Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" nr 4/96


Ponieważ - jak niektórym wiadomo - jestem wyjątkowo upierdliwym gościem, pozwolę się przyczepić jeszcze raz do tego, co napisał polemizując ze mną w 80 nrze "Zielonych Brygad" Olaf Swolkień. Broniąc wprowadzenia całkowitego bądź częściowego zakazu reklam w telewizji publicznej zauważył on, że ponieważ przymusowy abonament na telewizję publiczną pokrywa obecnie kilkadziesiąt procent jej budżetu, to gdyby reklam nie było, musiałby płacić na nią „tylko” o kolejne kilkadziesiąt procent więcej niż w tej chwili. Tuż potem napisał, że w dzisiejszej polskiej rzeczywistości potrzebna jest telewizja publiczna, tania, nawet dotowana przez państwo. Tania, ale droższa o kilkadziesiąt procent? Państwowe dotacje nie spowodują potanienia tej telewizji z punktu widzenia zwykłego obywatela-telewidza. Usunięcie płatnych reklam spowoduje jej podrożenie. Będzie ona tak samo droga, jak prywatne telewizje kodowane utrzymujące się wyłącznie z abonamentu. Tyle tylko, że w przypadku tych ostatnich mogę wybrać, czy zapłacić ten abonament, czy go nie płacić i ich nie oglądać. W przypadku telewizji publicznej muszę go płacić tak czy inaczej, chyba że w ogóle zrezygnuję z oglądania telewizji, a jeśli dotacje będą szły z ogólnego budżetu państwa, to nawet w tej ostatniej sytuacji. Naprawdę tanie - darmowe z punktu widzenia telewidza - są telewizje utrzymujące się w całości z reklam, jak np. Polsat. Program Polsatu można oglądać za darmo i nikt nikomu, kto go ogląda nie każe na niego płacić. W rzeczywistości finansują go ludzie kupujący reklamowane tam produkty i usługi. Gdyby udało się wpoić im postawę antykonsumpcjonistyczną, reklamy przestałyby się opłacać i widzowie Polsatu musieliby sami bezpośrednio płacić za przyjemność oglądania tej telewizji, lub też zbankrutowałaby ona.

Jaka jest jeszcze zasadnicza różnica między telewizją komercyjną - utrzymywaną z dobrowolnego abonamentu lub z reklam - a telewizją utrzymywaną z przymusowego „abonamentu” - podatku lub z dotacji z budżetu państwa (jak proponuje Olaf)? Otóż w tym pierwszym przypadku właściciel telewizji musi starać się, by była ona tak atrakcyjna dla odbiorców, żeby wystarczająca ich liczba chciała zapłacić odpowiednio dużo za jej oglądanie, czy też żeby oglądało ją tyle ludzi, by reklamodawcy chcieli wystarczająco dużo zapłacić za zamieszczane reklamy. Dlatego też w telewizji komercyjnej dominuje to, co chcą oglądać masy, a nie intelektualiści i dziwacy tacy, jak Olaf czy ja: seriale brazylijskie, westerny, kryminały, kreskówki i teleturnieje. Natomiast w telewizji utrzymywanej całkowicie czy częściowo z przymusowo wydzieranych ludziom podatków, czy to celowych, czy za pośrednictwem ogólnego budżetu, można pozwolić sobie na nieliczenie się z gustem większości widzów - tym większe, w im większym stopniu finansowana jest ona z funduszy zdobywanych przemocą - puszczając to, co telewizyjni bossowie uważają za „lepsze” (jako, że zaliczają się oni do „inteligencji”, to ich gust prawdopodobnie w większym stopniu będzie pokrywać się z gustem Olafa Swolkienia czy moim, niż gust przeciętnej telewidzki uwielbiającej „Marię”) i, zamiast zaspokajać prymitywne zachcianki motłochu, wykonując zadania, które są znacznie ważniejsze niż wierność doktrynie, w myśl której wszystko, co wspólne i obowiązkowe, jest be, a wszystko, co prywatne, jest cacy, tzn. indoktrynując ich w określonym kierunku. Olaf pisząc to miał zapewne na myśli propagowanie postaw antykonsumpcjonistycznych, ekologicznych i wszystkiego tego, co uznaje za słuszne, jednak w rzeczywistości oznacza to propagowanie tego, co za słuszne (= w swoim interesie) uznają ci, co tę telewizję bezpośrednio i pośrednio kontrolują - w przypadku telewizji państwowej politycy, biurokraci, nielubiani przez Olafa bossowie wielkiego biznesu związani tysięcznymi niciami z aparatem państwa oraz aspirująca do rządu dusz dziennikarsko-artystyczna elitka.

