Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 8-9/96


Stanisław Górka

"Otwock" A "Wiadomości Kulturalne"

W numerze 19 (z 12 maja 1996 r.) „Wiadomości Kulturalnych” - dość kiepskiego, o poziomie zbliżonym do brukowca, tygodnika wydawanego za pieniądze Ministerstwa Kultury - ukazał się na pierwszej stronie artykuł Danuty Zabłockiej pt. „Odraza” opisujący polskich anarchistów i ich odrazę do istniejącego świata, tak jak to autorka (podobno już dość leciwa) postrzega. Artykuł ten pełen jest przekręceń, nadinterpretacji i prostych błędów, których można było uniknąć, gdyby autorka bardziej się przyłożyła, albo przynajmniej uważniej słuchała i czytała. Historia polskiego ruchu anarchistycznego ma się przedstawiać z grubsza tak: w 1983 roku „w regionie „S” kilku notorycznych zadymiarzy nazwano anarchistami”, aby ich odizolować, a ci, o dziwo, zaakceptowali nazwę, nawet nie zadając sobie trudu, aby zapoznać się z tą ideologią; usytuowanie w podwójnej opozycji wobec władzy oraz „S” i Kościoła okazało się frapujące dla wielu młodych ludzi - powstały liczne grupy; później głównie mówiono „nie” wszystkiemu i wszystkim, także samym sobie; anarchiści są inspirowani przez trockistów, handlarzy narkotyków, a głównie przez swoje chore umysły - krótko mówiąc: odraza, mizantropia i amoralizm - poglądy infantylne, bałamutne, doktrynerskie i prostackie. I nie byłoby w tym artykule nic nadzwyczajnego, wszak to nie pierwszyzna, gdyby nie to, że sprowokował on odpowiedź.

W nr 25 (z 9 czerwca 1996) ukazał się artykuł „Wszystkie dzieci Bakunina” autorstwa Przemysława Wielgosza ze środowiska warszawsko-otwockiego. Równa on z błotem Danutę Zabłocką, zarzucając jej operowanie „podręcznikowymi stereotypami”, a także, iż w jej artykule „slogany mieszają się z ignoranckimi wyobrażeniami podlanymi suto niezrozumiałym dla autorki słownictwem”.

Wszystko pięknie, P. Wielgosz prostuje parę przekłamań, broni tego i owego, po czym popełnia całą masę błędów, daje do zrozumienia, że zjadł wszystkie rozumy, a inteligentni i oczytani ludzie to w tym kraju są tylko w Warszawie. Pomijając, na razie, tematykę stricte anarchistyczną, autor zaczyna: „jak wiadomo handlarze [narkotyków - S. G.] najlepiej mają się tam, gdzie zakazy są najsurowsze (np. w USA)”. Otóż stosując do tego własne słowa autora, wypowiedziane przy innej okazji, są to otwockie (i niestety nie tylko) „obiegowe sądy, środowiskowe mądrości podniesione do rangi prawd nie wymagających żadnych dowodów”. Nie jest prawdą, że handlarze narkotyków mają się najlepiej tam, gdzie zakazy są najsurowsze, ani nie jest prawdą, że najsurowsze zakazy są w USA. Jest kilka krajów na świecie, gdzie nawet za posiadanie marihuany można dostać karę śmierci (choćby alternatywiści nie wiem jak nienawidzili USA, są chyba w stanie zauważyć, że ten kraj do nich nie należy), dalsze kraje, gdzie grozi kara śmierci za opiaty (też nie USA) i trzeba naprawdę otwockiego geniuszu, aby twierdzić (zapewne wbrew obiegowym w środowisku młodych kontestatorów stereotypom), że tam właśnie i dlatego handlarze mają się najlepiej. Natomiast jest prawdą, że USA jest jednym z krajów, gdzie handlarzom narkotyków dobrze się powodzi. Ale jest tak dlatego, że istnieje tam duży rynek zbytu (duży popyt), a prohibicja co najwyżej zwiększa i tak duże zyski.

