Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 11-12/97
W poprzednim numerze „Maci” w artykule „Zalało system” Piotr Żuk stwierdził m. in., że „ratowanie i pomoc ludziom nie przynosi żadnego zysku ekonomicznego, co stanowi jedyne kryterium racjonalności w rzeczywistości rynkowej. Rzeczywistości, która sprowadza wszystko do jednego wymiaru - wymiaru ekonomicznej opłacalności”. Otóż nie jest tak! Po pierwsze, ratowanie i pomoc ludziom przynosi ekonomiczny zysk temu, kto tę pomoc udziela, o ile robi on to dobrowolnie. Po drugie, ekonomiczny zysk jest jedynym motywem działania racjonalnej jednostki i co za tym idzie działania te dadzą się bez wyjątku sprowadzić do wymiaru ekonomicznej opłacalności w każdej rzeczywistości, tak rynkowej, jak i rynku pozbawionej.
Zysk oznacza w ekonomii subiektywną różnicę pomiędzy wartością tego, co wskutek jakiegoś działania się osiąga, a wartością tego, co wskutek tego działania się traci (jeśli jest ona dodatnia, tzn. jeśli dana jednostka wartościuje wyżej to, co osiągnęła od tego, co straciła) - patrz Ludwig von Mises, Human Action. A Treatise on Economics, third revised edition, Contemporary Books, Inc., Chicago, str. 97. Jeśli kupuję w księgarni książkę za 20 zł, to w owej chwili zyskuję, ponieważ uważam, że książka ta jest warta dla mnie utraty tych 20 zł i posiadanie jej wartościuję wyżej niż posiadanie 20 zł (inaczej nie zdecydowałbym się na jej kupno). Zyskuje też księgarz, bo on akurat preferuje posiadanie w kasie otrzymanych ode mnie 20 zł nad posiadanie na składzie kupionej przeze mnie książki (inaczej nie zdecydowałby się na jej sprzedaż). Dobrowolna wymiana zawsze przynosi w chwili jej przeprowadzania zysk obu jej uczestnikom. Oczywiście później, po przeczytaniu książki, mogę uznać, że jest ona kiepska i że wyrzuciłem swoje 20 zł, jak to się mówi, w błoto; podobnie księgarz może uznać, że sprzedał ją zbyt tanio. Obaj możemy uznać, że ponieśliśmy wskutek naszej transakcji stratę. Ale nie przeczy to temu, że w chwili jej dokonywania zyskaliśmy. Może być to trudne do zrozumienia dla niektórych ludzi, podobnie jak niektórym trudno jest zrozumieć w fizyce teorię względności czy zasadę nieoznaczoności (choć moim zdaniem zrozumienie subiektywności i względności pojęć ekonomicznych takich jak zysk, strata, cena czy koszt jest o wiele łatwiejsze i nie wymaga specjalnego przygotowania teoretycznego, a jedynie odrzucenia wciąż dominującego w świadomości społecznej (nawet wśród „radykałów”) starego paradygmatu, wedle którego wartość ekonomiczna jest czymś obiektywnym, tzn. przypisanym do przedmiotów; nawiasem mówiąc najbardziej do paradygmatu obiektywności wartości ekonomicznej przywiązani zdają się być ci, którzy bez żadnych oporów odrzucają paradygmat obiektywności wartości moralnej - np. marksiści).
