"Gazeta An Arché" nr 32, zamknięto 18 I 1996
Wojsko, polityka i pieniądze
Celem, który mi przyświecał przy pisaniu tego tekstu nie była chęć ukazania wyboru drogi „mniejszego zła” polskiej polityki obronnej (jestem przeciwnikiem rozróżniania zła na większe i mniejsze, poza tym jestem zwolennikiem rozwiązania wszelkich struktur wojskowych). Niemniej uważam, że dobrze jest orientować się w rzeczywistości nas otaczającej.
Od chwili rozpadu Układu Warszawskiego Polska wypadła z pewnej struktury militarnej. Jest to o tyle znaczące, że potencjał militarny, z jakim byłe kraje UW zostały pozostawione praktycznie nie stanowi żadnej znaczącej siły na współczesnym polu walki. Tak też od paru lat coraz częściej mówi się o niemocy i coraz słabszym poziomie polskiej armii. Składa się na to zacofanie techniczne, brak pieniędzy na szkolenie i zakup broni oraz zmniejszenie liczebności wojska i ilości sprzętu w myśl europejskiego układu CFE (o redukcji broni konwencjonalnej). O tym wszystkim chyba każdy doskonale wie ze środków masowego przekazu. Podobnie jak i o tym, że wojsko od pewnego czasu stało się kartą przetargową na polu polityki. Armia (oficerowie z szefem sztabu Wileckim na czele - dla przypomnienia: główny sprawca wykopania Kołodziejczyka ze stołka ministra obrony) zdaje się opowiadać za tymi siłami, które zapewnią jej większe środki finansowe oraz prestiż. Taka właśnie sytuacja, w której do głosu decydującym o armii chcą dojść przynajmniej dwie siły polityczne (nie wspominając o presji Zachodu, który w tej kwestii także ma spore oddziaływanie) - przynosi określone rezultaty. Skutkami tego są rozmaite przewały, a jako że przemysł zbrojeniowy jest jednym z bardziej znaczących na świecie, to i pieniądze, które wchodzą w grę są niemałe.
Zacznę jednak od oficjalnych poczynań polskiego rządu w sferze polityki obronnej. Sądzę, że dużą rolę w tej polityce odgrywają media. To właśnie one są tubą, za pomocą której tłumaczy się społeczeństwu potrzebę dozbrajania armii, konieczności wstąpienia do NATO. Dzięki niej też wojsko w opinii publicznej cieszy się dość sporym uznaniem. Tego typu zabezpieczenie sobie „tyłów” ma o tyle istotne znaczenie, że pozwoli już wkrótce na dość znaczące zwiększanie polskiego budżetu obronnego. W środowisku wolnościowo-alternatywnym w ostatnich miesiącach głośno jest na temat projektu ustawy, w myśl której wszyscy obywatele (do 45 roku życia), którzy nie byli w wojsku obowiązani byliby płacić rocznie podatek na wojsko równy jednej średniej pensji krajowej. Dobrze, że w zinach się o tym pisze i że są ludzie, którzy starają się już teraz przeciw temu protestować. Jednak mało kto dostrzega problem zwiększenia wydatków MON-u w szerszym kontekście. Otóż, co podkreśliłem wyżej, ustawa ta jest na razie tylko projektem. Gdyby weszła nawet w życie, to MON rocznie zyskiwałby około 350-400 mln $, z czego co roku suma ta wzrastałaby o ok. 20-30 mln $ (o ilość nowych poborowych nie idących do wojska). Dla każdego z nas są to sumy niewyobrażalne. Z tym tylko, że bez względu na to, czy ustawa ta wejdzie w życie, czy nie, to już wstępnie postanowiono zwiększać sukcesywnie wydatki na wojsko. I to nie o miliony, a o miliardy dolarów. I tak w budżecie na '96 planuje się na MON 8,2 mld zł (nowych), co daje nam wzrost w porównaniu z budżetem MON-u z '95 o blisko 1 mld dolarów! Dodam, że jest to wzrost rzędu ok. 45%. Na świecie kraje o największym wzroście wydatków na zbrojenia osiągają pułap rzędu 7-10% w skali roku… Oczywiście nie corocznie polski budżet MON będzie tyle zyskiwał. Niemniej w roku 2000 będzie on oscylował wokół sumy 5,5-6 mld $ (w '95 wynosił 2,35 mld $). Oczywiście to wszystko z kieszeni podatników. A zważywszy, że wzrost gospodarczy wynosi rocznie 5-6% (i przyjmując, że nie spadnie on), to okazuje się, że resztę pieniędzy na wojsko uzyskiwać się będzie kosztem wydatków na oświatę, kulturę, służbę zdrowia. Np. MON w '96 zyska kilkaset milionów dolarów kosztem emerytów i rencistów (jeśli ktoś obserwował poczynania rządu względem tego tematu i liczył przy okazji „oszczędności” na emerytach - to wie, o czym mówię).
