Tekst przedstawiony na Festiwalu Wolności - Katowice, 1-3 V 1997 r.
Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 5/97
„Nienawidzę Twoich poglądów, ale oddałbym życie za Twoje prawo do ich głoszenia”
(Voltaire)
Uwagi o totalitaryzmie, "antyfaszyzmie" i wolności
Moim poglądom raz po raz imputuje się mniej lub bardziej wyraźnie jakieś brzydkie faszystowskie koneksje, dlatego broniąc wolności słowa także dla faszystów mogę spotkać się z zarzutem, że po prostu „bronię swoich”. Zacząć więc muszę od niezbędnych wyjaśnień:
Zasady suwerenności ludu, demokracji przedstawicielskiej i praw człowieka są mi na tyle bliskie, że broniłbym ich wobec każdego zagrożenia. Gdyby przeciwnicy demokracji usiłowali zniszczyć ją siłą - walczyłbym przeciwko nim z bronią w ręku (a w każdym razie zaakceptowałbym użycie wobec nich przemocy). Gdyby wrogowie wolności zdobyli władzę legalnie, za zgodą większości społeczeństwa - wyemigrowałbym.
Nie czynię tu rozróżnienia między totalitaryzmem prawicowym i lewicowym. Uważam, że obie te doktryny wyrastają ze szlachetnych XIX-wiecznych ideologii (socjalizmu i patriotyzmu/nacjonalizmu), zwyrodniałych w totalitaryzm na gruncie społeczeństwa masowego. Pierwiastki totalitarne w obu doktrynach zdecydowanie potępiam, ale - wbrew liberałom - nie uważam, by należało odrzucić leżące u ich podstawy idee Sprawiedliwości i Tożsamości. Poznałem przy tym dość dobrze środowisko prawicowych i lewicowych ekstremistów, więc mogę z całą świadomością powiedzieć, że są one bardzo podobne: choćby w tym, że zarówno jedni, jak i drudzy wiele mówią o Wolności rozumiejąc przez to wolność dla siebie; marzą zaś równocześnie o eksterminacji myślących inaczej.
II.
Z czym walczą „antyfaszyści”? Oczywiście z „faszyzmem”. Ale czym jest faszyzm nie wiadomo - u „antyfaszystów” nie sposób uświadczyć jasnej definicji tego pojęcia. Faszyzm jest epitetem, którym można obdarzyć każdego przeciwnika. By zaklasyfikować kogoś jako „faszystę” wystarczy podobieństwo jakiegoś drugorzędnego szczegółu. Co więcej, można to ciągnąć w nieskończoność: jeśli nacjonalista Le Pen ma jakieś cechy wspólne z Hitlerem, a konserwatysta Gingrich coś wspólnego z Le Penem, wystarcza to już, by Gingricha zakwalifikować jako faszystę, choć podobieństw między nim a Hitlerem nie ma zgoła żadnych.
Zauważmy jednak, że te porównania idą tylko w jednym kierunku. Nie wdając się w drobiazgowe roztrząsanie kwestii terminologicznych uproszczę problem stwierdzając, że faszyzm to prawicowy totalitaryzm. Tymczasem „antyfaszyści” atakują wyłącznie prawicowość faszyzmu, a nie jego totalitaryzm. Faszyzm okazuje się zły i zbrodniczy dlatego, że jest „prawicowy”, a nie z powodu swego totalitaryzmu! W ten sposób jako faszystę da się zaklasyfikować każdego prawicowca (bo przecież „tak jak faszyści” ceni takie wartości jak Ojczyzna, Rodzina, Praca), natomiast zapomnieć już można o lewicowym totalitaryzmie bolszewików. „Antyfaszyzm” okazuje się być po prostu poręcznym narzędziem lewicy, służącym - na zasadzie „Łapaj złodzieja!” - do przerzucania odium totalitaryzmu na całą prawicę, a zarazem pozwalającym uciec od własnej odpowiedzialności za zbrodnie XX-wiecznych dyktatur.
