"Gazeta An Arché" nr 40 - zamknięto 30 XI 1996
Wolność dla Tybetańczyków!
Rok 1950: chińska Ludowa Armia Wyzwoleńcza napadła Tybet. Była to ich druga interwencja, po roku 1910. Wówczas to Chińczycy założyli szkoły, w których zakazane było używanie tybetańskiego języka i zwyczajów. Rok później Tybetańczykom udało się Chińczyków wypędzić. Od tego czasu Tybet był przez około 40 lat wolny.
Dziewięć lat po interwencji Tybetańczycy zbuntowali się, ponieważ Chiny nie dotrzymywały swych obietnic zachowania religii i wolności jednostki. Powstanie zostało brutalnie stłumione, a Dalajlama musiał uciec do Indii. Po powstaniu zamordowano ponad 80000 ludzi, a obserwatorzy uważają, że w ciągu ostatnich 30 lat z ręki chińskich żołnierzy lub następstwem więzienia i głodu zginęło dalszych 1,2 miliona Tybetańczyków. Suma ofiar tej masakry jest tylko ułamkiem mniej więcej 35 milionów ofiar czterdziestoletniej bolszewickiej władzy w Chinach.
W ciągu ostatniego dziesięciolecia chińska armia zrównała z ziemią około 6000 klasztorów, domów i innych historycznych miejsc. Przed przyjściem Chińczyków Tybet miał swój własny język, narodową kuchnię, władzę i system pocztowy. Miał też najlepszy ze wszystkich zamieszkanych części nowoczesnego świata sposób ochrony przestrzeni życiowej dla zwierząt. Nie było tam żadnych parków narodowych ani rezerwatów przyrody w zachodnim stylu. W kraju, gdzie panowała buddyjska idea współżycia ze wszystkimi żywymi istotami, nie była potrzebna formalna ochrona dzikich zwierząt i przyrody.
Tybetański buddyzm zakazuje zabijania zwierząt. Dzieci już od narodzin uczy się, że każde życie jest święte. H. Harrer napisał w swoim klasycznym dziele Siedem lat w Tybecie o problemach pracy z Tybetańczykami przy budowie tamy, która do dziś chroni przed powodziami główne miasto Lhasę: „Praca była nieustannie przerywana. Co chwilę było słychać okrzyk, gdy ktoś odnalazł norę jakiegoś zwierzęcia. Zwierzaka odnosili na bezpieczne miejsce”. Inwazję z roku 1950 usprawiedliwiano tym, że Chiny Mao odnawiają swoje historyczne granice. Tak naprawdę była to w wielu przypadkach zazdrość o tybetańskie bogactwo przyrody i tybetańskie złoża. Po inwazji Chiny zaczęły „wyzwalać” Tybet systematycznym niszczeniem jego kultury. Rolnicy musieli wstępować do kółek rolniczych i uprawiać pszenicę zamiast tradycyjnego jęczmienia. Miało to zapewnić w przyszłych latach rekordowe zbiory. Sytuacja pogorszyła się jeszcze po tym, jak Chińczycy większość pszenicy wywozili do siebie, aby zastąpić zbiory ubywające po rozstaniu z ZSRR w 1959 roku. Do Tybetu zawitał wtedy głód. Był to pierwszy głód w znanej historii Tybetu i trwał aż do 1963 roku. Kolejny głód nastąpił w latach 1968-73.
Okupanci zrobili sobie sport z bezwzględnego zabijania dzikich zwierząt. W roku 1973 Dondub Chodon, Tybetańczyk żyjący dziś w Indiach, powiedział: „Chińscy żołnierze urządzali zorganizowane nagonki. Zabite zwierzęta odwozili gdzieś w samochodach ciężarowych, a piżmo i kożuchy prosto do Chin”. Przestrzeń życiowa dla dużych stad dzikich zwierząt została szybko zniszczona. Chińczycy kazali koczującym pasterzom, aby ci z całymi rodzinami wstępowali do wspomnianych już kółek rolniczych, a swój dobytek mieli cały czas spakowany na wypadek wywiezienia ich dla ich dobra! Tybetańczykom, również dzieciom, nakazano zabijać „niepotrzebne zwierzęta”, np. psy, które były uważane za szkodniki, a także krety i świstaki, które rywalizowały z ludźmi o ziarno i niszczyły cenne pastwiska. Dzieci musiały zabijać nakazaną liczbę małych zwierząt. Gdy nie wypełniały normy, były bite i karane w inny sposób.
W roku 1988 pisarz Galen Rowell wyjechał po kilkunastu latach do Tybetu, aby napisać artykuł dla „National Geographic” o planowanym chińsko-nepalskim parku narodowym w okolicach Mount Everestu. Swoje przeżycia opisał w napisanej wspólnie z Dalajlamą książce Mój Tybet.
