Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 10/95
O bojkocie wyborów inaczej
Ponieważ zbliżają się kolejne wybory, chciałbym poświęcić temu problemowi trochę uwagi. Środowiska anarchistyczne czy anarchizujące interesują się wyborami nieporównywalnie bardziej, niż tzw. „przeciętny zjadacz chleba”. Jest to jednak zainteresowanie specyficzne, wypływające z żywionych antypatii. I jak to zazwyczaj bywa w przypadku zbyt emocjonalnego nastawienia, nie daje ono jasnego widzenia problemu, a jedynie pewność własnych racji i trafności końcowej konkluzji (w tym przypadku, że demokracja przedstawicielska jest czymś złym). Pomijając jednak sferę emotywną, takie stanowisko niewiele wnosi, a dodatkowo jest wdzięcznym podłożem dla różnego rodzaju mitów i fantasmagorii. Absolutyzacja stanowiska czyni go nieczułym na zmieniającą się rzeczywistość i często wbrew własnym mniemaniom anachronicznym. Przejawem tego są moim zdaniem
ZŁUDZENIA ZWIĄZANE Z BOJKOTEM WYBORÓW.
Pryncypialna postawa skłania wielu anarchistów nie tylko do niebrania udziału w wyborach, ale również do czynnego organizowania bojkotu wyborów. Jeżeli takie działanie ma mieć sens (z perspektywy innej niż eschatologiczna, a więc doczesnej), to musi odznaczać się skutecznością - coś musi zostać osiągnięte. Tylko wtedy warto na nie zużywać energię. O ile bojkot wyborów ma być czymś więcej niż sztuką dla sztuki, to jego skuteczność powinna być mierzona nie ilością wyborców, którzy pod wpływem namowy nie pójdą głosować, ale postępami na drodze do osiągnięcia społeczeństwa bezpaństwowego, lub - dla minimalistów - zwiększeniem się zakresu wolności. Otóż, moim zdaniem, bojkot wyborów ogłaszany przez anarchistów ma skuteczność równą zero. Na dodatek w ciągu ostatnich kilku lat malała ona, bez większych nadziei na odwrócenie się tendencji. Krótko mówiąc, rachunek wyników jest taki, że wyżej wymieniona działalność nie przyniosła żadnego zysku, tylko spowodowała niebagatelną stratę energii. Dochodzą do tego koszta alternatywne utraconych możliwości (robiąc to, nie robiono czegoś innego, co ma swoją wartość). Moim zdaniem trzymanie się kurczowo bojkotu wyborów wynika nie tylko ze ślepej wierności anarchistycznej tradycji, ale również z bezrefleksyjnego kontynuowania metod sprawdzonych w poprzednim odmiennym okresie. Na początku anarchiści, wyrośli na ogół z opozycji lat osiemdziesiątych, przyjęli jako dogmat przekonanie o bezwzględnej skuteczności masowego bojkotu - i tak już zostało. Tymczasem bojkot wyborów ma zastosowanie ograniczone do systemów, w których reszta jest głęboko przejęta postulatem cnoty obywatelskiej, albo panuje ideologia jednomyślnej akceptacji i wspólnego aktywnego dążenia do wytkniętego celu, jak to miało miejsce w komunizmie (zwanym też realnym socjalizmem). Żaden z tych przypadków nie ma miejsca, więc bojkot, nawet dość liczny, chybia celu. Wyobraźmy sobie bojkot na poziomie 60% (o takim oddziaływaniu nawet najbardziej optymistyczni anarchiści jeszcze długo będą mogli tylko pomarzyć). W przypadku reszty rozumującej i odczuwającej w kategoriach cnoty obywatelskiej (w rozumieniu jak u Montesquieu lub amerykańskich „Ojców Założycieli”) spowodowałoby to wynikającą z troski o wspólne dobro natychmiastową próbę porozumienia i sanacji. W przypadku systemu głoszącego jednomyślną akceptację i współuczestnictwo (wszelkiego rodzaju jednolitofrontowcy), jakim był np. PRL, oznaczałoby to załamanie się propagandy i bardzo dotkliwy, czasami śmiertelny cios. Natomiast w kraju, gdzie przyjmuje się jako zasadę odmienność dążeń, swobodę polityczną, prawo do prywatności, do zaniechania, a więc różnorodność (mimo iż ograniczoną), pluralizm oraz gdzie brak zainteresowania polityką, anomię, obumieranie tradycyjnych wartości (w tym politycznych) uznaje się za rzecz powszechną, a takim krajem jest dzisiaj Polska i wiele krajów zachodnich, bojkot nie daje spodziewanych rezultatów. I to właśnie wielu anarchistów przeoczyło. Co więcej, bojkot wyborów w powyższych realiach nie tylko jest nieskuteczny, uważam, że
BOJKOT WYBORÓW JEST PRZECIWSKUTECZNY.
