Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 1/96

Jacek Sierpiński

Komeracjalizacja czy uwłaszczenie?

W atmosferze wyborów prezydenckich zagubiły się trochę dwa istotne wydarzenia polityczne: odrzucenie przez Trybunał Konstytucyjny ustawy o komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych i zgoda Senatu na przeprowadzenie 18 II 1996 referendum w sprawie powszechnego uwłaszczenia obywateli. Zanim jednak pozwolę sobie na skomentowanie tych wydarzeń, wrócę jeszcze na chwilę do wyborów i przyjętego przez Federację Anarchistyczną na zjeździe w Krakowie oświadczenia o ich bojkocie. Oświadczenie to zwyczajnie urąga faktom: „udział w wyborach w jakiejkolwiek postaci jest wyrzeczeniem się wolności”, czyli wolność jest czymś, co posiadam i mogę stracić wskutek dobrowolnego aktu wyrzeczenia - wzięcia udziału w wyborach. Wynika stąd, że wystarczy nie brać udziału w wyborach, by tę wolność zachować. Kilka razy zdarzyło mi się jednak sprawdzić eksperymentalnie, że to nieprawda.

Autorzy wymienionego wyżej oświadczenia zdają się hołdować dziwacznemu przekonaniu, że władza państwa bierze się z tego, że ludzie oddają mu posiadane cząstki władzy - głosy, zamiast „zachować je dla siebie” i że zatem im mniej ludzi głosuje, tym państwo jest słabsze. Gdyby jednak tak było, to monarchowie absolutni i dyktatorzy nie mieliby żadnej władzy, a Białoruś była oazą wolności, jako że większość ludności nie wzięła tam udziału w pierwszej turze wyborów parlamentarnych (piszę to jeszcze przed drugą ich turą), w wyniku czego parlament nie został ukonstytuowany (odmiennie niż byłoby to w Polsce, gdzie tak czy inaczej wszystkie 560 stołków w Sejmie i Senacie zostałoby obsadzonych, nawet gdyby w wyborach wzięli udział tylko sami kandydaci). Niestety sytuacja jest odmienna - kraje, w których ludziom wolno wybierać władców cieszą się najczęściej większym stopniem wolności niż kraje rządzone przez dyktatorów, a po niewybraniu parlamentu na Białorusi zaczęło się tłumienie siłą strajków i dławienie niezależnej prasy.

Wydarzenia na Białorusi pokazują, jak istotną rzeczą jest to, czy środki sprawowania władzy znajdują się w jednych, czy w wielu rękach. Jeśli w wielu, ludzie dzierżący te środki wzajemnie ze sobą konkurują i w walce o wpływy często się nawzajem blokują i podstawiają sobie nogę. Owszem, istnieje możliwość, że ludzie ci dojdą do porozumienia i utworzą kartel, prawdopodobieństwo tego jest jednak mniejsze od 100%, podczas gdy w przypadku, gdy środki sprawowania władzy znajdują się w jednych rękach, jest ono równe 100% - jeden człowiek zawsze porozumie się sam ze sobą. W praktyce zamiast jednego kartelu mamy często ich kilka (instytucjonalnie objawiających się jako partie i koalicje polityczne) i konkurencję na poziomie karteli.

Gdy siła konkurujących karteli jest mniej więcej równa, chcąc poszerzyć swoje wpływy muszą one szukać sojusznika. Często takim sojusznikiem są rządzeni obywatele lub jakaś grupa spośród nich. Jest to proste: jeśli zarówno kartel A, jak i kartel B mają siłę równą powiedzmy 100 Lewiatanom, każdy z nich w sojuszu ze społeczeństwem (siła 10 Lewiatanów) jest w stanie powiększyć swoje wpływy kosztem przeciwnika. Wystarczy nawet sojusz z 60% społeczeństwa, choć jeśli przeciwnicy sprzymierzą się z pozostałymi 40%, będzie to trudniejsze. Sojusz taki zostanie zawarty jednak tylko wtedy, gdy będzie to w interesie sojusznika. W ten sposób poszczególne kartele muszą iść w pewnej mierze na rękę społeczeństwu lub jego częściom (grupom interesu) nie tylko raz na kilka lat przed wyborami, ale nieustannie, nie mówiąc już o tym, że w sytuacji posiadania przeciwnika muszą dużą część swej siły poświęcać na walkę z nim, zamiast na podporządkowywanie sobie rządzonych. Oczywiście, zdarza się sojusznika oszukać, wymienić jednego na drugiego, tym niemniej jednak na ogół w sytuacji konkurujących karteli rządzeni są mniej uciskani niż w sytuacji monopolu władzy.