Nie wiem, jak popieranie przymusowego wydzierania od ludzi większej liczby pieniędzy w celu ich skuteczniejszej masowej indoktrynacji w kierunku słusznym miast niesłusznego (z punktu widzenia Olafa) ma się do jego deklaracji: chcemy, żeby ludzie liczyli się nie tylko z przyrodą, ale przede wszystkim z innymi ludźmi, żeby społeczeństwo było urządzone w sposób optymalny dla ludzkiej psychiki i biologii, a nie dla doktryny, choćby głoszącej najpiękniejsze wolnościowe hasła. Tym bardziej nie wiem, jak się ma do tego popieranie cenzury, która ma „chronić” ludzi przed wpychaniem im różnych świństw oraz „bronić” ich interesów, a konkretnie zdrowia. Ja, zwykły człowiek, nie życzę sobie, żeby ktoś inny „chronił i bronił” mnie wbrew mej woli przed decydowaniem samemu, czy chcę oglądać reklamy papierosów i inne świństwa i czy chcę niszczyć swoje zdrowie, które należy tylko do mnie. Nie życzę sobie, by Olaf Swolkień czy inny Minister Prawdy (nawet w postaci trzydziestu milionów głosujących w referendum) „chronił” mnie przed mymi własnymi „niewłaściwymi” wyborami i dokonywał ich za mnie. To ode mnie zależy, czy zacznę palić po obejrzeniu reklamy papierosów i dostanę z tego powodu raka płuc. (Gwoli wyjaśnienia - mimo obejrzenia tysięcy reklam papierosów nie palę i nie zamierzam póki co zacząć palić). A jeśli zacznę - to znaczy, że będę tego chciał, będzie to w moim interesie (bo wyżej będę sobie cenić przyjemność palenia niż zdrowie) i nie życzę sobie „ochrony” przed sobą samym. Jednak Olaf - w imię swej antykonsumpcjonistycznej doktryny, którą nazywa hierarchią (wartości) - nie liczy się ze mną i z moją psychiką. Akurat w przypadku reklam papierosów niezbyt mnie obchodzi fakt ich zamieszczania gdzieś bądź nie (o ile nie obciąża to mojej kieszeni), ale upokarzające jest dla mnie to, że ktoś chce uszczęśliwiać mnie na siłę nie pytając mnie o zdanie. Jestem na to wyczulony, bo wbrew temu, co Olaf pisze, jego poglądy nie są bardzo niepopularne. Były one zawsze i są nadal niestety bardzo popularne. Ich hasłem „ochrona”. Przed herezją, pornografią, wywrotowymi myślami, narkotykami, reklamami tego i tamtego. Ich usprawiedliwieniem - ludzie nie potrafią decydować sami za siebie (= decydują niezgodnie ze swymi interesami, niesłusznie), musimy więc „dla ich dobra” decydować za nich. Index librorum prohibitorum, purytanizm, cenzura polityczna, zakazy rozpowszechniania i posiadania narkotyków, poprawka Exona zakazująca przesyłania „nieprzyzwoitych” treści w sieciach komputerowych… A mówić, że zakaz reklamowania papierosów to zakaz podtruwania dzieci, tj. że reklamowanie papierosów to podtruwanie dzieci, to tak, jak mówić, że reklamowanie burdeli wstydliwie zwanych „agencjami towarzyskimi” to gwałt. Jeśli dziecko obejrzy reklamę i nie sięgnie po papierosa, to się nie podtruje. Jeśli sięgnie, to się podtruje - samo, bo tak chce, w wyniku własnej decyzji, na którą wpływ miała nie tylko obejrzana reklama, ale i tysiące innych rzeczy, w tym przede wszystkim dotychczasowe wychowanie. (A zapalenie jednego papierosa to jeszcze nie nałóg, może być to doświadczenie skutecznie obrzydzające papierosy, jak to było w moim przypadku). Samo oglądanie reklam nie zwiększa poziomu smoły w płucach i nikotyny we krwi. Jeśli ktoś chce, by jego dzieci nie paliły, niech sam o to zadba, bo to jego, nie mój (nie mam dzieci) interes, a nie używa do tego politycznych środków ze swej istoty (agresywnej przymusowości) nie liczących się z innymi ludźmi, takich jak zakaz wyrobu czy reklamy papierosów, bądź sprzedaży ich nieletnim (ktoś inny może mieć np. liberalny pogląd na tę sprawę i pozwalać swym dzieciom palić, jeśli chcą).

