12. Ta część jest dla Twoich Rodziców

Założeniem tej książki było po prostu przedstawienie młodym ludziom w przystępny sposób sensu kapitalizmu i wolnego rynku, zachęcenie ich nie tylko do jego zrozumienia, ale i do uczestnictwa w nim, i przyjęcia jego etyki indywidualnej odpowiedzialności, a także płynącej zeń nagrody za trud - i to, kiedy są jeszcze bardzo młodzi.

Jako dorosły, możesz odegrać tu najważniejszą rolę. W twojej mocy leży zarówno stłumienie, jak i pobudzenie twórczego i przedsiębiorczego ducha u młodego człowieka. Jedno i drugie jest łatwe. Młodych można zniechęcić przez brak zainteresowania, albo przez pognębienie odwołaniem się do autorytetu dorosłego. Ale można też ich zachęcić ciepłym i szczerym „śmiało!”. Nigdy nie było w dziejach takiego okresu czy miejsca na Ziemi, gdzie dzieci miałyby szersze możliwości kształtowania własnej przyszłości, a ich rodziny więcej możliwości samodzielnego pobudzania rozwoju oraz doskonalenia umysłu i charakteru swych dzieci. Dziecko bez charakteru, dziecko bezwolne i bezmyślne, to rezultat wyboru postępowania jego rodziców , którzy nie troszczyli się o nie albo uważali, że charakter dziecka najlepiej uformują inni - odpowiedni fachowcy .

Inny przykład dziecka ukształtowanego w wyniku określonego wyboru postępowania rodziców, lekceważenia z ich strony lub oziębłości, to dziecko z niską samooceną. Takich nieszczęsnych dzieci może być, niestety, większość. To potencjalna podrzędna klasa ludzi zawsze pokornych wobec władzy, z trudem brnących przez życie, zadowalających się byle czym, niezdolnych do zrobienia czy stworzenia czegoś samodzielnie.

Może się wydawać, że nie jest łatwo być dzieckiem. Dorośli do przesady wpajają im, żeby w szkole siedziały cicho, wbijały sobie w pamięć pewne fakty i dobrze wypadały w klasówkach. Często daje im się też wyraźnie do zrozumienia, że nie powinny pracować. Nasze prawa, organizacje związkowe i instytucje opieki społecznej również przyczyniają się do tego stanu rzeczy. A co powiedzieć o rodzicach, którzy goniąc za nowinkami np. pakują dzieciom podczas snu słuchawki na głowę, żeby uczyły się francuskiego? Albo o tych, którzy z uporem przedkładają lekcje tenisa ponad przyzwyczajanie dzieci do wykonywania drobnych prac, to znaczy do samodzielnego zarabiania pieniędzy?

Przez oglądanie telewizji dzieci stają się biernymi widzami, zamiast ludźmi aktywnymi, działającymi. Niestety, wielu rodziców błogosławi to pudło, że jest najtańszym opiekunem do dziecka. Jest jednak wiele dzieci śmiałych, energicznych i przebojowych. Pchają się do przodu. Robią coś. Zdobywają nagrody. Nie nudzą się; zawsze znajdują sobie zajęcie. Nie tylko rozmawiają ze swoimi rodzicami, ale często także razem z nimi pracują. Jak uczy historia, to one będą kiedyś dokonywały odkryć, zamieniały marzenia w rzeczywistość, zdobywały sławę, wspinały się na szczyty, przysparzały bogactw. To dzięki nim będzie się wciąż dobrze żyło na Ziemi.

Mimo to, kapitalizm i wolny rynek, czyli właśnie to, co umożliwia swobodę wszelkiego wyboru, jakiego rodzice mogą dokonać w zamożnym społeczeństwie (a nie ma takich społeczeństw w żadnym innym systemie), są często przedstawiane w środkach masowego przekazu i w wielu naszych instytucjach oświatowych jako siły niszczycielskie i zabójcze dla ducha.

Dzieci chętne do rywalizacji zachęca się do konkurowania z innymi w zawodach sportowych, albo nakłania do uzyskiwania w szkole wyższych ocen, żeby później mogły pójść do lepszych szkół. Daje to upust olbrzymiej, niewyżytej energii, ale stwarza niewiele okazji, aby same dzieci mogły coś robić na własną rękę. Oceny szkolne mogą stać się podstawową miarą w życiu dziecka i miarą sukcesu rodziców. W książce tej przyjętych zostało kilka różnych założeń:

  • że dziecko może myśleć samodzielnie już w bardzo wczesnym wieku;
  • że rynkowa etyka uczciwej wymiany, to lepszy sposób na zyskanie szacunku dla siebie niż wszystkie teorie społeczne, które uczą samopoświęcenia i posłuszeństwa wobec autorytetów;
  • że wykonywanie użytecznej pracy w młodym wieku jest tak samo dobre dla młodych poetów i naukowców, jak i dla młodych przedsiębiorców.

