"Gazeta An Arché" nr 39 - zamknięto 6 X 1996

Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 10/96


Jacek Sierpiński

Nieśmiały powrót cenzury

Jak wskazuje ostatnia aktywność wielu osób prywatnych, stowarzyszeń i partii, nasila się tęsknota za dobrymi czasami realnego socjalizmu, kiedy to ludzie w naszym kraju byli pieczołowicie chronieni przed możliwością zetknięcia się w wyniku własnych nieodpowiedzialnych decyzji z niesłusznymi treściami.

Wykorzystując fakt, ze rządzący towarzysze (przepraszam - panie i panowie) z byłych PZPR i ZSL nie ulegli jeszcze całkowicie zgniłym wpływom zachodniego liberalizmu i zostawili jak na razie w kodeksie karnym artykuł 173 zabraniający rozpowszechniania pism, druków, fotografii i innych przedmiotów mających „charakter pornograficzny”, społecznicy z Białegostoku podjęli akcje pouczania kioskarzy o karalności takiego procederu oraz donoszenia do prokuratora na tych, którzy takie pouczenia puścili mimo uszu. Okazuje się jednak, ze wirus liberalizmu przeniknął byłych działaczy przewodniej siły narodu i jej sojuszniczego stronnictwa tak dalece, że zrezygnowali ze swych dawnych ideałów i w przygotowywanym projekcie nowego kodeksu karnego zamierzają rozpowszechnianie pornografii potraktować pobłażliwie, w zasadzie nie przewidując jego karalności. Na wieść o tym natychmiast zareagowali aktywiści Poznańskiego Porozumienia Organizacji Katolickich, potępiając przygotowywany projekt i podnosząc „potrzebę ochrony społeczeństwa przed takimi treściami”.

Ale nie wszyscy byli PZPR-owcy dali się zdemoralizować zgniłemu Zachodowi. Świadczy o tym stanowisko Unii Pracy, w której to partii stanowią oni sporą (jeśli nie przeważającą) grupę działaczy. Zgodnie z tym stanowiskiem, rozpowszechnianie pornografii powinno nadal być karane więzieniem lub grzywną.

I tu kończą się żarty. Dopóki przepis kodeksu karnego zakazujący rozpowszechniania pornografii (art. 173) jest w zasadzie martwy (aczkolwiek, jak pokazuje przykład Białegostoku, można posłużyć się nim jako straszakiem), dopóty działania grup nawiedzonych pornofobów można traktować z przymrużeniem oka, zwłaszcza, że jak podała „Gazeta Wyborcza”, sprzedaż nielubianych przez nich pisemek wzrosła w sierpniu o 15 procent. Ale zakaz proponowany przez UP ma być częścią specjalnej ustawy „o rozpowszechnianiu publikacji stanowiących zagrożenie dla dzieci i młodzieży”. Projekt tej ustawy został złożony w Sejmie 10 września. Formalnie zakaz ten nie ma być zakazem całkowitym, jako że projekt dopuszcza sprzedaż „stanowiących zagrożenie” (poza pornograficznymi, także „zachęcających do prostytucji, brutalizujących i podżegających do przemocy, przestępstwa, rasizmu bądź zawierających pochwałę wojny”) publikacji na specjalnie wyznaczonych, dostępnych tylko dla dorosłych stoiskach. Ale w praktyce łatwo przewidzieć, ilu księgarzy (o kioskarzach nie wspomnę) będzie miało czas i możliwości stworzenia tych specjalnych stoisk, ogrodzenia ich i pilnowania, by nie przedarł się do nich żaden nieletni. Co gorsza, w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się niesłusznych treści, działacze UP zaproponowali powrót do starych, sprawdzonych metod i instytucji. Zgodnie z ich pomysłem przy pełnomocniku rządu ds. rodziny i kobiet ma zostać powołana specjalna 12-osobowa rada ds. wiadomych publikacji. Pism umieszczonych przez tę radę (na wniosek „co najmniej” 15-osobowej grupy parlamentarzystów, Kościołów, związków wyznaniowych, stowarzyszeń, partii politycznych lub związków zawodowych) na swoistym index librorum prohibitorum nie wolno byłoby reklamować, umieszczać w wypożyczalniach i czytelniach ani sprzedawać w normalnym obiegu. Tak więc grupka Wielkich Troskliwych i Dobrych będzie decydować, co mogą, a czego nie mogą czytać i oglądać maluczcy: nieletnim dostęp do niesłusznych treści będzie zabroniony na mocy samej decyzji, dorosłym zaś wskutek nieopłacalności wydawania czegoś, co może być sprzedawane jedynie w specjalnych, rzadkich warunkach. (Być może niektóre publikacje przekroczą tę barierę, ale na pewno nie wszystkie).

