Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 12/95
Jacek Sierpiński
Parę uwag na temat paru uwag
W poprzednim nrze "Maci" ukazał się tekst „Parę uwag na marginesie anarchizmu polskiego” autorstwa Dariusza Zalegi (dla niewtajemniczonych - marksisty, jednego z liderów Ruchu Radykalno-Postępowego). Zdaniem autora w Polsce nastąpiło „ukształtowanie się specyficznego modelu polskiego anarchizmu. Anarchizmu, w którym mieszczą się ludzie popierający pucz Pinocheta, amerykańskie milicje, zamach w Oklahomie. Tylko co oni mogą mieć wspólnego z anarchizmem?” - pyta retorycznie D. Zalega. Stwierdzenie to mówi właściwie samo za siebie. Dowodzi, jak bardzo jego autor nie rozumie nie tylko tego, o co chodzi w anarchizmie, ale i tekstów, które czyta.
Nie wiem, na jakiej podstawie mógł zostać wyciągnięty wniosek, że wśród polskich anarchistów znajdują się ludzie popierający zamach w Oklahomie. Jeśli na podstawie tego, że w 39 nrze "Maci" został przedrukowany artykuł Vincenta H. Millera „Oklahoma: co naprawdę się stało?” (był to jedyny tekst, który poruszał ten temat), można jedynie podejrzewać, że inteligencja autora „Paru uwag…” oscyluje wokół zera. W tekście tym nie było bowiem ani jednego słowa popierającego ten zamach. Przeciwnie - była w nim zawarta sugestia, że zamach ów był prowokacją amerykańskich służb specjalnych.
Podobnie nie wiem, na jakiej podstawie D. Zalega uważa, że w polskim anarchizmie mieszczą się ludzie popierający pucz Pinocheta. Jeśli dlatego, że w tymże 39 nrze „Maci” była moja recenzja pisma „Fronda”, w której znalazła się m. in. wzmianka o tym, że redaktorów tego pisma „rajcuje gen. Pinochet i prowadzona przez niego po zdobyciu władzy polityka”, to również jest to co najmniej wyciąganie zbyt daleko idących wniosków. Napisałem, że polityka Pinocheta była dość liberalna gospodarczo i zaowocowała m. in. pozytywną reformą ubezpieczeń społecznych, bo takie są fakty (wynikłe najprawdopodobniej stąd, że junta nie miała pojęcia o gospodarce i nie interesowała się nią, oddając nadzór nad nią w ręce amerykańskich ekonomistów, którzy zaczęli stosować na powierzonym im polu zasadę, że najlepszy rząd to taki, co nie rządzi wcale) i napisałem również, że objęcie przez niego władzy kosztowało życie paru tysięcy osób. Moim komentarzem było - „pozostaje mieć nadzieję, że pozytywne reformy możliwe są również bez wojskowej dyktatury i zabijania”. Trudno wg mnie nazwać to popieraniem puczu Pinocheta. Z drugiej strony, wiem, że autor „Paru uwag…” wraz ze swymi towarzyszami z Ruchu Radykalno-Postępowego organizowali wiec pod hasłem „Ręce precz od Kuby”, co można chyba nazwać popieraniem puczu Fidela Castro. Wychodzi więc na to, że D. Zalega ma do polskich anarchistów pretensje o popieranie niewłaściwego dyktatora. Gdybym jednak musiał wybierać między rządami Fidela a Pinocheta, to, zważywszy obecną sytuację na Kubie i w Chile, wybrałbym chyba tego drugiego.
Natomiast co do amerykańskich milicji, to Dariusz Zalega prawidłowo ocenił, że w polskim anarchizmie mieszczą się ludzie, którzy je popierają. Dla mnie np. poparcie dla ludzi spontanicznie samoorganizujących się przeciw rządowi, który grabi, zabija i pragnie odebrać im jakąkolwiek możliwość obrony zabierając broń, jest oczywiste i dziwiłbym się, gdyby ktoś mieniący się anarchistą ich potępiał. Jednak D. Zalega najwidoczniej uważa, że prawdziwy anarchista powinien stanąć po stronie FBI, BATF, IRS i rządu amerykańskiego, popierając ludobójstwo popełnione na sekcie Koresha w Waco, panoszenie się służb specjalnych i biurokratów oraz pomysł skonfiskowania ludziom broni i federalne ustawy antyterrorystyczne (zapewne na wzór „ideowych anarchistów”, którzy po puczu bolszewickim w Rosji w 1917 r. wstępowali w szeregi RKP(b) i Czeki). Świadczy to jednak tylko o całkowitym niezrozumieniu przez niego tego, czym jest anarchizm.