Typowym dla lewicowej erystyki jest właśnie wrzucanie do jednego kubła z faszyzmem wszystkich odmian prawicy: od autentycznych nazistów po konserwatywnych liberałów. Najpierw trzeba więc odebrać swobody faszystom („nie ma wolności dla [prawicowych] wrogów wolności”), potem niefaszystowskiej radykalnej prawicy („pobratymcy faszystów, torują im drogę”), wreszcie umiarkowanej prawicy i centrum („to kapitalizm rodzi faszyzm”). I wtedy już lewicowcy będą mogli zacząć się wyrzynać między sobą jak w porewolucyjnej Rosji!
Ideologię „antyfaszyzmu” można w gruncie rzeczy sprowadzić do twierdzeń „Prawdziwa tolerancja to brak tolerancji” i „Tolerować można tylko swoich”. Klasyczny przykład takiej pseudotolerancji dają np. niemieccy Zieloni: zaangażowani w obronę cudzoziemców, homoseksualistów i wszelakich innych mniejszości przed złym „słowem, myślą i uczynkiem” zarazem domagali się wycofania z Kodeksu Karnego paragrafu mówiącego o ochronie uczuć ludzi wierzących. Lewica traktuje tolerancję wybiórczo - to tylko kolejne narzędzie w walce o władzę.
Równocześnie zaś nic bardziej nie denerwuje lewicowców, jak zarzucanie im nietolerancji i antydemokratyzmu. Wynika to z faktu, że chcą oni być „demokratycznymi” socjalistami, ale zarazem pragną wyeliminować nieprzyjacioły swoje przy pomocy represji. Parafrazując angielskie przysłowie: chcieliby skonsumować „omlet” politycznej i kulturalnej hegemonii, ale tak, by nie rozbić przy tym „jajek” wolności, równości, tolerancji. Chęć uratowania demokratycznego image'u (ostatniego alibi lewicowców) gryzie się na lewicy z niemiłą czkawką po totalitarnych epizodach przeszłości i „wiecznie żywymi” zamordystycznymi ciągotami.
Dlatego społeczeństwo nie ma żadnych gwarancji, że lewica nie będzie już wykorzystywać antyfaszyzmu i szerzej - jakobińskiego rozumienia demokracji do zwalczania wszystkich swoich przeciwników (jak to drzewiej bywało). Argumenty o konieczności samoobrony demokracji brzmią jak żywcem wyjęte z PRL-owskiego Kodeksu Karnego (na który zresztą antyfaszyści raz po raz się powołują).
Lewicowcy głoszą, że „demokracja ma prawo traktować swoich wrogów tak, jak oni potraktowaliby swoich przeciwników gdyby zdobyli władzę”. Demokracja utożsamiana jest tu przez nich z lewicą. Gdyby jednak demokrację potraktować jako pewną nadrzędną wartość, która polega właśnie na tym, że nikogo się nie represjonuje za poglądy, to można by takie stwierdzenie wykorzystać właśnie przeciw lewicowcom. Otóż skoro wy, radykalni lewicowcy, zamierzacie represjonować swoich przeciwników po dojściu do władzy, do demokratyczne państwo ma prawo represjonować was. Demokracja wymaga obrony także przed nietolerancyjnymi lewicowcami.
Dla lewicy „antyfaszyzm” stał się niezwykle ważny także z powodu fiaska socjalistycznej utopii ekonomicznej. Dziś idea upaństwowionej i centralnie planowanej gospodarki nie jest w stanie nikogo pociągnąć, łatwiej zmobilizować masy pod sztandarami walki z faszyzmem. „Antyfaszyzm” pozwala więc ultralewicy wypłynąć na szerokie wody, zawrzeć taktyczny sojusz z centrolewicą i w ten sposób korzystać z dobrodziejstw opieki establishmentu.
III.
Byłoby jednak fałszem traktowanie „antyfaszyzmu” wyłącznie jako kolejnej maski bolszewizmu. W rzeczywistości antyfaszyzm jest sojuszem lewicy i liberalnego centrum skierowanym przeciw radykalnej prawicy.