Różne bywają dziś rodziny. W jednych za wszystko wini się społeczeństwo, a siebie za nic. Tacy ludzie nigdy nie dowiedzą się co to jest szacunek do siebie, ponieważ nigdy nie wezmą za siebie odpowiedzialności. W innych rodzinach z kolei toczy się zawzięta walka; rodzice są nastawieni przeciw dzieciom; dzieci bezwzględnie, nawet gwałtem, wyzyskują rodziców. Czując się bezsilnymi wobec innych ludzi, wyładowują całą agresję na sobie wzajem.

Są i takie rodziny, gdzie nie ma w domu choćby jednej książki, a nauka jakiejkolwiek umiejętności, czy choćby nauka czytania, wydaje się niepotrzebną przesadą. A także i takie, gdzie każdą książkę, każde czasopismo, każdą lekcję traktuje się tylko instrumentalnie, szukając w nich sposobu na to, jak znaleźć pracę, jak urządzić się w życiu, jak zdobyć popularność, jak być w zgodzie z modą.

I mamy wreszcie takie rodziny , gdzie rozwój umysłu ceni się jako wartość samą w sobie, gdzie umysł człowieka traktowany jest jako najdoskonalszy instrument ludzkiego działania, motor twórczego podejścia, wyznacznik i autor postępu ludzkiego. Pracę natomiast ceni się jako proces, w którym rozum ludzki wchodzi w kontakt ze środowiskiem i przekształca je dla celów człowieka. Praca, obejmująca zarówno sferę pomysłów, jak i posługiwanie się materiałami, uważana jest za legalne źródło bogactwa.

Bogactwem mogą być pieniądze, dobra opinia, satysfakcja, zaszczyty, czy cokolwiek cennego. Są one ważne dla wytwórcy jako zysk płynący z udanych transakcji na rynku. Odnosi się to zarówno do „biednego” poety cieszącego się uznaniem wśród stosunkowo niewielu odbiorców, jak i do wielkiego handlowca, którego rynek tworzą miliony klientów.

Niektórzy rodzice mają nadzieję uchronić swoje dzieci przed tym, co uważają za twardą rzeczywistość rynkową. Mówią im, że piękniej jest dawać niż brać. Zapominają jednak dodać, że sukcesy na rynku odnoszą właśnie ci, którzy dają to, czego chcą nabywcy. Oto dokładna definicja sukcesu rynkowego. Niezależnie od tego, czym kieruje się sprzedający, czy będzie to najzwyklejsza, wyrachowana chciwość czy cokolwiek innego, prawda jest taka, że nie ma mowy o udanej transakcji, jeśli nie oferuje się czegoś, co ktoś inny chce koniecznie kupić.

Rodzicom nie podoba się to czy tamto w rynku, albo ten czy ów przedsiębiorca i uczą dzieci, że zysk nie jest godnym motywem działania i że tylko „ogół” albo jego przedstawiciele są na tyle bezinteresowni, żeby czynić dobro. Zapominają, a podpowiada to zdrowy rozsądek, że „ogół” to tylko bezsensowna abstrakcja, dopóki poszczególni ludzie nie podejmą decyzji na rynku - politycznym lub handlowym. Zapominają też, że nawet polityka to pewien rynek, tyle że rządzący mogą użyć broni dla narzucenia swoich decyzji. Zawsze mieli oni większą swobodę niż kupcy czy producenci, którzy muszą polegać tylko na sile perswazji.

Każda rodzina w ten czy w inny sposób styka się z kwestią zysku. Także i dzieci. Tego problemu nie usunie się lekceważąc go i uznając za rzecz nie wartą dyskusji rodzinnej. Dzieci i tak będą się zastanawiały, skąd rodzice biorą pieniądze na życie. Na pewno będą też ciekawe, ile rodzice zarabiają. A jednak bywa często tak, że dzieci wprowadza się w sprawy seksu, kiedy tylko zaczną się tym interesować, zachęca do poznania najdrobniejszych szczegółów genealogii rodzinnej, ale gdy zapytają o finanse rodzinne, rozmowa gwałtownie się urywa.