Zysk ściśle rzecz biorąc nie jest wymierny i nie da się go przeliczyć na pieniądze. W przytoczonym przykładzie można powiedzieć, że kupiona książka była dla mnie w chwili kupna warta 20 zł, a właściwie więcej niż 20 zł, skoro pozbyłem się tych 20 zł, by ją kupić. Ale o ile więcej? Ile wyniósł mój zysk? Niestety w tym momencie nie mogę tego powiedzieć, bo nie potrafię odjąć posiadania 20 zł od posiadania książki. Przypuśćmy jednak, że za jakiś czas sprzedam tę książkę za 30 zł. Ile wyniósł mój zysk tym razem? I tym razem nie potrafię powiedzieć. A ile wyniósł mój zysk w porównaniu do sytuacji, gdy miałem 20 zł? Ściśle rzecz biorąc i tym razem nie jestem w stanie na to odpowiedzieć, bo musiałbym odjąć posiadanie 20 zł wtedy od posiadania 30 zł teraz + satysfakcji z przeczytania książki (załóżmy, że takowa była). Ale w takiej sytuacji często dokonuję pewnego uproszczenia, mianowicie wyobrażam sobie, że mogłem posiadać te 20 zł przez cały czas i obliczam hipotetyczny zysk na 10 zł (+ satysfakcję). Mogę też wyobrazić sobie, że mogłem wtedy kupić za te 20 zł coś innego (np. dolary), a następnie policzyć, ile zł musiałbym wydać teraz na kupno „tego samego” (wtedy utożsamiam z kolei posiadanie tego „czegoś innego” wtedy i posiadanie tego „czegoś innego” teraz) i tę sumę odjąć od uzyskanych ze sprzedaży książki 30 zł. W niektórych sytuacjach, gdzie sytuacje różnią się tylko wymierną ilością jakiegoś elementu, mogę powiedzieć, ile zyskałem (tę właśnie ilość owego elementu) i inni są w stanie to, dysponując wszystkimi danymi o owych sytuacjach, jednoznacznie potwierdzić, ale to „ile” nie obejmuje już takich czynników, jak stracony czas czy włożony wysiłek. Przypuśćmy, że ktoś w wyniku swojego działania zwiększa, zgodnie z tym, co planował, swój stan posiadania złota z 1 kg do 2 kg (załóżmy, że reszta jego stanu posiadania nie zmienia się). „O, zyskał kilogram złota!” - powiedzą inni, ale będzie to tylko część prawdy - ten ktoś bowiem nie tylko zyskał kilogram złota, ale i coś stracił - pewną ilość czasu i wysiłek, który włożył w jego zyskanie. Ani on, ani nikt inny nie jest w stanie ocenić, ile on „sumarycznie” zyskał lub stracił. A tylko od jego aktualnego subiektywnego wartościowania zależy, czy w ogóle był to dla niego „sumaryczny” zysk, czy też strata (choć rzecz jasna podejmując to działanie musiał uznać, że poświęcony mu przewidywany czas i wysiłek jest mniej wart od kilograma złota).
O swoim zysku mogę powiedzieć co najwyżej jedynie to, że jest on mniejszy lub większy od jakiegoś innego, osiągniętego przeze mnie w rzeczywistości lub przewidywanego, zysku. Dzięki temu jestem w stanie podejmować decyzje w sytuacjach, gdy zachodzi konieczność dokonania wyboru pomiędzy zachowaniami, z których każde (jak oceniam) może przynieść mi zysk. Dzięki temu mogę też później oceniać, czy decyzje te były słuszne.
Jeśli ktoś decyduje się dobrowolnie na udzielenie komuś pomocy, wkładając w to swój czas i wysiłek lub przekazując mu posiadane dobra materialne, to robi to dlatego, że robiąc to wyżej ocenia przewidywaną satysfakcję z udzielenia tej pomocy lub aktualną satysfakcję z jej udzielania niż posiadanie tych dóbr czy poświęcanie swojego czasu innym zajęciom. Innymi słowy, robiąc to zyskuje lub ma nadzieję na zysk. Potem może uznać, że niepotrzebnie się poświęcał i że poniósł stratę, ale ja mogę uznać tak samo po przeczytaniu kupionej książki. Nie ma ekonomicznej różnicy między udzielaniem pomocy a innymi działaniami. Można oczywiście dopatrzyć się tu różnic moralnych, ale to już inna kwestia.