Niewybranie parlamentu na Białorusi spowodowało, że prezydentowi Łukaszence i jego aparatowi ubyli konkurenci mogący blokować jego poczynania. Co prawda wciąż istniał stary parlament, ale prezydent przekonał się, że istytucja ta ma słabe poparcie społeczne i nie może raczej liczyć na sojuszników. Przekonał się także, że sam nie musi podlizywać się specjalnie obywatelom, bo tych w większości nie obchodzi, kto rządzi. Efekty można było szybko zaobserwować.

W Polsce dotychczas środki sprawowania władzy były w większości w rękach dwóch konkurencyjnych karteli: koalicji SLD-PSL dysponującej większością w parlamencie i rządzie, a od niedawna również NIK-iem oraz „gangu belwederskiego”, dysponującego prezydenturą, „prezydenckimi” resortami w rządzie i swoim (do czasu) człowiekiem na czele NBP. Wpływy w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji były podzielone, a telewizja publiczna dzięki temu w dużym stopniu niezależna od obu karteli. Kartele te w walce o władzę paraliżowały często wzajemnie swe poczynania. Jednym z efektów tej walki było zawetowanie przez prezydenta projektu ustawy o komercjalizacji. Dla przypomnienia: projekt ten zakładał przekształcenie na mocy ustawy kilku tysięcy przedsiębiorstw państwowych w jednoosobowe spółki skarbu państwa (w praktyce polegające na zastąpieniu wybieranych przez załogi rad pracowniczych radami nadzorczymi złożonymi w większości z urzędników mianowanych przez ministra lub wojewodę) oraz danie rządowi (w przypadku części przedsiębiorstw za zgodą Sejmu - widać było walkę o ewentualne łupy w ramach samej koalicji SLD-PSL) wolnej ręki w decydowaniu o ewentualnej prywatyzacji tych przedsiębiorstw (prawa do dowolnego ustalania zasad sprzedaży akcji, bez potrzeby urządzania choćby jawnych przetargów i oczywiście bez potrzeby pytania o zgodę pracowników). Groził więc radykalnym zwiększeniem kontroli państwa nad tymi przedsiębiorstwami (kosztem załóg) oraz zniesieniem jakiejkolwiek społecznej kontroli nad tym, komu i za ile je (sprze)dać, o ile tylko władza miałaby taki zamysł. Weto zostało odrzucone (znów - jak w przypadku wyższych stawek podatkowych) dzięki poparciu m. in. „prorobotniczej” PPS (ale i absencji paru opozycyjnych posłów), po czym Wałęsa skierował projekt do Trybunału Konstytucyjnego. Tuż po przegranych przez niego wyborach Trybunał orzekł, że projekt ten jest sprzeczny z konstytucją i trafił on do kosza.

Obecnie, gdy prezydentem został Aleksander Kwaśniewski, człowiek kartelu SLD-PSL, pojawia się groźba zmonopolizowania całej władzy przez ten kartel. Jest bardzo prawdopodobne, że przynajmniej w pierwszym okresie swej prezydentury Kwaśniewski będzie podpisywał wszystko, co zdominowany przez SLD i PSL parlament uchwali. Trzy resorty „prezydenckie” - wojsko, policja z UOP-em i MSZ - przypadną ludziom z tego samego kartelu, co pozostałe. To samo z bankiem centralnym (Sejm może zmienić jego prezesa na wniosek prezydenta), Sądem Najwyższym (j. w.) i telewizją (Kwaśniewski może mianować swoich ludzi do KRRiTV, co będzie oznaczało absolutną dominację koalicji SLD-PSL w tym organie, a stąd już prosta droga do podporządkowania sobie telewizji publicznej, jak i zapewnienia sobie lojalności stacji prywatnych, pod groźbą odebrania koncesji). Bardzo możliwe, że ustawa komercjalizacyjna wróci w zbliżonym brzmieniu i tym razem podpis prezydenta nie będzie problemem.

Gdyby Wałęsa był nadal prezydentem, konkurencyjne kartele nadal najprawdopodobniej zajmowałyby się głównie sobą (miast społeczeństwem), paraliżując swe ruchy. Taka jest różnica między wyborem Wałęsy i Kwaśniewskiego, niezależnie od ich motywacji, planów oraz osobistych wad i zalet. Różnica, która może wymiernie ujawnić się nie tylko w postaci nowej-starej ustawy komercjalizacyjnej, ale i wielu innych niekorzystnych dla nas ustaw (jak choćby „prasowej” - koncesje na dziennikarstwo i wydawanie gazet - pomysł posła z SLD, czy podnoszących podatki), skutecznie wdrażanych przez idące ręka w rękę instytucje. Dlatego wbrew nawoływaniom do bojkotu głosowałem w drugiej turze na Wałęsę, mimo że uważam go za chama i człowieka obsesyjnie żądnego władzy, i mimo że uważam, że najlepiej, gdyby nie było ani prezydenta, ani parlamentu, ani rządu.