W intencji samych twórców ustawy „pornografią” są nie tylko podniecające seksualnie zdjęcia, rysunki czy teksty, ale i liberalne poglądy na temat seksu. Posłanka UP, pani Izabela Jaruga-Nowacka, stwierdziła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że „państwo nie może pozostać bierne, gdy w pisemku adresowanym dla dzieci i młodzieży redakcja umieszcza odpowiedź na list 13-letniej dziewczynki, która pyta, czy może podjąć współżycie seksualne z 15-letnim kolegą. A odpowiedź brzmi: Nie widzimy żadnych przeciwwskazań, o ile sprawi ci to przyjemność”. I dalej: „źle jest, jeśli dziecko spotyka się ze światem, gdzie przemoc i seks prezentowane są w fałszywy sposób. Trzeba ograniczyć możliwość promowania takich wzorców”. Tak więc taki znany być może czytelnikom tego artykułu miesięcznik „Mać Pariadka” powinien natychmiast trafić na indeks za zamieszczanie artykułów tolerancyjnych wobec wolnej miłości, homoseksualizmu, sadomasochizmu czy - o zgrozo - opartego na obopólnej zgodzie seksu między dorosłymi a dziećmi. (Gdyby tego było mało, to proszę bardzo - „pochwała wojny” Czeczeńców z Rosją, podżeganie do przestępstw (nielegalnych demonstracji, uchylania się od służby wojskowej, brania narkotyków, buntu przeciwko państwu), brutalizowanie (wiele komiksów, gdzie flaki aż fruwają), podżeganie do przemocy (stawiania czynnego oporu skinom czy policji)…). Powiem nawet, że „Mać” będzie, jeśli projekt UP wejdzie w życie, jednym z głównych kandydatów do odstrzału, o ile ktoś zrobi na nią donos. Taki pan Urban jest być może zbyt wpływowy i bogaty, by zostać wpisanym na czarną listę zagrożeń dla młodzieży, podobnie pan Wierzbicki, kto jednak stoi za „Mać Pariadką”? Oczywiście dla pani Nowackiej i jej partyjnych kolegów nie jest to ograniczenie wolności słowa…

Autorzy i zwolennicy tego projektu mówią o „zagrożeniach” dla dzieci i młodzieży ze strony pornografii i innych treści jako o czymś oczywistym. Młodzież jest na pornografię „narażona”, jest przez nią „atakowana”, trzeba ją przed nią „chronić”. Przyznam się, że nie rozumiem, w jaki sposób właściwie pornografia może „zagrażać” oglądającym ją dzieciom i młodzieży oraz dlaczego widok ludzi uprawiających wynikłą z naturalnego popędu czynność, jaką jest seks ma być dla nich zagrożeniem, a widok np. ludzi uprawiających inna naturalna czynność, jaką jest jedzenie, takim zagrożeniem ma nie być. W Holandii można kupić i przejrzeć w kiosku „świerszczyki”, jakie u nas można kupić tylko w sex-shopie. Nie widzę, żeby holenderskim dzieciom i młodzieży działo się z tego powodu coś złego.

