Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 10/96


W ostatnim numerze „Maci” przeczytałem list Gosi Polak z grupy Kobiety Przeciwko Dyskryminacji i Przemocy, w którym to liście krytykuje ona „Mać” za zamieszczenie w 46 nrze „niesamowicie konserwatywnego w swej wymowie” artykułu Russela Eisenmana "Od twórczych odchyleńców do konwencjonalnych ciemięzców: psychoanaliza i feminizm". Jej zdaniem w obecnej sytuacji „można albo wspierać trudne początki polskiego ruchu feministycznego (lub być przynajmniej neutralnym), albo działać na jego szkodę” i, co za tym idzie, „zamieszczenie tekstu Eisenmana wygląda (…) na chęć utrudnienia rozwoju ruchu kobiecego w Polsce”

Nie wiem, co też takiego „konserwatywnego” jest w wymienionym artykule prof. Eisenmana (amerykańskiego psychologa i autora licznych prac naukowych z tej dziedziny). Krytykuje on tam m. in. pewne zjawiska we współczesnym ruchu feministycznym, takie jak purytański atak na pornografię i absurdalne rozszerzenie pojęcia „napastowania seksualnego” na zwykłe zaloty, opowiadanie „świńskich” dowcipów czy wieszanie plakatów z nagimi panienkami. Krytykuje to, że ruch feministyczny odszedł od propagowania swobody seksualnej i stał się ruchem seksualnie represyjnym, nierzadko dążącym do wymuszenia purytańskich standardów seksualnych przez państwo. Nie wiem, co „konserwatywnego” jest w pochwale swobody seksualnej, obronie pornografii i krytyce purytanizmu.

Eisenman wyraźnie zaznacza, że nie jest wrogi wyzwoleniu kobiet i podkreśla liczne korzyści, jakie jego zdaniem wynikły z ruchu feministycznego. Ale skoro Gosia Polak doszła do wniosku, że artykuł ten działa na szkodę polskiego ruchu kobiecego, trzeba stąd wyciągnąć wniosek, że ruch ten stawia sobie za cel właśnie to, co Eisenman krytykuje jako odejście od pierwotnych ideałów ruchu wyzwolenia kobiet z lat siedemdziesiątych: purytanizm i represjonowanie seksualnej swobody, być może przy pomocy państwa.

Jeśli tak, to ruch ten zasługuje na to, by działać na jego szkodę. De facto nie stoi on bowiem po przeciwnej do konserwatystów stronie barykady, ale idzie z nimi ręka w rękę, jeśli chodzi o takie kwestie, jak np. pornografia. Jak pokazują ostatnie wypadki (oficjalnie wniesiony do Sejmu projekt cenzury) nie jest to kwestia nieistotna. O ile wiem, posłanka Unii Pracy Izabela Jaruga-Nowacka, która broniła tego projektu w „Gazecie Wyborczej” (patrz artykuł "Nieśmiały powrót cenzury"), jest właśnie działaczką ruchu feministycznego. Nie lepiej jest na scenie „niezależnej”, gdzie można znaleźć takie kawałki, jak choćby ten cytowany przez Guzika w poprzednich "Żółtych Papierach": „mężczyźni - najbardziej obrzydliwa rasa stąpająca po ziemi”.

Jest to - tak, właśnie - seksizm w najczystszej postaci. Ta odmiana feminizmu ma tyle wspólnego z ideami wolnościowymi, co murzyński rasizm a la Louis Farrakhan.

Jeśli „znajomi antyfaszyści i autonomiści z innych krajów Europy” Gosi popierają coś takiego, to najwyższy czas, by pozbyli się przedrostka -anty. A jeśli chodzi o Kobiety Przeciw Dyskryminacji i Przemocy - o ile poważnie traktują swoją nazwę, to nie wiem, z czym w artykule Eisenmana miałyby się nie zgodzić.