Do ekstremizmu prawicowego i lewicowego przykładane są dwie różne miary: pierwszy z nich traktowany jest jako realne zagrożenie, drugi - jako nieszkodliwe (a czasem nawet sympatyczne) dziwactwo. Dlaczego szczerzy wyznawcy idei „społeczeństwa otwartego” nie domagają się jednakowego potraktowania (represjami, albo przynajmniej ostracyzmem) familiantów równie ludobójczych doktryn - komunistów i faszystów? Dlaczego centryści podjęli taką współpracę - czyżby nie pamiętali o losie liberalnych poputczyków rewolucji w krajach, w których komuniści zwyciężyli? Wydaje się jednak, że establishment może zawierać antyfaszystowskie przymierze z lewakami bez większego ryzyka - to w jego rękach są wszystkie atuty. Liberałowie wykorzystują lewicę jako pomocniczy oddział do walki z prawicą.
Tym niemniej warto bliżej się przyjrzeć ideologicznym uzasadnieniom wymyślanym dla usprawiedliwienia tego sojuszu.
Najczęściej powtarzany jest slogan, że „faszystowskie zagrożenie dla demokracji jest dużo bardziej realne niż komunistyczne”. Trochę to dziwne: nikt nie woła o możliwości bolszewizacji Francji, mimo iż elektoraty komunistów i nacjonalistów mają tam zbliżoną wielkość. W Polsce ROP nie jest bliższy nazizmu niż UP stalinizmu - a mimo to tylko pierwsza z tych partii jest uważana za zagrożenie dla demokracji. Typowy to zabieg: zawęża się pojęcie totalitaryzmu lewicowego, a zarazem rozszerza w nieskończoność definicję totalitaryzmu prawicowego.
Jest i drugi typ uzasadnień, wedle którego w przeciwieństwie do skrajnej lewicy ultraprawica ma być „jawnie zbrodnicza”. Rzadko przy tym porównuje się łatwe do wyliczenia zbrodnie obu totalitaryzmów, gdyż po ujawnieniu prawdy o komunizmie trudno już uważać tę doktrynę za mniej zbrodniczą od faszyzmu. Skoro jednak skutki okazały się identyczne, to próbuje się przynajmniej różnicować intencje.
Zgodnie z tym sposobem myślenia komunistów należy traktować inaczej, gdyż „oni chcieli dobrze”. Argument to zupełnie niepoważny: oba ugrupowania „chcą dobrze” - ale tylko dla swoich. Oczywiście różnią się sposobem definiowania tych swoich: faszyści czynią to w oparciu o kryteria etniczne, religijne i rasowe, komuniści zaś kierując się przynależnością klasową i światopoglądem. Zauważmy, że z uniwersalistycznie na pozór rozumianej ludzkości, o zbawienie której rzekomo walczą komuniści, wyłączone są klasy „eksploatatorskie” i warstwy „reakcyjne”!
Stefan Zgliczyński napisał w periodyku PPS „Lewą Nogą”: „konsekwencją pewnego toku rozumowania [ma na myśli nacjonalizm - J. T.] jest i zawsze będzie Auschwitz lub Bośnia”. Tymczasem jego stwierdzenie można odwrócić: „konsekwencją pewnego toku rozumowania [wiodącego od marzeń o równości i sprawiedliwości przez ideologiczną i klasową nienawiść] jest i zawsze będzie Biełomor i Kołyma”!
Symetria tych dwóch ideologii jest pełna: komuniści tak samo jak naziści głoszą nienawiść (jedni rasistowską, drudzy klasistowską - obie jednak się przeplatają), dążą do politycznego monopolu, w walce z przeciwnikiem stosują terror i dławią demokrację. Bzdurą jest twierdzenie sympatyków lewicy, że lewica uznaje podstawowe zasady demokracji, podczas gdy faszyści je negują (ergo: ultraprawica sama pozbawia się możliwości korzystania z dobrodziejstw ustroju demokratycznego).