Tematy takie jak pieniądze, rynek, zysk, praca, są niemile widziane i spychane na bok, aby niewinność dziecięca nie doznała uszczerbku. Dzieci, którym nie pozwala się poznać spraw finansowych i obowiązków w rodzinie, będą zapewne uważały seks za relaks bez żadnych konsekwencji, a uczestnictwo w rodzinie za grę, w której zawsze dostaje się i nie ma powodu, by dawać.

Nieznajomość tych spraw jest niewybaczalna. Rozkapryszone, rozpieszczone, niegrzeczne dzieci, z rodzaju tych, które doprowadzają cię do szału, kiedy rodzice przyprowadzają je ze sobą na wizytę, na pewno nie wiedzą nic o wolnym rynku. Ich postępowanie nie zostało poddane żadnemu osądowi rynkowemu. Co by nie zrobiły - rodzice ochoczo to aprobują, „kupują”. One liczą właśnie na to, że rodzice będą takim naiwnym klientem.

Są też dzieci, które dzięki odpowiedniemu wychowaniu rozumieją zasady działania rynku i zachowań społecznych. Jeśli przyjdą do ciebie z wizytą, będą raczej ostrożne i gotowe do współpracy. Będą wiedzieć, że szkody muszą być naprawiane, że własność innych - także dorosłych - jest tak samo ważna jak ich własna i że zaproszenie na wizytę nie jest zaproszeniem do najazdu.

Pomyśl, co ty mógłbyś zrobić, żeby młody człowiek, na którego masz jakiś wpływ, wcześnie zaczął rozumieć takie sprawy jak wymiana świadczeń, indywidualna odpowiedzialność, potrzeba wyboru i tworzenie dóbr . Być może będą to jego pierwsze doświadczenia w świecie prawdziwej gospodarki. Bez nich może łatwo znaleźć się w przyszłości w grupie podrzędnej pod względem intelektualnym i moralnym, wśród ludzi ulegających modom, nastrojom i politycznej demagogii, niepewnych swojej zdolności samodzielnego dokonywania liczących się wyborów.

Jak zapewne wiesz, życie nie jest serią przypadkowych zdarzeń społecznych. Nie jesteś bezsilny, jeśli chodzi o kwestię wyboru, bez względu na to gdzie i kim jesteś: bogatym, biednym, mniej lub bardziej uzdolnionym, silnym fizycznie lub słabym. Nawet w najbiedniejszej okolicy nie wszyscy mieszkańcy zachowują się tak samo. Niektórzy postanowili zachowywać godność i szacunek dla siebie, ciężko pracować i wydźwignąć się. Inni tego nie robią. Ale to nie społeczeństwo o tym zdecydowało, lecz oni sami.

Jest to książka dla młodych ludzi, którzy mogą wziąć sobie do serca podstawowe przekonanie, że mają swobodę wyboru wielu rzeczy, wielu dróg i że to przede wszystkim oni są odpowiedzialni za swoje decyzje. Niektórzy sami zdobędą tę książkę dokonując w ten sposób samodzielnego wyboru. Inni być może dostaną ją od kogoś takiego jak ty. Mimo to będą musieli jeszcze zdecydować, czy poświęcić tej książce nieco uwagi czy nie. Nawet ci, którzy uznają, że jest nic nie warta, ale zrobią tak po przemyśleniu omawianych tu spraw i po wyciągnięciu własnych wniosków, staną się silniejsi. Choćby dlatego właśnie, że zastanowili się i podjęli decyzję.

Jeśli chodzi o mnie, najbardziej byłbym zadowolony, gdyby młodzi ludzie poznali treść tej książki, rozstrzygnęli czy ma ona sens czy nie, a następnie po uzupełnieniu jej o osobiste obserwacje, podjęli samodzielne przedsięwzięcia.

Patrząc na sprawę realnie, większość z nich będzie szukać pomocy u kogoś starszego. Co im może zaoferować ktoś starszy? Oczywiście, doświadczenie. Jeśli zajdzie potrzeba, także pewien kapitał inwestycyjny. Ale przede wszystkim może rozbudzić w młodym człowieku zdolność do twórczego i niezależnego myślenia, a także pomóc mu w zrozumieniu, że mieć pracę i mieć przyszłość to dwie zasadniczo różne rzeczy.