Jacek Sierpiński


P. S. Skoro jestem już przy feminizmie, to chciałbym odnieść się również do zamieszczonej również w poprzednim nrze "Maci" krytyki igrzysk olimpijskich autorstwa B. Nortina. Jednym z zarzutów wysuwanych przeciwko olimpiadom był tam zarzut o „męską dominację”, której przejawem miałoby być m. in. to, że „system igrzysk jest tak skonstruowany, że daje dużą przewagę mężczyznom, szczególnie w przypadku sportów siłowych i szybkościowych”. Otóż moim zdaniem jest to oczywista nieprawda: w tych sportach (a jest ich większość), w których mężczyźni mają, statystycznie rzecz biorąc, wynikającą z fizycznej budowy ciała przewagę, przeprowadzane są w celu dania jednakowych szans odrębne konkurencje dla mężczyzn i dla kobiet. Tak więc właśnie system igrzysk uprzywilejowuje kobiety, dając im szansę zwycięstwa również tam, gdzie przy normalnej rywalizacji z mężczyznami przeważnie przegrywałyby. W sportach, gdzie nie ma takiej potrzeby (jak by nie było, sztucznego) wyrównywania szans, np. w jeździectwie, kobiety rywalizują z mężczyznami i często wygrywają. Co do zarzutu, że dyscyplin, w których mogą uczestniczyć kobiety jest mniej, to jest to prawda, ale nie jest ich o wiele mniej, a poza tym utrzymuje się tendencja stopniowego dopuszczania kobiet do wszystkich konkurencji, w których startują mężczyźni. Wystarczy porównać liczbę kobiet startujących w igrzyskach sto lat temu (nie wiem, czy w ogóle brały udział) a dziś. Tak samo proporcję konkurencji, w których startują kobiety, do tych, w których startują mężczyźni. Kto wie, czy za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat liczba konkurencji z udziałem kobiet nie będzie większa niż liczba konkurencji z udziałem mężczyzn. Bardzo prawdopodobne jest bowiem wprowadzenie za jakiś czas do programu igrzysk kobiecego skoku o tyczce, rzutu młotem, podnoszenia ciężarów, zapasów czy boksu, wątpię natomiast, czy kiedykolwiek mężczyźni będą startować w np. gimnastyce artystycznej czy pływaniu synchronicznym.

Podobnie chybiony wydaje mi się być zarzut o „rasizm”. Moim zdaniem sport jest dziedziną, w której ludzie o innym niż biały kolorze skóry uczestniczą z sukcesami proporcjonalnie w większym stopniu, niż ogólnie w codziennym życiu. W niektórych sportach, w tym najbardziej popularnych, jak koszykówka czy lekkoatletyka (zwłaszcza biegi i skoki) ich dominacja jest wyraźna. W wielu innych (np. boks, piłka nożna, siatkówka, tenis stołowy, badminton, szermierka, podnoszenie ciężarów, zapasy) z powodzeniem konkurują z białymi, często wygrywając. W coraz większym stopniu przenikają nawet do tak tradycyjnie „białych” sportów, jak tenis czy pływanie. Zarzut, że olimpijskie sporty są sportami zachodnimi jest słuszny (choć nie do końca - te najpopularniejsze, jak biegi, skoki, zapasy czy boks, także np. łucznictwo - były i są znane w większości kultur, zaś niektóre, jak np. judo, ewidentnie nie pochodzą z Zachodu), jest on jednak dowodem na kulturową dominację Zachodu w sporcie i w ogóle, a nie na rasizm. Sporty kwalifikowane są do IO na podstawie ich popularności (muszą być uprawiane na wszystkich kontynentach i w odpowiedniej ilości krajów). Te pochodzące z Zachodu sporty, które wchodzą w skład igrzysk, uprawiane są zarówno przez białych, jak i czarnych, żółtych i czerwonych. Nic nie stoi na przeszkodzie, by jakiś sport wymyślony np. w Afryce przebił się do olimpiady - wystarczy tylko, aby został on dostatecznie spopularyzowany na całym świecie. Jeśli tak nie jest, to na pewno wina nie leży po stronie organizatorów igrzysk. Trudno od nich wymagać, by włączali w program olimpiady sport, który uprawiany jest tylko w jakimś jednym plemieniu afrykańskim czy wśród Papuasów.

mac_pariadka/niezatytulowana_polemika_z_listem_feministki_gosi_polak.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)