Przyjrzyjmy się temu bliżej. Demokrację możemy rozpatrywać na dwa sposoby: jako ideę, że źródłem władzy jest społeczeństwo, bądź też jako „oprzyrządowanie” tej idei: wolne wybory, prawa człowieka etc. W pierwszym przypadku można stwierdzić, że rzeczywiście zasadę suwerenności ludu negują reakcjoniści w stylu „Stańczyka”, ale już ugrupowania takie jak NOP (czy nawet NSDAP) odwołują się do woli narodu czy idei narodowładztwa! Natomiast Le Pen i jemu podobni prawicowi populiści w ogóle nie zakwestionowali nigdy zasad demokracji parlamentarnej. Ale „antyfaszyści” wolą opierać się na swoich domysłach i podejrzeniach, z pism nieprzyjaciela wybierając tylko to, co pasuje do schematu. Choć co światlejsi z nich przyznają niechętnie, że „niektóre odłamy neofaszyzmu nominalnie akceptują suwerenność ludu”, to kwestionują szczerość demokratyzmu nacjonalistów, dysponując tylko wątpliwymi poszlakami zamiast dowodów.
A teraz sprawdźmy, czy lewica jest rzeczywiście demokratyczna w tak jednoznaczny sposób. Przecież zasadę suwerenności ludu kontestuje znaczna część współczesnych anarchistów, zaś „burżuazyjną demokrację' odrzucają wprost wszystkie ugrupowania leninistowskie! Jeśli lansowana przez nie „dyktatura proletariatu” jest „inną formą demokracji”, to ja już wolę monarchię stanową - przecież ową „dyktaturę dziesięć tysięcy razy bardziej demokratyczną niż demokracje burżuazyjne” (Lenin) już przerabialiśmy z wiadomym skutkiem!
Jak więc widzimy, argumenty wybielające lewaków jako sojuszników w walce z faszyzmem to typowa zasłona dymna. Co się za nią kryje? Jakie są prawdziwe korzenie antyfaszystowskiego centrolewu?
Moim zdaniem tkwią one w historii. Pierwsza przyczyna sięga II wojny światowej, która w sensie ideologicznym była wojną demoliberalizmu i marksizmu przeciw faszyzmowi. Po klęsce faszyzmu zwycięscy partnerzy nie tylko podzielili świat na strefy wpływów, ale też stworzyli modus vivendi w sferze świadomości społecznej: rywalizowały w niej dwie wielkie ideologie i ich pochodne, natomiast poza nawiasem tolerancji pozostała pokonana „reakcja”. Śmiało możemy powiedzieć, że mimo upadku muru berlińskiego porządek jałtański trwa nadal w sferze ideologicznej.
Ważniejszą jednak przyczyną jest zbieżność ideowa - wspólne, tkwiące w Oświeceniu korzenie liberalizmu i marksizmu. Umiarkowana lewica nie jest więc zwolenniczką „stawiania znaku równości między faszyzmem a komunizmem”, gdyż to ona jest najbliższym familiantem bolszewizmu - socjaldemokratów dzieli mniej więcej taki dystans od stalinizmu, jak Front National od hitleryzmu. A z tych wspólnych korzeni wynika wspólnota strachu w czasach, gdy kruszą się oświeceniowe dogmaty…
Obronie pojałtańskiego status quo służy rozbudowa systemu Politically Correct taboos. Świadczy to o strachu liberalno-lewicowego establishmentu przed uczciwą dyskusją (cała energia idzie na niedopuszczenie do dyskusji, na szantaż moralny), o braku argumentów, o jego wyjałowieniu intelektualnym. Antyfaszystowskie „sądy kapturowe” wydają wyroki zaocznie i bezapelacyjnie, nie dając szans oskarżonemu na wyjaśnienie, że faszystą nie jest. „Antyfaszyści” odmawiają dyskusji na trudne tematy (postulując zamiast niej represje), gdyż boją się porażki zmuszającej ich do przewartościowania poglądów. Nie zależy im w gruncie rzeczy na poznaniu poglądów przeciwnika. Niewielu antyfaszystów zadało sobie trud, aby poglądy prawicowych radykałów poznać z pierwszej ręki (choć np. „Nadzieja” Le Pena dostępna jest po polsku) - wolą polegać na informacjach przefiltrowanych przez swoich sprawdzonych ekspertów. Kto z antyfaszystowskich bojowników wie np., że wiceprzewodniczącym „rasistowskiego” FN jest Żyd z pochodzenia - Gollnitsch, a we władzach niemieckich Republikanów zasiada były członek „Białej Róży” (antynazistowskiego ruchu oporu z czasów II wojny)?