(Na marginesie, złudzeniem jest przeświadczenie zwolenników bojkotu wyborów, że poprzez ten bojkot uchylają się oni od wyboru między jednym a drugim złem. Decyzja o bojkocie ma wpływ na wynik wyborów tak samo, jak decyzja o głosowaniu na tego czy tamtego kandydata. Jeśli rozróżniasz mniejsze i większe zło, bojkotując popierasz zło większe, jako że oznacza to twoją rezygnację z poparcia mniejszego zła przeciw większemu, a nie odwrotnie (bo gdybyś jednak zagłosował, poparłbyś z definicji to, co uważasz za zło mniejsze). Jeśli oba zła są dla ciebie jednakowe, bojkotując również przyczyniasz się do takiego a nie innego wyniku wyborów, choć w takim przypadku, odwrotnie niż w poprzednim, twoja decyzja przynosi zamierzony efekt (uchylenie się od wysiłku podejmowania decyzji i głosowania przy obojętnym dla ciebie wyniku nieoddania głosu). Pierwszym krokiem do wolności jest uświadomienie sobie, że jest się niewolnikiem narzuconego odgórnie wyboru).

Otworzyła się jednak pewna szansa na to, by nie dopuścić do powrotu ustawy komercjalizacyjnej czy czegoś podobnego. Tą szansą jest niespodziewana zgoda Senatu na referendum w sprawie powszechnego uwłaszczenia obywateli. W obliczu ewentualnego zwycięstwa Wałęsy kartel SLD-PSL nie okazał się monolitem i posłowie PSL dwa dni przed II turą wyborów poparli prezydencką inicjatywę referendum (po co Wałęsa ją wysunął, nie muszę chyba tłumaczyć). Słowo się rzekło i władza stanęła w obliczu żaby, którą będzie musiała jakoś połknąć. W referendum przewidziane jest jedno pytanie: „Czy jesteś za powszechnym uwłaszczeniem obywateli?”1). Dopuszcza to szeroką możliwość interpretacji przez parlament w przypadku, gdyby frekwencja wyniosła ponad 50% (warunek ważności referendum) i większość powiedziała „tak”. Tym niemniej byłby to dla władzy sygnał, że społeczeństwo w choćby minimalnym stopniu jest gotowe zaangażować się w to, by przynajmniej jakaś część majątku państwowego przestała być państwowa i nie stała się przy tym majątkiem wskazanych przez władzę biznesmenów. Będzie ona zobligowana przygotować jakiś projekt ustawy, który będzie można podpiąć pod „powszechne uwłaszczenie”. Jeśli natomiast frekwencja wyniesie poniżej 50% lub większość powie „nie”, będzie to dla władzy sygnał, że większość obywateli ma w dupie to, co stanie się z „majątkiem narodowym”. A wtedy niemal pewne jest, że podejmie śmielsze działania w kierunku umocnienia swej kontroli nad tym majątkiem.

Uważam, że powinniśmy poprzeć udział w tym referendum i głosowanie „tak”. Jest to również okazja do propagandy przeciwko władzy i na rzecz jakiegoś konkretnego modelu uwłaszczenia. Choć wielu anarchistów (tak anarchosyndykalistów, jak i anarchoindywidualistów/libertarian) popiera uwłaszczenie użytkowników/załóg, ja osobiście optowałbym za uwłaszczeniem ogółu obywateli. Po pierwsze, niesprawiedliwym wydaje mi się mimo wszystko odmówienie prawa do państwowego majątku emerytom i rencistom (a także przyszłym potencjalnym emerytom i rencistom), którzy mają wobec państwa słuszne roszczenia wynikające z narzuconych im umów o „ubezpieczenie społeczne” (składki na ZUS), a także bezrobotnym, którzy nie są winni temu, że zetatyzowana gospodarka oferuje tak mało miejsc pracy, a bywa, że wcześniej przez wiele lat pracowali, przyczyniając się do wytwarzania tego majątku. Po drugie, w przypadku całkowitego przejęcia „fabryk przez robotników” jedynym sposobem zapewnienia regularnego utrzymania emerytom, rencistom i bezrobotnym byłoby zachowanie dotychczasowego stanu rzeczy, tj. państwa konfiskującego niemal 50% dochodów swych obywateli na wypłacanie bieżących emerytur, rent i zasiłków (nie wierzę w nieustanną, masową szczodrobliwość dwudziestu milionów ludzi). Bezrobotni może i mogliby przeżyć bez zasiłków, ale staruszkowie i inwalidzi? Alternatywą jest odpowiednio zwiększony udział funduszy emerytalnych, inwalidzkich i ubezpieczeń od bezrobocia (samorządnych i uniezależnionych od państwa) w uwłaszczeniu. Załogi i tak zresztą mogłyby najprawdopodobniej zachować „pakiety kontrolne” swych przedsiębiorstw. Po trzecie, uwłaszczenie ogółu uzyska w społeczeństwie większe poparcie (dochodzą tu jeszcze np. rolnicy), niż uwłaszczenie tylko jednej grupy.

