"Zielone Brygady" - pismo ekologów, styczeń'96

Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 12/95


W 77 nrze "Zielonych Brygad" ukazał się tekst czołowego polskiego ideologa antykonsumpcjonizmu, Olafa Swolkienia, zatytułowany „Popierajmy Inkwizycję”. W tekście tym autor wyśmiewa przyrównanie proponowanego przez Unię Pracy projektu ustawy o „ochronie praw konsumentów” (narzuceniu przymusowych ograniczeń w publikowaniu reklam) do „inkwizycji w reklamie”. Proponuje też czytelnikom "ZB" lobbying na rzecz tego, by wspomniana ustawa wprowadziła w Polsce model austriacki - ograniczenia nadawania reklam przez telewizję publiczną do określonego przedziału czasu, np. od 19.00 do 20.00. Zdaniem Olafa, dopiero to umożliwiłoby „swobodny wybór tym, którzy reklamy chcą oglądać, a tych, których to nie interesuje, pozwolić być tej radości pozbawionym”. Mamy bowiem „do czynienia z bezczelnym terrorem wielkich korporacji, które zmuszają mnie przed obejrzeniem np. prognozy pogody do oglądania reklamy czipsów i batonów czekoladowych. Z wolnością nie ma to nic wspólnego, bo za telewizję publiczną płacę i mam prawo oglądać to, na co mam ochotę”.

Otóż, drogi Olafie, po pierwsze to, że za coś płacisz, nie znaczy, że masz prawo decydowania o tym wedle swego widzimisię. Jeśli kupujesz prywatną gazetę, nie znaczy to, że masz prawo ingerować w jej treść i zabraniać jej właścicielowi publikowania tekstów, które ci się nie podobają, bądź nakazywać mu publikowanie takich, które ci się podobają. Masz natomiast prawo jej następnym razem nie kupić. Prawo takie ma każdy i jest to prawo istotne - w ten sposób właściciel gazety, o ile chce mieć z niej zysk, musi drukować takie teksty, by kupowała ją wystarczająca liczba czytelników. Na tym polega demokracja rynkowa, która w przeciwieństwie do demokracji politycznej - obojętnie, pośredniej czy bezpośredniej - jest rzeczywistym i nieustannie funkcjonującym mechanizmem kontroli społecznej, nie wiążącym się przy tym ze stosowaniem przymusu.

Po drugie - właśnie nie jest prawdą, że płacisz za telewizję publiczną. Płacisz jedynie państwu podatek od posiadania telewizora, do którego płacenia państwo zmusza cię bez względu na to, czy oglądasz telewizję publiczną, czy nie. Telewizja publiczna jest przedsięwzięciem dochodowym, a źródłem jej dochodów są właśnie nielubiane przez ciebie reklamy. Oglądasz ją za darmo, na koszt owych wielkich korporacji, które zamieszczają w niej reklamy batonów i czipsów. Jeśli reklamy te znikłyby, musiałbyś zacząć płacić spory abonament, tak jak to jest w przypadku prywatnych telewizji kodowanych (gdzie reklam nie ma lub jest ich mało), lub też zaakceptować fakt dotowania telewizji publicznej z budżetu państwa, kosztem podniesienia podatków, zwiększenia deficytu budżetowego i co za tym idzie inflacji, bądź też obniżenia wydatków na inne dziedziny, najprawdopodobniej służbę zdrowia czy ochronę środowiska (raczej nie łudź się, że będą to dotacje do banków, wydatki na Czorsztyn, autostrady czy biurokrację).

Po trzecie, nikt cię nie zmusza do oglądania reklam, których nie lubisz. Sam tego chcesz. Nikt ci nie każe ani posiadać telewizora, ani oglądać telewizji publicznej (zamiast narzekać, możesz naprawdę zapłacić za Filmnet czy Canal+), ani siedzieć przed ekranem w czasie, gdy są nadawane reklamy (ja np. w tym czasie wychodzę sobie zrobić herbatę lub sięgam po gazetę). Równie dobrze ja mógłbym napisać, że „mam do czynienia z bezczelnym terrorem Olafa Swolkienia, który zmusza mnie przy okazji czytania "Zielonych Brygad" do oglądania reklamy swoich antykonsumpcjonistycznych i procenzorskich poglądów” i domagać się na tej podstawie wydania ustawy zakazującej ci publikowania tekstów…