IV.
Choć w tym tekście koncentruję się na polemice z „antyfaszyzmem” lewicy, to chcę podkreślić, że tak samo broniłbym wolności słowa lewaków w obliczu np. ustaw antykomunistycznych. Pomimo mojego dystansu wobec ekstremistów nie chcę stosowania represji ani wobec faszystów, ani wobec komunistów, jako że wolność słowa jest niepodzielna. Nie zgadzam się z „integralnymi demoliberałami”, głoszącymi hasło „Demokracja dla demokratów”. Ich zdaniem z przywilejów demokracji korzystać mogą tylko siły „szczerze demokratyczne”. Ludzie nie wyznający kanonu demoliberalnej ortodoksji stają się w tym ujęciu obywatelami drugiej kategorii.
Fałszywi obrońcy demokracji bronią w gruncie rzeczy monopolu sprawowania władzy przez establishment. Nie są oni w stanie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego jedne wartości należy tolerować, a inne nie?”. Lub inaczej: dlaczego jednym ludziom przysługują pewne prawa (np. głoszenia swych poglądów), a innym już nie?
Ich zasadniczy argument głosi, że demokracja nie może tolerować grup, ludzi i poglądów, które są nietolerancyjne wobec innych. Tymczasem fakt, że ekstremiści nie wyznają cnoty tolerancji, nie ma nic do rzeczy - wymóg tolerancji leży u fundamentów liberalnej demokracji, a nie faszyzmu czy komunizmu. Czy z faktu, że prawica odrzuca np. równość wynika, że demoliberałowie mogą się wyrzec tego elementu swojej wizji ustroju? Oczywiście w obozie koncentracyjnym trudno od ofiary wymagać, by tolerowała nienawiść do niej, ale kto jest „katem” czy „ofiarą” we współczesnych demokratycznych społeczeństwach, w których rasista i Żyd są równouprawnieni (a nawet - dzięki „akcji afirmatywnej” - można mówić o uprzywilejowaniu mniejszości)?
Jakie są więc granice tolerancji? Czy jeśli nie lubię p. X to mam prawo do oznajmiania tego czy też nie? A czy mam prawo do głoszenia swojej niechęci wobec całych grup ludzi - np. księży, burżujów, rasistów? A jeśli dotyczy to grup takich jak homoseksualiści czy Żydzi?
Problem jest głębszy: jaki sens ma „tolerancja” tylko dla swoich? Jaki sens może mieć nietolerancyjna, traktowana jako fetysz i tabu, wyjałowiona z wszelkiej alternatywnej myśli pseudodemokracja? Jaki w ogóle sens ma „demokracja”, która nie potrafi obronić się przed ideami swych przeciwników (tj. oni będą potrafili przekonać większość społeczeństwa)? Czy może istnieć „demokracja” wbrew woli większości społeczeństwa (jak w Algierii, gdzie wybory wygrali islamiści, a wojsko wprowadziło brutalną dyktaturę „w obronie demokracji”)?
Teoria „prewencyjnej obrony” demokracji jest niebezpieczna, bo nie wiadomo, kto i na jakich zasadach będzie ustalał granice tej „prewencji”. Prawdopodobnie w interesie establishmentu jako „zamach na demokrację” traktowane będzie nie tylko przygotowywanie przewrotu czy nawoływanie do niego, ale każda krytyczna uwaga pod adresem drugorzędnych detali ustroju czy też jego przedstawicieli. Czy np. jeśli ktoś idąc ulicą będzie krzyczał „Precz z demokracją!” to należy go zamknąć? Jak uczy historia, gdy raz zacznie ograniczać się wolność, to prędzej czy później dochodzi się do sekciarskiej dyktatury (vide jakobini i bolszewicy).