Jeśli akurat wychowujesz nastolatka, pomyśl o tym. Młodociani mają wiele możliwości pracy. Bary szybkiej obsługi płacą dziś do pięciu dolarów i siedemdziesięciu pięciu centów za godzinę w zamożnych dzielnicach. Pizzeria w jednej z dzielnic Atlanty daje nastolatkom siedem dolarów za godzinę. To jest razem 280 dolarów za 40-godzinny tydzień pracy, więcej niż może zarobić w małej gazecie początkujący dziennikarz z wykształceniem.

Dzieci z bardzo ubogich rodzin być może będą musiały poszukać pracy nawet za minimalną stawkę, aby mieć na życie i pomóc rodzinie. Dzieci z rodzin zamożniejszych mogą podjąć taką pracę choćby po to, żeby zebrać trochę pieniędzy . W obu przypadkach jednak, ktoś starszy i bardziej doświadczony może im pomóc dostrzec różnicę pomiędzy tą pracą jako celem samym w sobie, a trudnym krokiem na drodze do lepszej przyszłości.

Nawet dziecko z najuboższej rodziny będzie miało kilka możliwości wyboru, co zrobić z zarobionymi pieniędzmi. Każdy grosz wydany na modne ciuchy to zarazem decyzja, by nie odkładać tych pieniędzy na coś innego - na naukę, książki, narzędzia. Taki sam wybór staje przed dziećmi z rodzin zamożniejszych. Przy aplauzie rodziców mogą wydać wszystko na ubrania czy płyty. Rodzice chwalą się wówczas, że dzieci „same zarabiają”, podczas gdy one zaraz potem wyrzucają te pieniądze. Ale… mogliby je zachęcić, żeby, podobnie jak zrobiłoby rozsądne dziecko z ubogiej rodziny, odłożyły trochę na przyszłe inwestycje.

Wiemy już co z nastolatkami. A co z zupełnie małymi dziećmi? W jaki sposób one mogą zacząć pojmować sens pracy, wartość dóbr i odpowiedzialność? Jeden ze sposobów to zacząć jak najszybciej wypłacać dziecku kieszonkowe, dając mu co tydzień pewną liczbę pieniędzy za wykonywanie drobnych prac domowych. Na tym jednak nie koniec. Kiedy dziecko zacznie chodzić do szkoły, powinno już widzieć związek pomiędzy kieszonkowym, obowiązkami i odpowiedzialnością a rzeczywistym światem zewnętrznym. Można na przykład nałożyć na dziecko obowiązek kupowania sobie podstawowych artykułów szkolnych z własnego kieszonkowego. Żeby wyglądało to jeszcze bardziej poważnie, można także dodać obowiązek płacenia za jakieś drobiazgi do ubrania, na przykład skarpetki. Kieszonkowe musi być oczywiście odpowiednio wysokie, aby te zakupy były możliwe i żeby zostawało jeszcze trochę na prywatny użytek - albo na oszczędności. Pomyśl jednak jaka to pouczająca lekcja, kiedy dziecko musi sobie kupić parę skarpetek! Raczej nie będzie ich wówczas uważać za drobiazgi, z których zdobyciem nie ma problemu. Rodzice muszą jednak liczyć się z różnicą gustów, kiedy dziecko sarno sobie kupi skarpetki. Niektórym dziesięciolatkom można nawet powierzyć zakupy w powrotnej drodze ze szkoły . Będzie to zajęcie płatne i zarazem doskonała okazja, żeby dziecko dowiedziało się ile jedzenie kosztuje

W każdym przypadku najważniejszą lekcją jest to, że świat to codzienne, nieustanne dokonywanie wyborów; że ludzie mogą i muszą dokonywać wyborów i że są za nie odpowiedzialni. Przez całe życie wybiera się pomiędzy różnymi możliwościami. Im bardziej dziecko zdaje sobie sprawę z wyboru i odpowiedzialności w jakiejkolwiek sprawie - czy będą to zwykłe zakupy w sklepie spożywczym czy zaskakujące nieraz decyzje dotyczące przyjaciół, zainteresowań i sposobu spędzania czasu - tym lepiej.

Kiedy dziecko rośnie i zwiększa się jego kieszonkowe wraz z ilością prac do wykonania, do listy jego obowiązków można dodać jeszcze kilka innych rzeczy, jak kupno bielizny, koszul, a kiedy będzie już w czwartej czy piątej klasie, jakiś poważniejszy zakup, na przykład buty. Jeśli będzie kupować jakieś okropne rzeczy, albo nie z własnej winy zniszczy coś z ubrania, rodzice mogą przyjść z bezinteresowną pomocą - upewniając się, że dziecko to rozumie, albo zaproponować mu pożyczkę dla naprawienia straty, ale z odsetkami do spłacenia.