Autor „Paru uwag…” przyznaje, że nie zna dokładnie „wszystkich sporów z przeszłości i teraźniejszości współczesnego anarchizmu polskiego”. Okazuje się, że nie zna on w ogóle przeszłości i teraźniejszości anarchizmu jako takiego. Wedle niego zorganizowany ruch anarchistyczny w przeszłości był (a i obecnie wszędzie jest poza Polską) skierowany przeciwko „wolnemu rynkowi, będącemu zawsze przyczyną niesprawiedliwości społecznej” (to właśnie uważa on za istotę antykapitalizmu), zaś anarchoindywidualizm/anarchokapitalizm był zjawiskiem marginalnym aż do lat osiemdziesiątych, a wzrost jego popularności w tych latach związany jest z ofensywą neoliberalizmu.
Prawda jest taka, że ruch anarchistyczny w przeszłości, we wszystkich jego odmianach, wymierzony był nie przeciw wolnemu rynkowi, a przeciw państwu. To państwo uważał za przyczynę niesprawiedliwości społecznej. Owszem, ruch ten był w ogromnej większości antykapitalistyczny, tzn. skierowany przeciwko kapitalistom, których utożsamiał z klasą rządzącą. Jednak dla anarchistów przyczyną „niesprawiedliwości społecznej”, mechanizmem wyzysku i ucisku była sama władza państwowa (rodząca i utrwalająca niesprawiedliwy podział dóbr), a nie jak dla marksistów wolny rynek. Zdarzająca się współpraca między anarchistami i marksistami wynikała z tego, że mieli oni wspólnego wroga, a nie wspólny cel (podobnie jak - przykładowo - Piotr Ikonowicz i Jan Łopuszański przed 1989 r.). Najwcześniejsi anarchiści w ruchu robotniczym, proudhonowscy mutualiści (których D. Zalega pominął, wyliczając kierunki „ruchu anarchistycznego w przeszłości”) byli zdecydowanymi zwolennikami własności prywatnej i dobrowolnych umów (czyli wolnego rynku). Różnica między Proudhonem a np. dzisiejszymi „anarchokapitalistami” polegała jedynie na tym, że odmiennie od tych ostatnich Proudhon był zwolennikiem obiektywnej teorii wartości (jak właściwie wszyscy w jego czasach) i wysnuwał z niej wniosek, że mogą istnieć dobrowolne umowy, w których korzyść stron będzie „niejednakowa”. Uznawał to za niesprawiedliwe i dlatego domagał się, by zapanowała zasada wzajemności - uważał jednak, że nastąpi to w wyniku „rozpłynięcia się państwa w mechanizmie ekonomicznym”, czyli strukturze dobrowolnych umów i pozarządowych instytucji. (Nawiasem mówiąc, w swym dziele „O sprawiedliwości w rewolucji i Kościele” Proudhon krytykował „anarchizm” ówczesnych liberalnych ekonomistów - z których niektórzy, jak de Molinari, byli de facto anarchoindywidualistami - przypisując im (błędnie) koncepcję, że każdy powinien mieć swobodę czynienia, co mu się podoba). W miarę upowszechniania się koncepcji marksistowskich (teoria Marksa miała tę zaletę, że była usystematyzowana i wszystkowyjaśniająca, choć wyjaśniała źle) anarchiści zaczęli stopniowo przyjmować elementy marksizmu, nadal jednak źródło niesprawiedliwości upatrywali we władzy państwowej. Wyobrażano sobie, że w porewolucyjnym, anarchistycznym społeczeństwie bądź będzie funkcjonował właśnie całkowicie wolny (acz oparty raczej na ogólniejszych porozumieniach co do wytwarzania i podziału dóbr, niż na indywidualnych transakcjach