Dlatego nie zgadzam się na jakiekolwiek tabu ograniczające swobodę myślenia czy wypowiedzi. Nie zgadzam się i nigdy się nie zgodzę na represjonowanie ludzi tylko za głoszenie poglądów - jakie by one nie były. Dopóki ludzie z „Samorządności Robotniczej” czy „Prawicy Narodowej” piszą o swym obrzydzeniu wobec liberalnej demokracji, ale nie usiłują obalić jej przemocą - tak długo mają prawo to robić. Przecież zachodnie demokracje tolerują legalną działalność ugrupowań dużo skrajniejszych niż Front Narodowy Le Pena. Legalnie działają Niemiecka Unia Ludowa, Francusko-Europejska Partia Nacjonalistyczna, Włoski Ruch Socjalny - Trójbarwny Płomień, Brytyjska Partia Narodowa czy Ku-Klux-Klan - a demokracja na Zachodzie mimo to trwa!
Oczywiście - demokracja ma prawo się bronić, ale przed zamachem, a nie przed ideami. Nie ma co popadać w histerię, że demokracja jest bezbronna wobec swoich wrogów.
Zgodzić się można na „polityczny czy towarzyski ostracyzm” (to jest akurat prawo każdego człowieka do swobodnego wybierania swoich przyjaciół) - tak długo jednak, dopóki nie przeradza się to w mniej lub bardziej sformalizowany Berufsverbot. Nie uderza w fundamenty demokracji zakaz działalności organizacji paramilitarnych czy konspiracyjnych (bez względu na ideologię). Nie przeczy demokratycznym pryncypiom prewencyjny nadzór policyjny nad ugrupowaniami ekstremistycznymi, które nie kryją swojej wrogości wobec konstytucyjnego ustroju. W pewnych przypadkach można dyskutować nad ograniczeniem (ale nie odebraniem!) niektórych praw ekstremistom (np. możliwość odbywania zebrań tylko w miejscach prywatnych, możliwość publikowania swej propagandy tylko w wewnątrzorganizacyjnych biuletynach). W przypadku bezpośredniego zagrożenia demokracji (tj. realnej groźby zamachu ze strony antydemokratycznych ekstremistów) można te środki zaostrzyć, ale tylko na ściśle określony czas.
Wszystkie te ograniczenia dotyczą jednak czynów, a nie myśli czy słów. Oczywiście nie może być tolerancji wobec ludzi stosujących w praktyce fizyczną agresję - każdy ma w końcu prawo do samoobrony. Akty agresji muszą być karane z jednakową surowością bez względu na to kto jest sprawcą, a kto ofiarą.
Zupełnie inaczej wygląda to jednak w odniesieniu do wolności słowa. Rzecz jasna w praktyce trzeba się pogodzić z pewnym ograniczeniem tej wolności. Gdzie jednak należy postawić tę granicę? Czy należy zakazać nie tylko nawoływania „Bij Żyda (burżuja)!”, ale też krzyczenia „Precz z Żydami (burżujami)!” i oznajmiania „Nie lubię Żydów (burżujów)”? Moim zdaniem tylko w pierwszym przypadku - bezpośredniego nawoływania do przemocy - powinno wkraczać państwo. Natomiast zakaz „głoszenia nienawiści” jest równie niekonkretny co utopijny (utopią jest marzenie, że wszyscy będą się kochali) - w końcu każdy ma prawo kogoś nie lubić i tą swoją niechęć głosić (o ile, powtarzam, nie przeradza się to w agresję fizyczną). Dlatego „głoszenie nienawiści” może być ewentualnie ścigane tylko z oskarżenia prywatnego.