Do czasu pójścia do szkoły średniej dziecko, któremu wypłaca się w ten sposób kieszonkowe, powinno już być doskonale obeznane z długofalowym planowaniem, wykazywać rozwagę w zakupach i nie marnować żadnych dóbr. Czy przez to dziecko nie zostanie „starym maleńkim”? Dlaczego by tak miało być? Dzieci wychowywane na świeżych owocach, a nie na słodyczach, mają skromniejsze dzieciństwo - i lepsze zdrowie. Dlaczego dziecko karmione słodkimi wyobrażeniami o pieniądzach miałoby mieć bogatsze dzieciństwo niż takie, które wcześnie dowiaduje się, że jest na tyle szanowane przez starszych, by mieć obowiązki, cieszyć się zaufaniem i dokonywać samodzielnych wyborów.

Elizabeth Crow, redaktor naczelny pisma dla rodziców Parents Magazine, pisała o tym, jak jej dzieci bawiły się w garażu i przerobiły wózek ogrodowy na coś w rodzaju rikszy, po czym zapytały mamę i tatę, czy zapłaciliby za przejażdżkę.

„Z początku zmartwiłam się, że ten przedsiębiorczy duch oznacza, że moje dzieci staną się okropnymi małymi groszorobami. Później martwiłam się, że nieuczciwie wykorzystają naszych znajomych i krewnych. I chyba tak się stało. Ale firma przewozowa zaspokajała również rzeczywiste potrzeby Sama i Rachel, uzupełniając przed zakupami gwiazdkowymi ich niskie kieszonkowe. A dzieciom w wieku ośmiu i pięciu lat nie jest dziś łatwo zarobić pieniądze…” „Postanowiliśmy zatem pozwolić dzieciom założyć własną firmę. Dopóki współdziałają i wywiązują się ze swoich zobowiązań, mogą oferować tyle przejażdżek lub wykonywać tyle prac, na ile pozwoli rynek…”

Problem propozycji prac w ramach kieszonkowego, czy jakikolwiek inny pomysł w tej książce, nie będzie problemem dla samych dzieci. Jeśli da się im szansę dostatecznie wcześnie, to one zawsze chętne są do spróbowania czegoś nowego, wykazują samodzielność, pomysłowość i śmiałość. Problemem mogą być rodzice. Niektórzy po prostu nie lubią dzieci.

Mają je przez przypadek, albo zgodnie ze społecznym zwyczajem, ale ich nie lubią. Dzieci takich rodziców mogą wiele skorzystać podejmując samodzielne przedsięwzięcia tak szybko jak jest to możliwe, a prawdziwym przyjacielem w tej potrzebie może okazać się jakiś znajomy lub krewny, który przyjdzie z pomocą.

Są też rodzice, którzy mają po prostu zbyt wiele zajęć, żeby pracować z dziećmi. Powinni jednak wtedy doceniać też dzieci, które polegają na sobie i podejmują się różnych zajęć; a dzieci z kolei mogą lepiej zrozumieć swoich rodziców, kiedy same będą zajmować się wieloma sprawami - i wzbogacą się!

Jeszcze inni rodzice mogą oglądać się przede wszystkim na to, co myślą sąsiedzi. Będą gonić za wszystkim, co modne i podporządkują temu dzieci. Spośród wszystkich rodziców tacy chyba najbardziej onieśmielają i osłabiają pod względem moralnym i twórczym, marnotrawiąc wspaniałe lata kipiącej, młodej energii. Życzę wiele pomyślności dzieciom, które muszą mieć do czynienia z takimi rodzicami. Będą one musiały samodzielnie postarać się o to, aby stać się prawdziwymi ludźmi, a nie lalkami poruszanymi przez nadopiekuńczych rodziców.

Dla prawdziwie kochających rodziców, albo dla starszego znajomego, który chce pomóc jakiemuś dziecku, najważniejsze będzie rozbudzenie w młodym człowieku poczucia własnej wartości, ducha przedsiębiorczości, a także wczesnego zainteresowania się handlem, nauką, inżynierią, komputerami, sztuką czy czymkolwiek innym.