Po czwarte, o ile jeszcze twoja propozycja dotyczy (jak zrozumiałem) jedynie telewizji publicznej i obywatele Polskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (oficjalnie zwanej Rzecząpospolitą Polską), będący formalnie jej współwłaścicielami, mają prawo podjąć decyzję o usunięciu z niej reklam, ponosząc wszelkie tego nieuniknione konsekwencje w rodzaju wprowadzenia opłat, podwyższenia podatków czy obniżenia wydatków na inne dziedziny życia (abstrahuję tu od bardzo istotnego problemu, w jakim stopniu decyzje podejmowane w Sejmie i Senacie odzwierciedlają wolę poszczególnych obywateli), o tyle porównanie projektu Unii Pracy do inkwizycji jest całkiem trafne. Z tego, co wiem, projekt ten dotyczy nie tylko telewizji publicznej, ale i prywatnych środków przekazu. Chodzi w nim o zakazanie publikowania pewnych określonych treści - innymi słowy, powiedzmy to sobie otwarcie - o ich cenzurę. Inkwizycji chodziło dokładnie o to samo. Również ideologiczne sztuczki stosowane przez tę instytucję do uzasadniania zakazu reklamowania herezji były identyczne ze sztuczkami używanymi obecnie do uzasadnienia zakazu reklamowania batonów, czipsów i konsumpcyjnego stylu życia. Tam chodziło o „ochronę nieśmiertelnej duszy” potencjalnego czytelnika heretyckich tekstów, tu - o „ochronę konsumenta”. Aby odeprzeć zarzut, że ogranicza się w ten sposób wolność, posługiwano się następującym chwytem: wolny jest tylko ten, kto wybiera Dobro (ortodoksję), natomiast ten, kto wybiera Zło (herezję) nie jest wolny. Stąd akceptacja ortodoksji jest dobrowolna, ale herezji można jedynie ulec, zarazić się nią, dać się zniewolić. Dlatego prawdziwa wolność to brak dostępu do herezji. Dziś chwytu tego używa wielu antykonsumpcjonistów i przeciwników reklam: Złu (reklamie czipsów, papierosów czy ogólnie konsumpcyjnego stylu życia) się ulega, atakuje ono i zniewala bezradnego konsumenta, dlatego prawdziwa wolność to brak dostępu do reklamy. (Ale oczywiście Dobro - reklama antykonsumpcjonizmu, wartości ekologicznych czy zdrowej żywności, nawet poparta podobnymi manipulatorskimi chwytami - nie zniewala, tu akceptacja jest całkowicie dobrowolna).

Uważam, że jeśli już pisać do Rzecznika Praw Obywatelskich, to raczej z wnioskiem o zablokowanie ustawy o „ochronie konsumenta” jako sprzecznej z konstytucyjną gwarancją wolności słowa i druku. Choć odkąd z biura jeszcze poprzedniego rzecznika otrzymałem informację, że konstytucyjny zapis o wolności słowa nie oznacza całkowitej wolności słowa i rząd może tę wolność „racjonalnie” ograniczać, wątpię w powodzenie takiej inicjatywy. Natomiast co do reklam w telewizji publicznej, osobiście wolałbym nie płacić dodatkowo za luksus pozbycia się ich z ekranu, czy to w postaci abonamentu, czy to w postaci obcięcia wydatków budżetowych na inne dziedziny życia, czy to w postaci zwiększenia deficytu budżetowego i inflacji, czy w postaci podwyższenia podatków. Jeśli jednak miałoby to nastąpić, wolałbym, aby odbyło się to kosztem wprowadzenia abonamentu, a nie dotacji budżetowych do telewizji, ponieważ wówczas mógłbym zrezygnować z oglądania Telewizji Polskiej, ograniczając się np. do Polsatu i nie ponosić dodatkowych kosztów, jeśli uznałbym je za zbyt wysokie. Obawiam się jednak, że dopóki telewizja publiczna będzie publiczna, to znaczy państwowa, wybierze się jako łatwiejsze dotacje - i każdy, chcąc nie chcąc, będzie musiał płacić za to, że Olaf Swolkień i jemu podobni nie mogą żyć bez oglądania tej telewizji, ale nie cierpią w niej reklam.

Jacek Sierpiński

mac_pariadka/niezatytulowana_polemika_z_krakowskim_dzialaczem_ekologicznym_olafem_swolkieniem.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)