Mimo tego w TV nadal straszy się odbiorców wizją upadku polskiej armii. Mówi się o pesymistycznych wariantach budżetu MON-u (czyli na obecnym poziomie). I rzeczywiście, gdyby budżet taki miał nadal obowiązywać, to byłby on nader… optymistyczny dla środowisk wolnościowych, gdyż jak wyliczyłem, już w roku 2000 posiadalibyśmy tylko 150-170 sprawnych (i w większości przestarzałych) samolotów (dziś mamy ich ok. 400), zaś do roku 2005 przestałaby praktycznie istnieć obrona przeciwlotnicza (brak wyrzutni OPL i góra 40-50 samolotów), marynarka mogłaby być siłą równorzędną co najwyżej z kontrabandą, a wojska lądowe posiadałyby raptem 10-15% sprzętu zdatnego do walki. Jednak wizja taka jest mało realna.
Jeżeli mówimy o wzroście wydatków na MON, to warto by się zastanowić, czy są one w stanie spełnić swój cel, czyli… stworzyć silną armię. I tak aby taką armię stworzyć już od teraz należałoby na samo uzbrojenie wydawać rocznie 2-3 mld $ (przez min. 15 lat). Podczas gdy w '95 wydano 200 mln, w '96 wyda się ok. 500-600 mln, a w 2000 roku ok. 1-1,2 mld $. Czyli praktycznie rzecz biorąc zwiększenie wydatków i tak na niewiele się zda. Oczywiście polskie koła polityczne, jeśli idzie o obronność kraju, liczą bardziej na przynależenie do NATO aniżeli na własną siłę. Z kolei bardzo konsekwentna polityka pronatowska także prowadzi do określonych działań lub ich… braku.
Przykładem na to jest wprost zadziwiająco nieudolna polityka zagraniczna z Rosją. W myśl której z jednej strony straszy się społeczeństwo Rosjanami i buduje się wrogość do tego kraju, a z drugiej strony zaprzepaszcza się miliardy dolarów możliwe do uzyskania czy to w wyniku handlu bronią z Rosją czy za sprawą obopólnych długów. Przy tej ostatniej sprawie zatrzymam się dłużej, gdyż jak sądzę był to jeden z większych przewałów ostatnich lat (o czym media milczały), a do tego niemała szansa na modernizację polskiej armii. Ale od początku. Po rozpadzie RWPG poszczególne kraje należące do tego układu zostały postawione przed koniecznością rozliczeń finansowych, najczęściej charakteryzujących się obopólnością długów. Z tym, że długi te były w różnych walutach: dolarach i tzw. rublach transferowych (nie mylić, co często czyniły media - z rublami zwykłymi). Cały szkopuł polegał na tym, że przy okazji rozliczania się poszczególnych krajów toczyły się rozmowy, jak liczyć owego rubla transferowego. Swego czasu (1964) przyjęto, że jest on równy wartości ok. 1 grama złota, przez co, w zależności od lat, jego cena różnie się kształtowała. Potem też zaczęto go przeliczać na dolary (w skali wartości większej od dolara). Ma to istotne znaczenie, jeśli przyjrzymy się należnościom polsko-rosyjskim. I tak Polska była Rosji winna ok. 4 mld $ i 2 mld rubli transferowych, zaś Rosja Polsce ponad 5 mld rubli transferowych i ponad miliard dolarów. Rok temu dokonano owego rozliczenia przyjmując tzw. „opcję zerową” polegającą na umorzeniu długów obu stron, czyli opartą na założeniu, że 1 rubel transferowy równa się 1 dolarowi. Jest to o tyle istotne, że za czasów RWPG wartość taka nigdy nie zaistniała. A biorąc pod uwagę, że to Rosja wisiała nam więcej tych rubli, okazuje się, że przyjmując opcję zerową wyszliśmy od kilkuset milionów do kilkunastu miliardów dolarów do tyłu. Bardzo ciekawy interes… Piszę o tym nie tylko w ujęciu gospodarczym. Sytuacja ta miała też wymowę ważką dla MON-u. Otóż Rosja zaproponowała, że swój dług spłaci w sprzęcie wojskowym 1). Jeżeli nawet polscy dyplomaci nie potrafili utargować rozliczenia długów na korzyść Polski, to i tak oferta Rosji była nader opłacalna, nawet gdybyśmy mieli zwracać jej swój dług w twardej walucie, ponieważ za tę cenę (długu) mogliśmy na owe czasy (3-4 lata temu) zakupić ok. 24-36 zestawów wyrzutni OPL (najlepszych na świecie) SA-10 i ok. 120-140 MIG-ów 29, oraz zmodernizować ok. 200 naszych samolotów i śmigłowców pochodzenia radzieckiego (do dziś Rosja w miarę tanio i skutecznie oferuje taką możliwość). Dla porównania podam, że dziś jeśli chcielibyśmy zakupić i zmodernizować tyle sprzętu na Zachodzie, zapłacilibyśmy 2-2,5 raza więcej! Czyli dzięki prowadzonej „po mistrzowsku” polityce zagranicznej z Rosją nie tylko straciliśmy sporo pieniędzy realnie, ale i spekulatywnie - przeliczając to na sprzęt wojskowy. Pozostając jeszcze przy ewentualnych zakupach sprzętu, to co ważne sprzęt ten mielibyśmy już dziś, podczas gdy sprzęt z Zachodu kupiony za ciężkie pieniądze (bo takie zakupy są przewidziane, o czym za chwilę będzie szerzej) biorąc pod uwagę nikłość budżetu MON-u dostaniemy do roku 2008-2010, w chwili gdy technologicznie będzie on przestarzały. Jak już wspomniałem, jest to skutkiem polskiej polityki zagranicznej, w wyniku której szczuje się ludzi na Rosjan (dając im przy okazji dupy), a wchodzi się bez masła do odbytu USA i krajom NATO.