Najważniejsze są zainteresowania. Wcale nie chodzi mi o to, żeby zalecać rozwijanie w dziecku jedynie bodźca do zarabiania pieniędzy. Niektórzy ludzie uważają zarabianie pieniędzy za swój główny cel. To ich wielka gra. Większość ludzi za swój pierwszoplanowy cel uznaje robienie czegoś, co ich fascynuje i interesuje, co ich pochłania, co przyciąga bez reszty ich uwagę. Ludziom, którzy dobrze wykonują swoją robotę, zazwyczaj dobrze się wiedzie. Ten, kto chce jedynie robić pieniądze, nie fascynując się tym choćby jako zabawą, kto ogarnięty jest wyłącznie myślą o ich gromadzeniu, sprawia raczej wrażenie dziwaka, a bywa często, że ponosi klęskę. Akcentowanie spraw związanych z wolnym rynkiem we wczesnym okresie życie dziecka nie ma na celu zwrócenia jego uwagi wyłącznie na rynek; chodzi o to, żeby wszystkiemu, czym dziecko autentycznie się interesuje, nadać materialny, rzeczywisty wymiar.

Czy oznacza to wykluczenie marzeń, najwymyślniejszych fantazji młodego umysłu? Wcale nie. Czy marzenie dziecka o podróży do gwiazd nie będzie mocniejsze dzięki wiedzy, że taka wyprawa wymaga dokonań zarówno intelektualnych, jak i materialnych? Zdarzają się czasem dzieci, które tylko marzą. Czy jest to zwykła ucieczka od otaczającego świata, czy też wspaniałe preludium do życia odkrywcy to kwestia indywidualnej oceny. Jednak nawet dla takich dzieci jedna czy dwie drobne prace domowe, lub bezpośrednie uczestnictwo w rodzinnych sprawach finansowych, nie są czymś szkodliwym.

David Packard, współzałożyciel firmy elektronicznej Hewlett-Packard, w liście przysłanym do mnie w związku z propozycją uwag do tej książki, sprzeciwiał się podkreślaniu wagi robienia pieniędzy.

„Zaintrygowany rozwojem techniki, zacząłem interesować się inżynierią bardzo wcześnie, a firmę założyłem dlatego, że chciałem coś zrobić w tej dziedzinie. Nie kierowała mną wcale chęć zostania kapitalistą, czy choćby nadzieja na zrobienie wielkich pieniędzy.”

Nie można zlekceważyć tej rady. Chęć wykonywania pracy, która sprawia przyjemność, może być najsilniejszą motywacją. Najlepszym sposobem zapewnienia sobie takiej możliwości może być zajęcie się biznesem, a najlepszy sposób na kontynuowanie jej to biznes udany. I nie ma oczywiście większego znaczenia, czy wielce utalentowany David Packard chciał być kapitalistą, czy też nie. Był i jest nim. I wszystkim nam jest dzięki temu odrobinę lepiej!

W dzisiejszych czasach istnieje pomiędzy rodzicami i dziećmi naturalna bariera. Rodzice to ludzie dnia wczorajszego, a dzieci to nasze jutro. I chociaż wielu rodziców będzie z tego powodu zgrzytać zębami, trzeba pamiętać, że to, co my przyjmowaliśmy za normalne, młodym ludziom może wydać się niemal groteskowe. Potrzeba nam wszystkim cierpliwości.

Za czasopismem Business Week, które zwróciło się z pytaniami do ekspertów od spraw zarządzania, podajemy niektóre wyraźne różnice pomiędzy osobami na kierowniczych stanowiskach w pokoleniu obecnym i przyszłym. Może to również odpowiadać różnicom dzielącym dziś dzieci, które staną się w przyszłości kierownikami i rodziców, którzy je wychowują:

Poprzednie pokolenia Nowe pokolenia
Ostrożne Chętne do ryzyka
Niepewne Optymistyczne
Oporne wobec zmian Elastyczne
Lojalne wobec firmy Gotowe zmieniać pracę
Ceniące stabilną pracę Chcące energicznie działać
Mężczyźni Mężczyźni lub kobiety
Biali Różnorodni etnicznie
Normalny dzień pracy Pracują nałogowo
Nawykli do biurokracji Pragnący autonomii
Konserwatywni Niezależni republikanie
Zorientowani na liczby Zorientowani na stosunki z ludźmi
Suwaki logarytmiczne, segregatory Komputery, banki danych
Szkoła średnia College/studia wyższe
Planowanie kariery życiowej na 25 lat Natychmiastowa gratyfikacja