Odrębną sprawą jest metoda uwłaszczenia. Odmiana „prywatyzacji bonowej” (państwo daje ludziom za darmo bony, które ci wymieniają na udziały w interesujących ich częściach prywatyzowanego majątku), w której udziały danej części majątku dzieli się proporcjonalnie do liczby „zainwestowanych” w nią bonów między wszystkich, którzy gotowi byli tej inwestycji dokonać wydaje mi się najlepsza, ponieważ pozostawia wycenę tego majątku rynkowi (czyli samym ludziom go nabywającym), a nie rządowi czy wyznaczonym przezeń „ekspertom” oraz daje ludziom całkowitą swobodę, co wybrać. Jest to wg mnie sprawiedliwsze niż np. sztywne ustalenie typu: 55% dla załogi, 40% dla funduszy emerytalnych, 5% dla reszty czy odgórne wycenianie majątku i dzielenie go na tej podstawie. Dlaczego ci, którym akurat zdarzyło się pracować w zyskownej firmie mają mieć fory (albo przeciwnie - być dyskryminowani) i dlaczego eksperci, a nie sami nabywcy, mają decydować, ile razy zakład X jest droższy od zakładu Y? Pracownicy dobrego przedsiębiorstwa będą musieli włożyć więcej bonów (jeśli potrzeba - zrzucić się i odkupić udziały od innych), by utrzymać nad nim kontrolę (jeśli będą tego chcieli), niż pracownicy bankruta, ale pozostanie to dla nich całkiem realne.

Jestem za tym, by uwłaszczenie dotyczyło jak największej części majątku państwa, najlepiej 100%. Łącznie z bankami (zwłaszcza z bankami!), udziałami państwa w różnych Polisach, szpitalami, szkołami, drogami, państwowymi gruntami, wodami, bogactwami naturalnymi, mieniem komunalnym, wojskowym i policyjnym, budynkami rządowymi, Belwederem i Pałacem Namiestnikowskim.

Uważam jednak, że zwolennicy innych odmian i metod uwłaszczenia mogą i powinni również poprzeć „tak” w referendum. Trzeba pamiętać, że w szczegółach ono nic nie przesądza, a jakiekolwiek uwłaszczenie społeczeństwa (im większej części majątku będzie ono dotyczyło, tym lepiej) jest poważnym osłabieniem władzy.

1) Już po napisaniu tego tekstu (z przyczyn technicznych jego druk opóźnił się o miesiąc) okazało się, że Sejm dołączył dalsze, uszczegóławiające pytania: (1) Czy jesteś za zaspokojeniem z prywatyzowanego majątku zobowiązań wobec emerytów i rencistów oraz budżetówki, wynikających z orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego? (2) Czy jesteś za zasileniem częścią prywatyzowanego majątku powszechnych funduszy emerytalnych? (3) Czy jesteś za zwiększeniem wartości świadectw udziałowych NFI przez objęcie tym programem dalszych przedsiębiorstw? (4) Czy jesteś za uwzględnieniem w programie uwłaszczeniowym bonów prywatyzacyjnych? Zgodnie z tym, co napisałem wyżej, jestem za TAK na pytania 1, 2 i 4. Natomiast co do pytania 3 uważam, że należy głosować NIE - prywatyzacja poprzez Narodowe Fundusze Inwestycyjne oznacza de facto uwłaszczenie kierownictwa tych koncernów, a nie obywateli, którzy mogą zyskać na tym jedynie ewentualnie parę dodatkowych złotych ze sprzedaży świadectwa udziałowego lub (po latach) z dywidendy z pojedynczych akcji poszczególnych NFI. Zwłaszcza, że świadectwo udziałowe trzeba kupić (w ten sposób zapewne rząd chce zwiększyć swoje zyski), a to kłóci się z samą ideą uwłaszczenia.
mac_pariadka/komercjalizacja_czy_uwlaszczenie.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)