handlowych) rynek (jak w koncepcjach Federacji Jurajskiej, gdzie federacje lokalnych producentów miały utworzyć Banki Wymiany posługujące się własnym pieniądzem, coś w rodzaju dzisiejszych LETS-ów) 1), bądź też - w wersji anarchokomunistycznej - że jakikolwiek rynek przestanie być potrzebny, bo ludzie dobrowolnie przyjmą wspólnotę dóbr i rozdział wg potrzeb. Podkreślam tu słowo „dobrowolnie” - różnica między anarchokolektywistyczną czy anarchokomunistyczną a marksistowsko-leninowską wizją społeczeństwa jest taka, jak między właśnie LETS-em czy kibucem a obozem koncentracyjnym. Większe przemieszanie marksizmu i anarchizmu nastąpiło dopiero w XX wieku (choć np. anarchosyndykalizm był krytykowany przez marksistów jako odmiana liberalizmu, tj. gospodarki rynkowej; z drugiej strony gorący zwolennik wolnego rynku, ojciec ekonomii neoklasycznej, Ludwig von Mises, traktował syndykalizm - jako system organizacji społecznej, nie jako strajkową metodę walki o socjalizm - pobłażliwie, wytykając mu jedynie niezrozumienie roli przedsiębiorców i managementu w gospodarce, podczas gdy socjalizm/komunizm został przez niego uznany za sprzeczny z zasadami ekonomii i de facto niezdolny do funkcjonowania), ale wg mnie nie jest to powód do chluby.
Co do anarchoindywidualizmu, nurt ten dominował w rodzimym anarchizmie amerykańskim i jest nieprzerwanie obecny w Ameryce do dzisiaj. Pod koniec lat sześćdziesiątych, wraz z wybuchem w USA buntów studenckich, murzyńskich i protestów przeciwko wojnie w Wietnamie rozwinął się tam w postaci zorganizowanego ruchu dzisiejszy „anarchokapitalizm” (radykalny libertarianizm). Nie jest prawdą, że zyskał on na popularności dopiero w latach osiemdziesiątych w związku z „ofensywą neoliberalizmu”. Aczkolwiek radykalny libertarianizm ma w warstwie teoretycznej sporo elementów wspólnych z neoliberalizmem (bo odwołuje się do tych samych neoklasycznych koncepcji ekonomicznych), to jednak w praktyce jego zwolennicy popierali i popierają całkiem inne rozwiązania. Faktycznie, podobnie jak anarchoindywidualizm XIX-wieczny, jest to ruch „antykapitalistyczny” (wymierzony przeciwko klasie bogatych kapitalistów, którzy bogacą się bynajmniej nie na wolnym rynku, ale przy pomocy mechanizmów państwa i którzy wraz z politykami uważani są za klasę rządzącą). Aby nie być gołosłownym: oto, co ojcowie-założyciele radykalnego libertarianizmu, Murray Rothbard i Karl Hess, pisali w 1969 r., w czasie zamieszek w Berkeley:
„Libertarianizm jest największym i być może jedynym naprawdę radykalnym ruchem w Ameryce.(…) Nie jest pod żadnym względem reformistyczny. Jest pod każdym względem rewolucyjny.(…) Prawda jest taka, że libertarianizm popiera zasady własności, ale w żaden sposób nie chce bronić każdej własności nazywanej obecnie prywatną.(…) Jest on daleki od podzielania wspólnej płaszczyzny z tymi, co chcą stworzyć społeczeństwo, w którym superkapitaliści mieliby swobodę gromadzenia ogromnych majątków i mówią, że to właśnie jest ostatecznym, najważniejszym celem wolności.