Tłamszenie dzieci to, zdaje się, główny cel dzisiejszej oświaty. Najbardziej jest to widoczne w odniesieniu do ekonomii. Podejmując kwestię wkładu szkół podstawowych i średnich na rzecz przygotowania do biznesu Lawrence Senesh pisał:

„Nasze dzieci dorastają nie mając niemal żadnego pojęcia o strukturze i funkcjonowaniu amerykańskiego systemu ekonomicznego; dlatego już jako dorośli stronią od wszystkiego, co w gazetach i czasopismach ma związek z tematami gospodarczymi. Ten analfabetyzm gospodarczy jest w dużej mierze rezultatem poglądów specjalistów od oświaty odnośnie zdolności poznawczych naszych dzieci. Mówią oni, że dzieci ze szkoły podstawowej nie są w stanie przyswoić sobie pojęć ekonomii, ale eksperymenty z Elkhart w stanie Indiana dowiodły, że podstawowe teorie ekonomiczne i społeczne dają się z powodzeniem odnieść do codziennych doświadczeń dzieci”.

„Wielu nauczycieli ze szkół podstawowych uważa, że teorie ekonomiczne zajmują mało miejsca w programie szkolnym, ponieważ dzieci nie opanowały jeszcze umiejętności czytani a, pisania i liczenia. Nie są to mocne argumenty” „W pierwszych klasach wielu szkół zabiera się na przykład dzieci do banku, żeby obejrzały skarbiec.”Odkrywają” one wówczas, że celem banków jest bezpieczne przechowywanie pieniędzy. Nie jest to prawda, ponieważ głównym celem banku jest udzielanie kredytu, o czym nie wspomina się w pierwszych klasach. Uczniów szkół podstawowych zapoznaje się też z funkcjonowaniem sklepu spożywczego. Nauczyciele robią ladę, a dzieci przynoszą z domu różne puszki i ustawiają na półkach. Dzieci poznają wtedy zazwyczaj pojęcie samej wymiany, ale nie ma tam żadnych odniesień do konkurencji, zysku, ryzyka czy straty, tego, co charakterystyczne dla działania biznesu…”

Nic dziwnego zatem, że Larry Reynolds, dyrektor firmy z Waszyngtonu zajmującej się doradztwem w sprawach związanych z prowadzeniem małych firm, powiedział:

„Zanim jeszcze staliśmy się dorośli, większość z nas nauczona została patrzeć na świat dokładnie tak samo jak inni. Przedsiębiorcy i artyści różnią się od nas tym, że potrafią spojrzeć na to samo co my, ale pomyśleć cos innego…”

„Dzięki czemu przedsiębiorcy potrafią dokonać tej trudnej sztuki? Mają odwagę, serce i energię, żeby zamienić swoją wizję w rzeczywistość…”

„Prawdziwi przedsiębiorcy patrzą na świat z „twórczym niezadowoleniem”, jak powiedział Zenas Block z nowojorskiego ośrodka badań nad przedsiębiorczością. „Nie ma nic takiego na świecie, czego nie można by zrobić lepiej…”

„Innowacje to nie tylko wynalazki, czy przełomowe odkrycia w technice. Może to być również nowy, odmienny sposób prowadzenia interesów. Na przykład coś tak prostego jak znalezienie nowych rynków dla znanych już towarów…”

„Lepiej przemyśleć sprawę konkurencji niż ją przepłacić, zwłaszcza jeśli z początku nie masz zbyt głębokich kieszeni…”

„Fascynujące jest to, że wokół nas jest mnóstwo możliwości przedsięwzięć, które możemy dostrzec, jeśli tylko postanowimy je dostrzegać. Sztuka polega na tym, aby zwracać uwagę na swoje drobne pomysły, a następnie zastanowić się, czy nie da się ich zamienić na coś większego…”

„Wszystko zaczyna się od odwagi, by pomyśleć w odmienny sposób.”

Luther H. Hodges, były minister Stanów Zjednoczonych do spraw handlu, ujmuje to w ten sposób:

„Gdyby ignorancja dawała dywidendy, większość Amerykanów mogłaby zbić fortunę na tym, czego nie wiedzą o ekonomii…”

„Gdzie nie spojrzeć, do najważniejszych wydarzeń należą te o charakterze gospodarczym. Wszystkich nas dotykają kryzysy, bezrobocie, inflacja…” „Ludzie muszą rozstrzygać te sprawy w sposób demokratyczny; nie chcemy dyktatorów, którzy podejmowaliby za nas decyzje…” „Nie więcej niż dziesięć do piętnastu procent uczniów podejmuje odrębne kursy z ekonomii…” „Wielu ludzi uważa, że można podnieść poziom życia po prostu podnosząc zarobki lub zwiększając wydatki rządowe…”