Ale przejdźmy wreszcie do wypowiadanych przez P. Wielgosza sądów nt. anarchizmu. Ruch anarchistyczny w Polsce jest, zdaniem autora, w stanie głębokiego kryzysu. Co jest kryterium tego kryzysu, czym się on objawia (jakie są jego desygnaty), tego się oczywiście nie dowiemy: tylko parę słów o bezradności anarchistów wobec nowej sytuacji, załamaniu się form typowych dla końca lat 80, o wielkim materii pomieszaniu. Można przypuszczać, że wspomina się o kryzysie tylko po to, aby wygłosić modny w tym środowisku dialektyczny frazes, że kryzys „oznacza tyleż załamanie pewnego porządku, co wyłanianie się sytuacji jakościowo nowej”. Jeśli kryterium kryzysu środowiska miałby być stopień jego bezradności wobec sytuacji, to nie widzę tu specjalnej różnicy między sytuacją obecną a dowolnie starą. Przez większość swej historii ruch był z grubsza równie bezradny wobec sytuacji, a nieliczne sytuacje, kiedy był nieznacznie mniej bezradny uchodzą w ruchu za przykłady wielkich sukcesów.

Momentami autor komplementuje ruch (nie czyniąc różnicy między tymi, których lubi, a tymi, których nie lubi), co jest skądinąd miłe, ale jeśli przystaniemy na to, że można robić takie rzeczy kosztem wygłaszania o rzeczywistości zdań fałszywych, to dlaczego nie przyznać racji tym, którzy mówili, że cały naród kocha i popiera I sekretarza, czy też tym, którzy w dobrej intencji mówią, że nie ma niezadowolonych itp.? P. Wielgosz poświadcza nieprawdę pisząc, że Mat' Pariadka wychodzi w nakładzie 4 tys. egzemplarzy oraz że Federację Anarchistyczną „tworzy niespełna tysiąc niezmordowanych aktywistów”. Niestety nie jest nawet w przybliżeniu tak dobrze.

P. Wielgosz nie tylko nie zna danych liczbowych nt. polskiego anarchizmu, on nawet nie zadał sobie trudu, aby zapoznać się z treściami publikowanymi w Mat' Pariadce, ani w żaden inny sposób nie zniwelował swej niewiedzy. W Mat' Pariadce„licznie publikowane (…) teksty amerykańskich libertarian (prawe skrzydło republikanów, w Polsce Stan Tymiński)” oraz „pochwały amerykańskich milicji odpowiedzialnych za zamach w Oklahoma City. Jeśli jest się takim superintelektualistą, jak P. Wielgosz, zarzucający innym „intelektualną płyciznę”, to nie wchodzi w grę ani pomyłka, ani niewiedza. Pozostaje tylko zła wola, skłaniająca go do oczerniania przeciwników, w celu publicznej dyskredytacji. Można by chyba w nieskończoność (a nie tylko parę razy) pisać, że milicje amerykańskie nie są rasistowskie (popierając to przykładami), że Stan Tymiński nie był libertarianinem i że dość szybko się w tym środowisku na nim poznano, że większość amerykańskich libertarian nie ma nic wspólnego ani z republikanami, ani z demokratami, a i tak ludzie pokroju P. Wielgosza nie bacząc na fakty (wiadomo ze starej heglowskiej, protomarksowskiej mądrości, że to tym gorzej dla faktów) będą wypisywali wygodne dla siebie bzdury. Autor osądził także (ubiegając sąd), że zamachu w Oklahoma City dokonały amerykańskie milicje, zupełnie nie przejmując się tym, co na ten temat pisano w Mat' Pariadce.

Zdaniem P. Wielgosza „starzy, wydający Mat' Pariadkę weterani lat 80 nigdy nie mieli ani czasu, ani chęci na poważne rozważania teoretyczne. Kontrkulturowa ideologia wrogości wobec książek zainfekowała anarchistów do tego stopnia, że stali się podatni na manipulację”. Ma się to przejawiać porzuceniem robotniczych tradycji, a w przypadku An Arché „głosowaniem w referendum prywatyzacyjnym zgodnie z zaleceniami Jana Olszewskiego”. To, że namawialiśmy do głosowania 4×TAK, 1×NIE na długo przed Olszewskim, to dla P. Wielgosza nie ma znaczenia, na podstawie takiej koincydencji sugeruje on, że zależność była odwrotna. Jeśli to nie jest przyprawianie gęby, to co to jest? Sprowadzanie zaś anarchizmu wyłącznie do robotniczych tradycji jest niczym nie uzasadnionym redukcjonizmem, pomijając już fakt, że kto jak kto, ale anarchiści nie muszą czuć się zobligowani żadną tradycją (a zwłaszcza dyskusyjną).