Jest on o wiele gorszy, niż zwyczajna nieintencjonalna absencja wyborcza. Absencja wyborcza spowodowana brakiem zainteresowania wyborami odciąga od urn ludzi najmniej interesujących się (lub przejmujących się) polityką. Tymczasem bojkot trafia na podatny grunt wśród ludzi interesujących się (aczkolwiek w swoisty sposób) polityką. Pierwsze eliminuje ludzi raczej niekompetentnych, drugie raczej kompetentnych. Często mówi się, że wybory, polityka to brudna sprawa, obszar realizacji ciemnych interesów, itp. - generalnie, coś raczej złego. Ale czy po oddaniu pola przez tych lepszych polityka staje się jakimś magicznym sposobem lepsza? Jeśli najlepsi (najbardziej kompetentni) odwrócą się od wyborów i w ogóle polityki plecami, to rezultat będzie gorszy, a nie lepszy. Tylko zwolennicy zasady, że im gorzej, tym lepiej, hegliści czy marksiści (a także wśród anarchistów np. zwolennicy Bakunina) mogą uważać inaczej.
Często odwrócenie się od polityki jest konsekwencją kierowania się zasadami tzw. etyki zasad (imponderabilii, intencji), a nie tzw. etyki odpowiedzialności (skutków, konsekwencji). W przypadku anarchistów oznacza to absolutyzację ocen wraz z ich redukcją do dwu: 0 i 1, dobre i złe. Zapomina się o czymś takim, jak lepsze, gorsze. Dla tego stanowiska jest wszystko jedno, czy będzie trochę lepiej, czy trochę gorzej, liczy się tylko „wszystko albo nic”. Jednak większość ludzi w większości swych działań kieruje się etyką odpowiedzialności, choćby nawet nieświadomie. Nie rokuje to dobrze pryncypialnej postawie anarchistów.
Na niekorzyść anarchizmu tradycyjnego działa również fakt, iż ludzie nie chodzą na wybory głównie nie z powodu niechęci do polityki, ale z powodu braku zainteresowania polityką, a to nie to samo. Wypływa ono z tego samego powodu, co brak zainteresowania życiem społecznym, aktywnością społeczną, która jest ważnym elementem wyznania wiary wielu anarchistów. Ich brak jest spowodowany przez
RACJONALNOŚĆ ABSENCJI I IGNORANCJI.
Klasycznego przedstawienia matematyki głosowania i ignorancji politycznej dokonał prof. Gordon Tullock w swej pracy Toward a Mathematics of Politics (Ann Arbor, Michigan, University of Michigan Press, 1972). W interesującej nas tematyce punktem wyjścia jest szeroko znana obserwacja, iż problemy publiczne (polityczne i społeczne) są zwykle ważniejsze niż problemy prywatne. Ale decyzja pojedynczego człowieka w sprawie prywatnej jest na ogół dla niego ważniejsza niż jakakolwiek jego decyzja w sprawie publicznej. Dzieje się tak dlatego, że większość ludzi nie znajduje się w sytuacji, w której ich decyzja w sprawach publicznych mogłaby znacząco zaważyć. Stąd wbrew rozpaczy krytyków racjonalne jest, że „przeciętny zjadacz chleba” poświęcił dużo więcej wysiłku rozważaniom na temat kupna samochodu, wyjazdu na wakacje czy nawet kupna spodni, niż na temat wyboru prezydenta. Jeśli jednak zastanowimy się, jaką korzyść uzyskuje pojedyncza osoba głosując (czy bojkotując - wszystko jedno) odpowiedź stanie się bardziej oczywista. Zdaniem Tullocka oczekiwaną korzyść można wyrazić jako różnicę między iloczynem zakładanej korzyści (przychodu), prawdopodobieństwa, że głos zaważy i szacunku nieomylności a kosztem głosowania. W postaci zapisu symbolicznego wygląda to o wiele prościej:
P = B×D×A - C(v), gdzie: P - wypłata, otrzymywana korzyść, B - oczekiwana korzyść z wyboru twego kandydata (różnica między kandydatem a przeciwnikiem), D - prawdopodobieństwo, że twój głos zaważy (że wynik będzie inny, jeśli nie pójdziesz), A - twój szacunek prawidłowości twej decyzji (tego, że miałeś rację) wyrażony w przedziale (-1 < A < +1), gdzie -1 oznacza, iż spodziewasz się, że twój osąd jest błędny, 0 - że masz rację w 50%, co drugi raz, +1 oznacza, że jesteś pewien swej bezbłędności, C(v) - koszt głosowania.