(…) Libertarianizm jest ruchem ludowym i wyzwoleńczym. Dąży do otwartej, nieprzymusowej społeczności, w której ludzie, żywi, wolni, oddzielni ludzie mogliby dobrowolnie się stowarzyszać, opuszczać stowarzyszenia i uczestniczyć w decyzjach dotyczących ich życia, jeśliby uważali to za stosowne. Oznacza to prawdziwie wolny rynek we wszystkim, od idei do idiosynkrazji. Oznacza to, że ludziom wolno zbiorowo lub indywidualnie organizować zasoby ich bezpośredniej wspólnoty; oznacza to swobodę posiadania tam, gdzie się tego chce sądownictwa opartego na wspólnocie, tam, gdzie nie chce się żadnego - nieposiadania żadnego, a tam, gdzie jest to bardziej pożądane - posiadania prywatnego arbitrażu. To samo z policją. To samo ze szkołami, szpitalami, fabrykami, gospodarstwami rolnymi, laboratoriami, parkami i emeryturami. Wolność oznacza twoje prawo do kształtowania twych własnych instytucji.(…)”
”(…) Jakikolwiek majątek w rękach państwa jest w rękach złodziei i powinien być jak najszybciej wyzwolony. Jakakolwiek osoba czy grupa, która wyzwala taki majątek, która konfiskuje go lub przywłaszcza sobie go od państwa, dokonuje prawego czynu i wybitnie służy sprawie wolności.(…) Weźmy na przykład państwowe uniwersytety. Jest to majątek wybudowany z funduszy ukradzionych podatnikom. Skoro państwo nie znalazło sposobu zwrócenia go płacącemu podatki ogółowi, prawowitymi właścicielami uniwersytetu są ci, co go „zagospodarowali” („homesteaders”), ci, którzy już go użytkowali i tym samym „zmieszali” z nim swą pracę.(…) Oznacza to, że prawo do tych uniwersytetów mają studenci i/lub ich pracownicy. Z tych dwóch grup ważniejsze roszczenie mają studenci, bo płacili na nie przynajmniej pewne sumy, podczas gdy jego pracownicy są moralnie splamieni utrzymywaniem się z państwowych funduszy i tym samym byciem w pewnej mierze częścią państwowego aparatu.(…)
A co z niezliczonymi korporacjami będącymi integralną częścią kompleksu wojskowo-przemysłowego, które nie tylko otrzymują połowę lub czasami faktycznie całość swego dochodu od rządu, ale także uczestniczą w masowym morderstwie? Jakie są ich listy uwierzytelniające je jako „prywatną” własność? Oczywiście żadne. Jako gorliwi lobbyści na rzecz kontraktów i dotacji, jako współzałożyciele państwa garnizonowego, zasługują one na jak najszybszą konfiskatę i zwrócenie ich majątku rzeczywiście prywatnemu sektorowi. Mówić, że powinno się respektować ich „prywatną” własność, to tak, jakby mówić, że powinno się respektować własność ukradzioną przez złodzieja koni i mordercę.(…) Co więcej, nawet jeśli rząd zdecydowałby się znacjonalizować General Dynamics - bez odszkodowania - bynajmniej nie jako preludium do redystrybucji między podatników, nie byłoby to czymś niemoralnym i czymś, co miałoby się zwalczać. Oznaczałoby to bowiem jedynie, że jeden gang złodziei - rząd - skonfiskowałby majątek innemu gangowi, z którym wcześniej współpracował, korporacji, która utrzymywała się z rządu.(…) My, wolnościowcy, nie sprzeciwiamy się samemu w sobie rządowi, ale przestępstwu, niesprawiedliwym lub przestępczym tytułom własności; jesteśmy nie za „prywatną” własnością samą w sobie, ale za sprawiedliwą, nieobciążoną winą, nie-przestępczą prywatną własnością” 2).
