Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 3/96


Jacek Sierpiński

Stracona szansa

Referendum prywatyzacyjne zakończyło się klapą. Do urn poszło zaledwie 32,4% uprawnionych do głosowania. Co prawda ogromna większość tych, co głosowali potwierdziła, że chce powszechnego uwłaszczenia, rekompensat z prywatyzowanego majątku państwowego dla emerytów, rencistów i budżetówki, funduszy emerytalnych zasilonych udziałami w tym majątku i bonów prywatyzacyjnych, zaś nie chce powszechnej biurokratyzacji i uwłaszczenia wąskich elit metodą Narodowych Funduszy Inwestycyjnych - ale rząd nie musi się wcale do ich woli zastosować i nie sądzę, by to zrobił, mimo ogólnikowych zapewnień.

Porównując frekwencję w referendum z frekwencją w ostatnich wyborach prezydenckich (ponad 60% w pierwszej turze, ok. 70% w drugiej) można wyciągnąć przykry wniosek, że duża część społeczeństwa woli polegać raczej na przedwyborczych obietnicach polityków, aniżeli na bezpośrednim prawnym zobowiązaniu ich do oddania choćby części spraw w ręce obywateli. Bardzo możliwe, że nie jest w ogóle zainteresowana braniem jakichkolwiek spraw w swoje ręce i woli, by decydowali o nich ci na górze. Można zaryzykować stwierdzenie, że z grubsza pokrywa się ona z elektoratem, który wybrał obecnego prezydenta.

Co prawda niechęć zwolenników Kwaśniewskiego do wzięcia udziału w referendum można próbować wytłumaczyć tym, że nawoływały do tego głównie nielubiane przez nich środowiska „centroprawicy”, jak „Solidarność”, Obóz Patriotyczny czy ROP, sprawiające przy tym często wrażenie, że bardziej chodzi im o zyskanie przy okazji referendum popularności, niż o jego faktyczny sukces. Jednak takie motywy niepójścia na głosowanie mogą świadczyć tylko o ich głupocie, jako że w głosowaniu tym nie dawano żadnych stołków tym czy innym politykom, a wręcz przeciwnie - decydowano, czy zabrać spod ich kontroli co najmniej dużą część państwowego majątku.

Zatrzymując się na chwilę przy tym, co na temat referendum wygadywali różni politycy, nie sposób pominąć pana Michalkiewicza z UPR, który - pozując na wielkiego zwolennika prywatyzacji - wyraźnie zniechęcał w telewizji widzów do głosowania, przedstawiając dwa całkowicie bzdurne argumenty: że rząd może przeznaczony na uwłaszczenie majątek obciążyć swoim zadłużeniem i że uwłaszczenie grozi powstaniem wielkiej liczby przedsiębiorstw z kilkoma milionami udziałowców, a więc praktycznie niczyich. (Co do pierwszego, to dług ciąży na budżecie państwa, a nie na przedsiębiorstwach, gruntach i innym majątku państwowym; nie jest do dług hipoteczny i gdyby rząd próbował zrobić coś takiego, byłoby to wywrócenie do góry nogami porządku prawnego w Polsce, a na to póki co rząd nie może sobie pozwolić. Co do drugiego, to przy metodzie uwłaszczenia rozważanej przez pana Michalkiewicza - 1 bon na 1 obywatela - i, powiedzmy, 2000 przedsiębiorstwach (w rzeczywistości byłoby ich więcej, nie licząc innych elementów państwowego majątku) do uwłaszczenia, średnia liczba udziałowców w jednym przedsiębiorstwie wyniosłaby tylko ok. 20 000 - 2000 razy mniej, niż faktycznie jest to obecnie; ponadto proces przekształceń własnościowych nie zakończyłby się przecież w chwili przeprowadzenia uwłaszczenia: jeśli komuś nie odpowiadałoby posiadanie 1/20000 udziałów w jakiejś firmie, mógłby spokojnie swój udział sprzedać (inkasując pieniądze do swojej, a nie rządowej kieszeni), tak, że w rezultacie udziały koncentrowałyby się w rękach większych udziałowców (inwestujących po cenach rynkowych, a nie zaniżanych bądź zawyżanych przez rząd). A jeśli tak by się nie działo, to odgórne wymuszanie tego stanu rzeczy nie ma nic wspólnego z chwalonym przez pana Michalkiewicza wolnym rynkiem). Widać było jak na dłoni polityczne gierki: UPR, z zasady antyzwiązkowa, a więc i antysolidarnościowa, nie mogła poprzeć propozycji wysuniętej i popieranej przez „Solidarność”, choćby jej zrealizowanie miało wyrwać znaczącą część gospodarki z rąk rządu. Korwin-Mikke i jego koledzy jeszcze raz dowiedli, że są (umiarkowanie) wolnościowi i radykalni w gębie, ale jak przychodzi co do czego, są przeciwni jakimkolwiek zmianom.

Wiele osób nie poszło na referendum podobno dlatego, że nie rozumiało, o co w nim chodzi. Jeśli jest to prawda, to znaczy, że mamy w społeczeństwie zatrważającą ilość ludzi, którzy są albo tak skrajnie głupi, że nie potrafią zrozumieć nawet tego, co wkłada się im łopatą do głowy, albo tak skrajnie bierni, że nie chce im się nawet obejrzeć wyjaśniających programów w telewizji lub przeczytać informacji w gazetach (nie mówiąc już o aktywnym dowiadywaniu się). W obu przypadkach nie nastraja to optymistycznie.

Myślę, że rząd wyciągnie z referendum właściwe wnioski: że większość społeczeństwa (w tym jego stały elektorat) ma w dupie to, co zrobi on z zarządzanym przez siebie „narodowym” majątkiem. Sądzę, że w najbliższym czasie możemy spodziewać się powrotu ustawy komercjalizacyjnej lub czegoś podobnego.

mac_pariadka/stracona_szansa.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)