Sprawdźmy wynik dla następującego przypadku:
Załóżmy, że idąc głosować na naszego kandydata w II turze (np. Wałęsę) spodziewasz się korzyści (B) w wysokości 100 mln starych zł. (Jest to dość optymistyczne założenie, na ogół nie można spodziewać się aż tak wielkiej korzyści). Oceniasz, że dokonując wyboru, że to właśnie Wałęsa da ci 100 mln, a nie jego kontrkandydat, masz rację 3 razy na 4 (A = 0,5). Przy bardzo niskiej frekwencji (np. 10 mln, czyli trochę ponad 30%) prawdopodobieństwo, że twój głos zaważy jest jak jeden do miliona (D = 0,000001). Wreszcie koszt głosowania to przejazd autobusem tam i z powrotem - np. dwa razy 8 tys. zł (C(v) = 16 tys.). Podstawiając do wzoru otrzymujemy:
(100000000×0,5×0,000001) - 16000 = -15950 starych zł. Wynika z tego, że zwyczajny człowiek, chcąc dostać 100 mln od Wałęsy nie musi się przejmować pójściem na wybory.
Jeżeli wzbogacimy ten wzór o koszt zdobywania informacji o kandydacie (C(i)) - np. koszt gazet, ale i strata czasu - to wynik będzie jeszcze mniej korzystny: P = B×D×A - C(v) - C(i).
Obrońca etosu urny wyborczej mógłby argumentować, iż taka cyniczna linia rozumowania doprowadzi do tego, że nikt nie będzie głosował. To nieprawda, zaś dla anarchisty byłaby to próżna nadzieja. Gdyby ludzie dokonywali tych obliczeń i nie głosowali, podniosłoby to wartość D, ponieważ im mniej głosujących, tym bardziej prawdopodobne, że dany wyborca wpłynie na wynik Strony równania mają tendencję do równoważenia się (w obecnej sytuacji wymaga to nadal odpływu wyborców. W punkcie równowagi pozostaliby ludzie najbardziej zainteresowani polityką, gdyż B×A (przy jednakim dla wszystkich D) stanowi przybliżoną dodatnią funkcję zainteresowań politycznych. Z przedstawionego wzoru wynika również, że zwykłym ludziom nie opłaca się powiększać wiedzy politycznej czy społecznej (co jest przykre nie tylko dla zwolenników demokracji przedstawicielskiej, ale również dla anarchistów liczących na wzrost świadomości społecznej). Oczywiście dla niektórych C(v) i C(i) mogą przybierać wartość ujemną (nie koszt, a zysk). Mogą oni odczuwać przyjemność z głosowania i interesowania się polityką. Mogą również występować różnorodne formy nacisku społecznego, które powodują, że dana jednostka zagłosuje (kiedy koszt głosowania stanowi względny zysk w porównaniu z przeciwstawieniem się naciskom). Ponadto istnieją różnego rodzaju lobby oraz intelektualiści, dla których głosowanie będzie racjonalne. Nie należy jednak przeceniać roli intelektualistów interesujących się polityką. Jeśli nawet duży zasób informacji był zbierany z myślą o potwierdzeniu ich stanowiska, a nie z myślą o jego zmianie, wtedy A nie przyjmuje dla nich wysokich wartości.
Stanisław Górka