Antykapitalizm radykalnych wolnościowców jest podobnego rodzaju, co antykapitalizm Proudhona, Bakunina czy Tuckera. W przeciwieństwie do wielu odmian tzw. neoanarchizmu nie jest skażony marksistowską doktryną wolnego rynku jako mechanizmu wyzysku i alienacji. Termin „anarchokapitalizm” wziął się zaś stąd, że doktryna owa tak zdominowała w XX wieku potoczne myślenie, że słowo „kapitalizm” zaczęło być powszechnie rozumiane jako synonim wolnego rynku. „Anarchokapitaliści” to zwolennicy wolnego rynku, a nie realnie istniejących kapitalistów (choć jeśli ci nie robią interesów z rządem i nie wykorzystują do bogacenia się mechanizmów politycznych, nie są traktowani jako wrogowie). Zaś co do ich związków z neoliberalizmem - polityką prowadzoną m. in. przez Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA, oddajmy raz jeszcze głos M. Rothbardowi:
„Triumf Reagana był częściowo wynikiem ludowego ruchu przeciwko Wielkiemu Rządowi, zmieszanego jednak z różnorakimi impulsami na rzecz teokracji moralnej i wojowniczej polityki zagranicznej. Administracja Reagana podtrzymywała retorykę swych wolnorynkowych i innych konserwatywnych zwolenników, zdradzając ich w czynach. Mówiła o masowych cięciach budżetowych i podatkowych, a przyniosła nam największy budżet, deficyt i podwyżkę podatków w historii Ameryki. Nędzne bankructwo Reaganomiki, w tym takie jej skutki jak stagnacja gospodarcza, chroniczna depresja i okresowo przyspieszająca inflacja jest niebezpieczne, ale i daje szansę. Szansę, jeśli wolnościowcy będą mogli przekonać ogół o zdradzie Reagana i że to wolnościowcy są jedynymi, którzy mogą szczerze prowadzić ruch przeciwko Wielkiemu Rządowi. Niebezpieczne, jeśli ogół zostanie przeświadczony, że wolnorynkowych i wolnościowych idei już próbowano i że poniosły one klęskę. W obu przypadkach głównym politycznym zadaniem wolnościowców jest odcięcie się, jak najostrzejsze i najzjadliwsze, od Reaganizmu, Reaganomiki i administracji Reagana. Inaczej libertarianizm zostanie zdyskredytowany wraz z Reaganem” 3).
Według D. Zalegi „obsesyjny antykomunizm” polskich anarchistów jest wynikiem braku refleksji „nad tym, co PRL miał wspólnego z jakimkolwiek komunizmem”. Spieszę donieść, że ja np. doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że PRL na szczęście nie był stuprocentowym komunizmem. Opozycję na ogół jedynie wsadzano do więzień lub internowano, a nie zabijano masowo jak w państwie Lenina i Trockiego, na wsi nie krążyły „prodotriady” konfiskujące zbiory, no i wiele rzeczy się mimo wszystko kupowało, a nie dostawało z wyłącznej łaski władz. Gdyby PRL był stuprocentowym komunizmem, to większość redakcji i współpracowników "Maci" wąchałaby zapewne dziś kwiatki od spodu, a nie zajmowała się polemizowaniem z bolszewikami.
Najzabawniejsze jest zarzucenie przez Dariusza Zalegę polskim anarchistom „doktrynerskiej „antypaństwowości”” (słowo „antypaństwowość” bierze on tu w cudzysłów, chcąc pewnie zaznaczyć, że prawdziwie antypaństwowy to jest on i jego towarzysze marksiści, optujący za upaństwowieniem wszystkiego, co tylko się da, popierający podwyższanie podatków i ściśle związani ze skrajnie prorządową (a obecnie i proprezydencką) partią, jaką jest PPS Ikonowicza). Powtarzając brednie o „bezpłatności” państwowego szkolnictwa (ciekawe, z czyich pieniędzy jego zdaniem remontuje się i wyposaża szkoły oraz płaci nauczycielom i oświatowym biurokratom) oskarża ich o chęć jego likwidacji oraz dążenie do prywatyzacji państwowego przemysłu (nie wnikając już w to, że ta prywatyzacja - uwłaszczenie (się) załóg lub uwłaszczenie (się) powszechne - miałaby niewiele wspólnego z prywatyzacją ministrów Lewandowskiego i Kaczmarka), czyli jednym słowem o to, że nie są, jak zapewne przystoi „prawdziwym” anarchistom, zwolennikami marksistowskiego etatyzmu. Ten nieprzyjemny z jego punktu widzenia fakt tłumaczy m. in. dominacją wśród współczesnych anarchistów „kontestującej młodzieży inteligenckiej”. Zaiste celne wytłumaczenie, zważywszy, że do takiej młodzieży zalicza się, jako student politologii Uniwersytetu Śląskiego, sam D. Zalega oraz większość jego towarzyszy-liderów RR-P, natomiast większość polskich aktywistów ruchu anarchistycznego, w tym współpracowników „Maci” pracuje, czy to na swoim, czy to na cudzym prywatnym, czy to na państwowym…