Ostatnie miesiące i tygodnie przynoszą wiadomości jak najbardziej potwierdzające te fakty, przy okazji mające znamiona co najmniej sabotażu. Bo a to sprzedajemy Angoli nasze najnowocześniejsze bojowe wozy piechoty (BWP 2) motywując to brakiem części zamiennych (rzekomo sprowadzanych z Rosji - podczas gdy takie same, bo na licencji BWP produkują Czesi i Słowacy) oraz tym, że utrzymywanie ich małej ilości (64 sztuki) było nieopłacalne, podczas gdy Czesi od pewnego czasu na dość dobrych warunkach oferowali nam kupno większej ilości tego typu wozów 2), z drugiej strony zaś chce się kupować niemieckie Alpha-Jety zamiast polskich Iryd, co rozłożyłoby polski przemysł lotniczy na łopatki 3). Lecz i to są szczegóły, gdyż dotyczą sum rzędu kilkudziesięciu milionów dolarów, podczas gdy za parę miesięcy (w marcu-kwietniu '96) rząd polski ma podjąć decyzję w sprawie zakupu samolotów bojowych 4). W tej sprawie ciężko jeszcze rozsądzać, jaka decyzja zapadnie. W konkursie uczestniczyły 4 kraje: USA, Francja, Szwecja i Rosja. Znowu mógłbym wiele pisać o szczegółach tego konkursu patrząc na oferty tych państw (samoloty F-16A z USA, Mirage 2000 z Francji, J-39A ze Szwecji i MIG-29M z Rosji) pod wieloma kątami, w odniesieniu do przydatności, wartości bojowej i możliwości dla polskiego przemysłu. Nie chcąc jednak zanudzać wyliczeniami podam, że najlepszymi na wskroś ofertami są propozycje szwedzka i rosyjska (tylko w tej ostatniej byłaby możliwość całkowitej i samodzielnej produkcji samolotu w Polsce - co ma istotny wpływ na rozwój rodzimego przemysłu). Z kolei oferta francuska jest bardzo mało zachęcająca, a amerykańska już zgoła beznadziejna, gdyż Amerykanie proponują (nam i innym krajom byłego Układu Warszawskiego) swoje używane, przestarzałe samoloty za cenę ledwie o kilka milionów za sztukę tańszą od supernowoczesnego MIG-29M 5). A do tego polskie zakłady zbrojeniowe miałyby w tym marginalny udział, nie mówiąc o tym, że po 10-12 latach (akurat w chwili ich spłacenia) samoloty te nadawałyby się już tylko na złom. Ale co jest dość ciekawe, to z tego, co słychać w mediach, polska armia i koła polityczne przymierzają się do zakupu właśnie tych samolotów! Tak właśnie prowadzona jest polityka zagraniczna i obronna Polski oraz dysponowanie pieniędzmi, które są zabierane z naszych kieszeni.
Na koniec może uwaga ogólna. Polska pcha się do NATO licząc na gwarancję bezpieczeństwa. Można długo zastanawiać się, czy NATO rozdmuchane do coraz większych rozmiarów będzie w stanie takie bezpieczeństwo zaoferować i czy w razie czego (a pewnie to „czego” byłoby rezultatem wciągnięcia nas w obręb takiej, a nie innej polityki) ktoś będzie chciał nadstawiać za nas karku. Historia nawet tylko tego wieku uczy, że jest zazwyczaj zgoła inaczej. Z drugiej strony myślę, że takiej Rosji też byłaby bardziej na rękę Polska suwerenna i silna, aniżeli słaba, ale w NATO. Tak więc jeżeli mamy ograniczony wpływ na to, co dzieje się wokół, to przynajmniej zdajmy sobie sprawę z tego, kto i w jaki sposób chce nas robić w balona.
Rafał Qba Jakubowski