Ludzie, o ile są tylko w stanie racjonalnie działać, tj. łączyć zjawiska w związki przyczynowo-skutkowe, dokonywać na tej podstawie prognoz i celowo posługiwać się swoim ciałem, działają dla zysku zawsze, nie tylko na rynku. Oczywiście hierarchie ich wartości są różne i z tego powodu zysk dla jednego jest czym innym niż zysk dla drugiego (jeden może np. preferować dobra materialne, inny duchowe). Rynek nie jest tu konieczny: jeśli ktoś kogoś napada, robi to też dla jakoś pojmowanego zysku, podobnie jeśli ktoś kogoś zabija, okrada, przekonuje do czegoś czy pomaga komuś z miłości czy współczucia. W zależności od przejawianych przez jednostki hierarchii wartości tak rynek, jak i inna działalność będzie wyglądać inaczej. Tam, gdzie cenione są dobra materialne, celem tak transakcji handlowych, jak i bandyckich napadów czy wojen (a także działalności w ramach aparatu państwa) jest zgromadzenie jak największej ilości i jak najcenniejszych tego typu dóbr. Gdzie ceniona jest nade wszystko władza, celem tak rynku, jak i propagandy czy działań z użyciem przymusu jest zdobycie dominacji nad innymi. Fanatycy religijni robią wszystko (handlują, przekonują i zabijają), by mieć poczucie chwały swego boga i sycić oczy widokiem rzesz wiernych…
Ograniczenie słowa „zysk” jedynie do zwiększenia ilości posiadanych pieniędzy lub dóbr materialnych jest zwykłym wulgaryzowaniem ekonomii. Jest oczywiste, że ludzie w swym zachowaniu nie dążą jedynie do tego, by zwiększyć ilość posiadanych pieniędzy czy dóbr materialnych i każdy model, który upraszczałby w ten sposób ich zachowanie nie byłby zbyt przydatny w objaśnianiu świata. Poważni ekonomiści dawno zdali sobie już z tego sprawę (wspomniana praca von Misesa pochodzi z 1949 r.), ale w świadomości laików wciąż niestety przeważa pogląd, że ekonomia ogranicza się wyłącznie do świata pieniądza i dóbr materialnych. Celują w tym niestety rozmaici „radykalni” krytycy, których krytyka owego przestarzałego paradygmatu sprowadza się na ogół do krytyki ekonomii jako takiej i twierdzenia, że nie jest ona w stanie wyjaśnić zachowań ludzkich, ponieważ mechanizm takich zachowań, jak np. właśnie pomaganie innym rzekomo w istotny sposób różni się od mechanizmu zachowań mających na celu gromadzenie pieniędzy. Używanie słowa „zysk” w owym zawężonym, zwulgaryzowanym znaczeniu umacnia ten pogląd. Tymczasem chodzi właśnie o to, że mechanizmy te nie różnią się - w każdym przypadku motywem działania jest chęć osiągnięcia stanu znajdującego się aktualnie wyżej w hierarchii wartości danej jednostki - różnią się jedynie szczegółowe cele owych zachowań. Jednak ekonomia nie zajmuje się szczegółowymi celami, a zwłaszcza ich wartościowaniem czy wyznaczaniem. Wartościowanie i wyznaczanie celów jest domeną filozofii (zwłaszcza etyki). Krytykowana przez Piotra Żuka „religia kapitalistyczna”, kult rywalizacji, konkurencji to nic innego, jak właśnie pewna doktryna etyczna („religia” jest tu stosunkowo trafnym określeniem), a nie element nauki ekonomicznej. Doktryna ta nie wynika bynajmniej z ustaleń tej nauki, bo ze zdań opisowych w ogóle nie można logicznie wywieść zdań wartościujących (taki błąd popełnili m. in. Marks i Ayn Rand, usiłujący stworzyć „naukowe” i „obiektywne” doktryny etyczne). Jest czymś całkowicie niezależnym i może być z powodzeniem usunięta bądź zastąpiona inną (np. doktryną altruizmu) bez żadnych konsekwencji dla twierdzeń ekonomii.
Jacek Sierpiński