólne”, to znaczy państwowe. Mieszkam w bloku, pod którym płynie Rawa - rzeka znana z legendarnego zanieczyszczenia i smrodu (niektórzy twierdzą, że płynie, pomimo iż źródła jej już dawno wyschły). Zwłaszcza w lecie smród ten czuć zarówno pod blokiem, jak i nawet w mieszkaniach. Niestety zarówno powietrze wokół bloku, jak i co ważniejsze sama rzeka są państwowe. Spółdzielnia mieszkaniowa nie może pozwać nikogo o odszkodowanie za wpuszczanie na jej powietrzny teren szkodliwych substancji (tak, jak by to mogła zrobić, jeśli ktoś systematycznie zwalałby na trawniki przed blokiem góry śmieci); a nawet, gdyby taką możliwość miała, to w przypadku rzeki nie ma kogo pozwać (chyba, żeby państwo, to zaś - jeśliby odszkodowanie zapłaciło, wyciągnęłoby pieniądze z kieszeni podatników, a więc nadal byłby to koszt zewnętrzny). Popatrzmy dalej: rzeka nie ma właściciela (tylko strażnika w osobie ministra w Warszawie i jego urzędników), tak więc nikt nie protestuje przeciwko wlewaniu do niej odpadów i trucizn. Interesy przemysłu zawsze przeważą u państwowych decydentów. Gdyby rzeki miały właścicieli, to pomyśleliby oni kilka razy, zanim zgodziliby się na wpuszczenie trucizn na swoje terytorium. Musieliby się bowiem liczyć z pozwami od właścicieli fragmentów rzeki leżących w dół od ich działki (a także od właścicieli czy dzierżawców morskich łowisk i plaż - rzeki wpadają przeważnie na końcu do morza) oraz od osób mieszkających obok, których przestrzeń powietrzna zostałaby zanieczyszczona wyziewami (zakładając oczywiście, że przestrzeń powietrzna też miałaby prywatnych właścicieli, tak jak np. w prawie rzymskim, gdzie właściciel gruntu był też właścicielem przestrzeni położonej nad nim). A jeśli w końcu zgodziliby się, to kazaliby sobie zapewne sporo za to zapłacić. W ten sposób koszty te przestałyby być zewnętrzne, a stałyby się kosztami ponoszonymi przez trucicieli.
Jednak postulaty sprywatyzowania przestrzeni powietrznej, wód czy też zniesienia przymusowego opodatkowania są wśród Zielonych rzadkością. O wiele częstsze jest domaganie się nowych podatków, jak np. w postulatach konferencji „Kobiety, ekologia i nowe wzory konsumpcji” (także zamieszczonych w czerwcowym numerze „Zielonych Brygad”): zażądano tam opodatkowania… używania widoków przyrody w reklamach i przeznaczenia uzyskanych w ten sposób pieniędzy na dotacje dla organizacji społecznych zajmujących się „edukacją ekologiczną”. Tak, jakby te organizacje miały zbiorowe prawa autorskie do wszelkich widoków przyrody. Oczywiście gdyby coś takiego wprowadzono w życie, to natychmiast powstałyby tysiące stowarzyszeń, które zapisałyby sobie „edukację ekologiczną” w statutach i wystąpiłyby o te pieniądze, a urzędnicy (bo kto inny?) przyznawaliby je „po uważaniu” tym, którzy by im się podobali - niekoniecznie (myślę, że przeważnie nie) autentycznym ekologom. Ale czy uczestnicy wymienionej konferencji o tym pomyśleli?
Upatrując realizatora swych wizji w państwie, działacze ekologiczni przyczyniają się do rozwijania obecnego systemu - biurokracji, drobiazgowej kontroli urzędu nad człowiekiem i przemocy. W Stanach Zjednoczonych federalne agendy powołane do ochrony środowiska wynaturzyły się do tego stopnia, że coraz powszechniej nazywane są „zielonym gestapo”. Czy podobnie ma być w Polsce?
Jacek Sierpiński
Tekst ten ukazał się także w "Zielonych Brygadach" nr 8/97.