Zdaniem Olafa to, że głoszenie jakichś poglądów - zwłaszcza jego - kojarzy mi się z reklamą, świadczy o urynkowieniu mojego myślenia i czucia. Nie rozumiem, co ma znaczyć tu słowo „urynkowienie” (może to, że moje myślenie i czucie nie jest centralnie sterowane przez Ministerstwa Prawdy i Miłości, ale tak jest na szczęście u każdego - a może się mylę?). Niemniej uważam, że mechanizm oddziaływania na odbiorcę w przypadku głoszenia, że konsumpcja czegoś jest fajna (co dla Olafa jest niewątpliwie reklamą) i w przypadku głoszenia, że konsumpcja czegoś jest niefajna (co dla Olafa reklamą najwyraźniej nie jest) jest taki sam. Czy np. pokazywany ostatnio klip propagandowy Greenpeace'u w Polsacie oddziałuje na ludzi w inny sposób niż klipy np. pasty do zębów? Treść, owszem, jest inna. Ale uważać, że te ostatnie klipy „terroryzują” odbiorcę gdy jednocześnie uważa się, że klip Greenpeace'u tego nie robi jest według mnie niekonsekwencją. Według Olafa istotny jest jeszcze fakt, że jego teksty (w odróżnieniu od, jak twierdzi, reklam) są zaznaczone w spisie treści i opatrzone tytułem. Jednak krytykowane przez niego płatne reklamy w TV również są wydzielone w odrębne bloki i opatrzone czołówką „reklama” (akurat z reklamą Greenpeace'u tak nie jest! - ale może jest ona darmowa). Nie są wprawdzie zaznaczone w programie telewizyjnym, ale jak sprawdziłem, również polemika Olafa nie była wymieniona w spisie treści - była w nim tylko ogólna informacja „polemiki”. Tak więc i pod tym względem nie ma specjalnej różnicy między propagandą poglądów Olafa a tym, co nazywa on reklamą.

Polemizując ze mną Olaf krytykuje jednocześnie, za ataki na ekologów, redaktora naczelnego „Najwyższego Czasu” Michalkiewicza, nazywając go ortodoksyjnym wolnościowcem. Ponieważ i moje poglądy nazywa ortodoksyjną libertariańską (=wolnościową) doktryną, sugeruje to doktrynalne (ideowe) pokrewieństwo między mną a panem Michalkiewiczem. Chciałbym wyjaśnić, że dla mnie pan Michalkiewicz nie jest żadnym ortodoksyjnym wolnościowcem, ale zwykłym etatystycznym (propaństwowym) konserwatystą z co najwyżej pewnymi umiarkowanie wolnościowymi „odchyleniami”. W wielu zasadniczych sprawach mam od niego odmienne poglądy i doprawdy nie wiem, dlaczego usiłuje mi się przyprawić gębę. Jednak muszę powiedzieć, że mogę zrozumieć, dlaczego co liberalniejsi konserwatyści, tacy jak on, atakują ruch ekologiczny. Po prostu jeśli widzą, że niektórzy jego liderzy, tacy jak Olaf Swolkień, nie dostrzegają sprzeczności pomiędzy deklarowaniem chęci, by ludzie liczyli się z innymi ludźmi a popieraniem przymusowej cenzury czy optowaniem za finansowaniem telewizji publicznej raczej w całości z przymusowych podatków zamiast choćby częściowo z dobrowolnie płaconych reklam, słusznie nie wierzą w te deklaracje i (co już słuszne być nie musi) uogólniają to na wszystkich Zielonych. Faktem niestety jest, że wielu Zielonych, jeśli chodzi o rozwiązania systemowe, jest nastawionych - świadomie czy nie - mniej lub bardziej autorytarnie (np. domagając się, by problem ponoszenia kosztów zanieczyszczania środowiska przez trucicieli był rozwiązany raczej przy pomocy zwiększenia państwowej kontroli nad środowiskiem i działalnością gospodarczą oraz administracyjnie wyznaczanych przez państwo (i mu w razie czego płaconych) kar, niż przy pomocy odszkodowań płaconych tym, którzy np. oddychają zanieczyszczonym powietrzem czy korzystają z zanieczyszczonej wody, mogących funkcjonować skutecznie właśnie przy zniesieniu państwowej kontroli nad środowiskiem i zastąpieniu ją kontrolą prywatną, jak np. w prawie rzymskim, gdzie właściciel nieruchomości był jednocześnie właścicielem przestrzeni powietrznej nad tą nieruchomością). Jednak moim zdaniem autorytaryzm nie musi być nieodłączną składową programu Zielonych.

Jacek Sierpiński

mac_pariadka/znowu_o_reklamie.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:50 (edycja zewnętrzna)