Następnie P. Wielgosz wygłasza tezę, że „przesunięcie na prawo” części anarchistów jest skutkiem wzrostu wpływów trockistów, zupełnie ignorując fakt, że owo „przesunięcie” miało miejsce parę lat wcześniej. Anachronizm - ale przecież anachronizm nie dyskwalifikuje postmodernisty, dekonstruktywisty, nietzscheanisty i marksisty w jednej osobie. Jeśli ktoś zacznie fascynować się takimi bzdurami, łatwo zaczną mu się pojawiać przed oczami różne wytrychy otwierające bramy zrozumienia historii i rzeczywistości społecznej, zamiast śledzić fakty i opierać się na nich zacznie szukać czegoś między wierszami (czyli tam, gdzie z założenia niczego nie ma), ot i mamy totalną degrengoladę strukturalizmu, tłumaczącego procesy 4 lata starsze procesami świeższej daty. Gdyby P. Wielgosz poprzestał na nazywaniu tworzonej przez siebie literatury pięknej poezją, powieścią fantastyczną, prozą eksperymentalną itp., to jako do poety czy innego literata nie można by mieć do niego żalu o wypisywane treści. Tymczasem pretendując do opisu i tłumaczenia empirycznej rzeczywistości, po prostu zwodzi i oszukuje czytelników tworząc dla nich czysto wirtualne (potencjalne, pozorne) rzeczywistości będące omamami i mirażami.

Na koniec jeszcze P. Wielgosz popisuje się znajomością filozofii. Jego zdaniem brytyjscy filozofowie analityczni od lat inspirują się Marksem. Co jak co, ale to wygląda mi na totalną bzdurę. Póki P. Wielgosz nie poda przykładów, nie uwierzę, że jest to znaczące zjawisko na gruncie filozofii analitycznej. Chyba że ma on na myśli tzw. „marksizm analityczny” la Gerry A. Cohen i K. Graham, ale z klasyczną filozofią analityczną ma to nie więcej wspólnego niż semiologia (U. Eco) z semiotyką (filozofii analitycznej). Filozofia analityczna niezależnie od wewnętrznego zróżnicowania była na ogół prezentowana jako radykalnie przeciwna takiemu filozofowaniu, jakie prezentują chociażby bliscy P. Wielgoszowi: Marks, Bakunin, dadaiści czy surrealiści, Lukacs, Fourier, Nietzsche, sytuacjoniści, Derrida czy Foucault. Tymczasem nasz podwarszawski superintelektualista, tak niespodziewanie wyrastający ponad intelektualną płyciznę otoczenia, dokonuje przełomu w interpretacji dorobku filozoficznego cywilizacji zachodniej. Ani chybi, już wkrótce zdetronizuje on R. Rorty'ego w ilości cytowań i wzmiankowań (który to R. Rorty, choć staje po stronie filozofii dialektycznej, a więc Derridy i Foucaulta, wyznaje ciągle starą i skostniałą, i zapewne skazaną na zapomnienie lub intelektualne szyderstwa studentów, opinię przeciwstawiającą ten nurt filozofii analitycznej). Jeśliby tak miało się stać, jestem gotowy również dobrowolnie skazać się na intelektualną porażkę, bowiem wyznaję w tym względzie zupełnie niepostmodernistyczne opinie. Filozofia analityczna, zwana też analizą lingwistyczną, nawiązuje do metod i dorobku G. E. Moore'a, L. W. Wittgensteina, G. Ryle'a, B. Russella, działających wcześniej logików niemieckich czy przedstawicieli pozytywizmu logicznego. Istotną cechą stylu tej filozofii jest przywiązywanie szczególnej wagi do precyzacji metajęzykowych i uściśleń terminologicznych zmierzających do zwiększenia jasności (elucidation) kontrowersyjnych problemów filozofii. Pojawia się tu nieusuwalna sprzeczność z dążeniami Foucaulta (rozpraszanie) czy Derridy (dekonstrukcja), podobnie nieusuwalna jak w stosunku do Marksa, szkoły frankfurckiej czy Nietzschego. Filozofia analityczna zaczęła od zbioru zdań nauk przyrodniczych oraz zbioru prostych sprawdzalnych wypowiedzi odnoszących się do codziennej egzystencji, później doszły inne obszary zainteresowań, wśród nich i takie, jak język filozofii Boga czy języki poszczególnych systemów filozoficznych. W tym sensie filozofia analityczna może (a sądzę nawet, że jedynie ona może skutecznie) badać język (języki) poszczególnych prac Marksa - jednak w żadnym wypadku nie da się mówić o inspiracji. Analizować język jakiegoś systemu może każdy, jednak nazywanie tego technicznym terminem filozofii analitycznej zarezerwowanym na gruncie filozofii dla konkretnego kierunku jest już poważnym nadużyciem.

mac_pariadka/otwock_a_wiadomosci_kulturalne.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)