To samo dotyczy głoszenia wszelkich opinii i poglądów. Osobiście jestem np. przekonany, że Holocaust był faktem. Ale faktem jest też kulistość Ziemi, a nikt nie represjonuje ludzi propagujących teorię „płaskiej Ziemi”. Walka z tzw. rewizjonizmem historycznym jest zresztą ograniczeniem swobody badań naukowych. Pozwolę sobie tu zacytować jednego z najwybitniejszych polskich znawców Trzeciej Rzeszy, prof. Czesława Madajczyka. W przedmowie do dzieła rewizjonisty Davida Irvinga „Wojna Hitlera” napisał on: ”(…) spór naukowy o zasadniczym znaczeniu (…) sprowokowało twierdzenie zawarte w tej książce, że Hitler w ogóle nie wiedział o mordowaniu Żydów. (…) Na konferencjach międzynarodowych zarysowały się w tej arcyważnej kwestii dwa stanowiska (…). Pierwsza traktuje ludobójstwo Żydów jako główny cel ideologiczny Hitlera (…). Druga widzi w nim pragmatyka (…). Początkowo byłem bliski pierwszej ze szkół. Jednak po dalszych badaniach doszedłem do wniosku, że nie było ogólnego rozkazu Hitlera…”. Czyżby więc Irving miał rację? A czy istnieje inny sposób poznania prawdy niż otwarta dyskusja i pozbawione tabu badania?
V.
Reasumując: jeśli nie totalitarnym, to na pewno autorytarnym odchyleniem jest dla mnie każde żądanie ograniczania praw obywatelskich i wolności słowa, każde żądanie represjonowania za przekonania. To ślepy zaułek, droga prowadząca w niebezpiecznym kierunku.
Paranoiczny mechanizm lewicowego maccarthyzmu ukazuje przypadek Richarda Hunta - anarchisty uznanego przez Nazibusters za faszystę. Należał on do założycieli brytyjskiej grupy Green Anarchists, która usiłuje stworzyć zgodne z naturą społeczeństwo bezpaństwowe. Hunt doszedł do wniosku, że jedyną możliwą formą takiego społeczeństwa jest tradycyjne plemię - także z jego negatywnymi cechami (tradycjonalizm, hierarchia, ksenofobia). Dawni towarzysze, wciąż mający nadzieję na stworzenie społeczeństwa idealnego, odżegnali się od Hunta i rozpoczęli kampanię bojkotowania go jako neofaszysty. Wówczas oświadczenie wydała inna neoanarchistyczna grupa - nawiązujący do futuryzmu i sytuacjonizmu Neoist Alliance - która stwierdziła, że Hunt tylko wyciągnął ostateczne wnioski z kryptofaszystowskiej ideologii ekoanarchistów…
Gdy zostanie rozpętana antyfaszystowska histeria nikt nie będzie bezpieczny - łącznie z jej inicjatorami. Znana brytyjska trockistka Vanessa Redgrave została zadenuncjowana przez środowiska żydowskie jako antysemitka i neonazistka z powodu swego poparcia dla Palestyńczyków. W USA anarchistyczny „Love & Rage” widzi faszystowskie wpływy w neo-trockistowskiej Workers World Party, zaś maoiści z MIM oskarżają o kryptofaszyzm nie tylko socjaldemokratów, ale nawet Rewolucyjną Partię Komunistyczną (która reprezentować ma „białą arystokrację robotniczą” w „jednolitym froncie imperialistycznym”). Dla liberałów „faszyzmem” będzie każdy przejaw kolektywizmu („Gazeta Wyborcza” znalazła pokrewieństwo między nazizmem a… szwedzką socjaldemokracją - vide artykuł „Narodowy socjalizm po szwedzku”), dla lewicy - wszelki kapitalizm („Barykada” do składowych „faszystowskiego zagrożenia” zaliczyła prawe skrzydło Unii Wolności).
Pamiętajmy, że totalitaryzm zawsze kryje się w cieniu Utopii. Ja rozumiem to od czasu, gdy słuchałem piosenek Kaczmarskiego i Gintrowskiego z programu „Raj”: „Sprawozdanie z raju”, „Bal u Pana Boga”, „Przesłuchanie anioła”, „Strącenie aniołów”, „U wrót doliny”… Dążenie do doskonałości i chęć zbawiania ludzi zawsze kończy się stosami, gilotynami, gułagami. A tymczasem ludzie mają prawo popełniać błędy i nikt nie może nawracać innych siłą.
Jarosław Tomasiewicz