Pornografię wymienia tu się jednym tchem obok przemocy, demoralizacji, „panoszącego się wśród młodzieży chamstwa”, szerzącej się w wojsku „fali” i przestępczości. Gdy jednak dziennikarz „Wyborczej” spytał panią Jarugę-Nowacką, czy jakieś badania wykazują, że pornografia jest przyczyną zachowań antyspołecznych bądź przestępstw, odparła ona z rozbrajającą szczerością: „Być może nie ma tu prostej zależności. Ale nie trzeba specjalnych badań, by stwierdzić, że agresja wśród młodzieży wzrasta”. Tak więc tak czy owak, nawet jeśli nie ma prostej zależności, to jest pewnie krzywa, a na pytanie o badania dotyczące związku agresji z pornografią - a nie samej agresji - nie trzeba odpowiadać, bo przecież to oczywiste… Nawiasem mówiąc, były badania (Committee on Obscenity and Pornography - amerykański projekt rządowy z 1970 r.), które wykazały, że pornografia ma niewielki bądź żaden wpływ na zachowanie ludzi. (Patrz artykuł R. Eisenmana w 46 nrze „Mać Pariadki”). W jednym z badań tej komisji stwierdzono, że gwałciciele mówili o mniejszym narażeniu na pornografię w swej młodości niż nie-gwałciciele - wielu z nich wychowywało się w środowiskach, gdzie seks był tabu. Ale nie przeszkadza to wspominać przy okazji rozważania „problemu” pornografii i jej dostępności dla dzieci i młodzieży o belgijskim kidnaperze i gwałcicielu dzieci, panu Dutroux - jak zrobił to anonimowy komentator „GW” do wspomnianego wyżej wywiadu z panią poseł Nowacką.

Działacze UP nie traktują dzieci i młodzieży jako pełnoprawnych istot ludzkich, uważając, że nie tylko można, ale wręcz należy uniemożliwić im dostęp do pewnego rodzaju treści, informacji i wzorców, z którymi, jak twierdzą, mają prawo zapoznawać się ludzie dorośli. Powołują się przy tym na rodziców skarżących się, ze pewne treści w pismach czytanych (?) przez ich dzieci nie nadają się dla tych dzieci. Myślę, ze jeśli rodzice ci maja u swych dzieci autorytet, nie będą one czytały tego, czego oni im nie polecają lub zakazują czytać. jeśli zaś tego autorytetu nie mają - niech nie uciekają się do państwa, by załatwiło za nich to, czego sami nie potrafią wyegzekwować od swojego dziecka, przy okazji ograniczając wolność innym. I dlaczego akurat uprzywilejowani mają być tu ludzie uważający, że dla dzieci nie nadaje się pornografia, rasizm i zachęcanie do prostytucji, a nie ludzie uważający, że nie nadaje się dla nich „Gość Niedzielny”, marksizm-leninizm i zachęcanie do robienia za wszelką cenę kariery? Albo ludzie uważający, że dla dzieci nadaje się wszystko? A jeśli chodzi o przypadkowe „narażenie” wychowywanego „po katolicku” („po lewicowemu”? - UP uważa się za partię lewicową) dziecka na widok nagich kobiecych piersi wyłożonego na ladzie magazynu jest to dokładnie taki sam problem, jak z „narażeniem” na to nie mającej ochoty na ten widok osoby dorosłej. I taki sam, jak np. z „narażeniem” ateisty (lub jego dziecka) na widok krzyża widniejącego na wieży kościelnej, niepalącego (lub jego dziecka) na widok reklamy papierosów, rasisty na widok Cygana, no i tegoż samego pruderyjnego katolika/lewicowca (lub jego dziecka) na widok nagich kobiecych ud panienki w mini na ulicy. Trudno - albo nie chodzić i nie posyłać dziecka tam, gdzie można się narazić, albo chodzić i się/dziecko narażać. To, że nie mam ochoty na jakiś widok (lub nie mam ochoty, by widziało go moje dziecko) nie daje mi jeszcze prawa do zmuszania innych ludzi do zachowywania się tak, żebym się ze swoim dzieckiem na ten widok nie naraził, chyba, że jest to mój prywatny teren, to wtedy mogę ich nie wpuścić albo wyrzucić.

Jak na razie, zaproponowany przez UP projekt cenzury jest dość nieśmiały i ograniczony. Nawet taka cenzura jednak może stać się przykra i dokuczliwa.

Dlatego tym razem kończę apelem do wszystkich czytelników tego artykułu:

Wyślijcie choć list protestacyjny do Sejmu, do klubu poselskiego Unii Pracy, do Rzecznika Praw Obywatelskich, do gazet i gdzie tylko się da. Zróbcie szum. Zróbcie ulotki, plakaty, demonstracje. Nie pozwólcie na to, by państwo znów decydowało, co wolno wam oglądać i czytać!

mac_pariadka/niesmialy_powrot_cenzury.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)