Notatka z podróży: „W ciągu trzytygodniowej podróży naszym przewodnikiem był Jin Ping-Kao, główny urzędnik do spraw lasu na okręg Tybetu. Ponieważ Tybet położony jest bardzo wysoko nad poziomem morza, na jego rozległe lasy spadają monsunowe deszcze; koło nepalskiej granicy rzeczne doliny przecinają deszczowy śnieg Himalajów. Jedno z takich miejsc jest po wschodniej stronie Mount Everestu. Moja ekipa została w bazie na wysokości 14000 stóp (ok. 4300 m), a ja przeszedłem wysoką przełęczą do Doliny Kwiatów. Dolinę tę odkryła pierwsza brytyjska ekspedycja na Mount Everest w 1921 roku. Otoczony dwudziestoma różnymi barwami rododendronów, byłem zaszokowany. Zrobiłem zdjęcia grupie tybetańskich kobiet, z których każda szła z wyciosanym drewnem o wadze 50 kg, niosąc je przełęczą prosto przez nasz obóz. Okazało się, że ta akcja jest centralnie sterowana. Drewno było z miejsca ociosywane i odnoszone do miejsca przeznaczenia.
Jin Ping-Kao oznajmił, że o karczowaniu drzew nic nie wie, a to są z pewnością Tybetańczycy, którzy karczują drzewa na własne potrzeby. Dzień później byliśmy w wiosce Kharta i widzieliśmy chińskie samochody wyładowane identycznym drzewem i kierujące się na północ do miast, gdzie cała dostawa była oddawana chińskim obywatelom lub urzędnikom.
Urząd gospodarki leśnej Tybetu zatrudnia obecnie tylko 13 ludzi. Według oficjalnych dokumentów na ziemi tybetańskiej od 1959 roku wycięto drzewo o całkowitej wartości ok. 54 miliardów dolarów. Tybetańczycy na paliwo lub na stawianie zwykłych domów używają bardzo mało drewna i w ten sposób większa część wędruje do Chin. Do karczowania lasu w południowej części kraju zmusza się tybetańskich więźniów. Według Dalajlamy od 1955 r. wycięto ok. 50 milionów drzew, a miliony akrów ziemi wyjałowiono w ok. 70%. Na te tereny przywieziono, lub przyszło dobrowolnie, około 70000 chińskich urzędników. W większości po to, aby wykorzystać bogactwo naturalne Tybetu. Od mojej ostatniej podróży do Tybetu w 1988 roku zmieniło się ogromnie dużo. Ubywa dzikich zwierząt i drzew, przybywa więźniów i papierowych obietnic, ale nigdzie żadnych parków, nawet kroku do przodu w sprawie ochrony przestrzeni życiowej. Pokojowa demonstracja o niepodległość Tybetu zmieniła się w krwawą łaźnię, gdy chińscy żołnierze otworzyli ogień do nieuzbrojonego tłumu i zabili przy tym buddyjskich mnichów i innych ludzi. Obserwatorzy uważają, że przy ostatniej manifestacji zabito co najmniej 600 Tybetańczyków, a tysiące wywieziono i torturowano. Trzy miesiące później Pekin posłał czołgi na nieuzbrojonych studentów na placu Tien-an-men”.
Po czterech dziesięcioleciach tybetańskiego oporu, w latach osiemdziesiątych, chińscy władcy wpadli na pomysł, aby twardo opierający się naród stłamsić nową formą „ostatecznego rozwiązania”. Postanowili przeprowadzić „etniczną czystkę”. I tak zaczęły się masowe przesunięcia chińskiej populacji do Tybetu. Kiedyś Chińczyków w Tybecie było kilkadziesiąt tysięcy. Dziś jest ich tam siedem milionów, co uczyniło z Tybetańczyków mniejszość we własnym kraju. Celem okupantów jest osiągnąć w 2020 roku liczbę 40 milionów Chińczyków w Tybecie. Gdy do tego dojdzie, będziemy o Tybetańczykach i ich kulturze, religii, zwyczajach oraz tradycji czytać tylko w uczonych książkach.
Nie ma już zbyt wiele czasu. Musimy zatrzymać tę cichą degradację narodu, jeśli można jeszcze tego dokonać. Musimy ochronić Tybet, Tybetańczyków i skarb, który przedstawia ich historia, kultura i cywilizacja, jak również harmonijny sposób życia, który wytworzyli i którym podzielili się z ludzkością. Musimy chronić ich prawo do istnienia, nie tylko jako pojedynczych ludzi, ale i jako narodu. W czasach, gdy najczęstszą bronią przeciw dialogowi okazuje się na świecie przemoc, musimy stworzyć opór bez przemocy, a Dalajlamę ukazać jako przykład dla reszty ludzkości.
tłumaczenie ze „Svobodnej Mysli” nr 6:
Sławomir Staszczuk