„Ekonomia uczy nas, że stale musimy wybierać pomiędzy różnymi możliwościami… Jeśli wydajemy, nie możemy oszczędzić; Jeśli kupujemy to, nie możemy kupić tamtego; im więcej podatków na działania rządu, tym mniej na prywatne wydatki…” „Ekonomia umożliwia nam porządne myślenie o naszych zasobach…” „Dalekowzroczne organizacje zawodowe, obywatelskie, menedżerskie i związkowe od lat dążą do udoskonalania edukacji ekonomicznej. Potrzeba nam więcej takiego zorganizowanego wysiłku.”

Prawda jednak wygląda tak, że zasadniczy ciężar odpowiedzialności za to, aby młody człowiek uważał ekonomię za coś ważnego, rzeczywistego i żywego, winien spoczywać na rodzinie, a nie na szkole. I wymaga to cierpliwości, jak zaznaczono w artykule w U.S. News and World Report:

„Większość rodziców mówi o pieniądzach tylko wtedy, gdy pojawiają się problemy, kiedy jęczą i narzekają”.

„Wyrabianie u dzieci właściwego stosunku do pieniądza najlepiej jest rozpocząć wcześnie. W wieku trzech czy czterech lat dziecko rozumie, że rzeczy kupuje się za pieniądze, potrafi wybrać sobie jakiś drobiazg w sklepie… i zapłacić za niego.” Nie rodzice, ale dziecko powinno zapłacić za zakup. Kieszonkowe to „pierwsze doświadczenie dziecka związane z gospodarowaniem pieniędzmi” - mówi specjalista do spraw rodzinnego budżetu, Patricia Tengel z Uniwersytetu w Maryland.

W wieku pięciu, sześciu lat dziecko powinno już trochę zabiegać o to, aby mieć własne pieniądze. Nastolatki natomiast powinny umieć zaplanować swój budżet na cały semestr, a nawet na cały rok szkolny. Kiedy dziecko wyda kieszonkowe, nie powinno się natychmiast dawać mu dodatkowych pieniędzy na rozkaz. Jak już wspominaliśmy, właściwa i pouczająca byłaby tu pożyczka. Jeśli zajdzie jakaś nagła potrzeba, dobrze będzie też dać dziecku jakieś dodatkowe zajęcie, żeby w ten sposób mogło uzyskać pieniądze.

Tom Taylor w swojej książce „Dzieci i pieniądze” pisze, że „dzieciom nie należą się od rodziców samochody, studia, czy podróże do Europy. Należy im się natomiast umiejętność polegania na sobie.”

Pierwsze lata przymusowej edukacji w szkole, pomimo najlepszych intencji rodziców, mogą raczej osłabić poczucie własnej indywidualności i zaufania do siebie niż je rozbudzić. Jest to w tej chwili sprawa najważniejsza.

Rodzice zainteresowani stosunkiem młodego człowieka do kreatywności i wolności muszą po prostu zainteresować się tym, jak wygląda dziś nasza oświata. W amerykańskiej oświacie mamy dziś w zasadzie do czynienia z podziemną wojną. Rzadko się o tym mówi publicznie, ale jest to walka, od której wyniku zależy przyszłość naszego kraju, jego system wytwórczy, poziom życia, wygląd miast, nauka, technika, opieka zdrowotna i ład finansowy. Zależeć od tego będzie nawet charakter lub istnienie oświaty publicznej opłacanej z podatków. Wpłynie to również w wielkim stopniu na to, jak młodzi ludzie, którzy są pod twoją opieką, będą przygotowani do kształtowania własnej przyszłości.

Walka wygląda tak. Jedna strona twierdzi, że celem edukacji publicznej, bądź jakiejś innej, jest takie nauczanie pewnych faktów, aby uczniowie mogli nabyć określone umiejętności i mieć później możliwości zdobycia pracy. Jest to coś, co możnaby nazwać nauczaniem treściowym. Druga strona zakłada, że celem edukacji jest rozbudzanie umiejętności samodzielnego myślenia, aby wiadomości można było zrozumieć, a nie tylko zapamiętać. Można by to nazwać nauczaniem dynamicznym.

Obecnie walka ta przybrała charakter „albo-albo”. Szkoły wybierają jedną lub drugą drogę. W rezultacie mamy akademicką wojnę na śmierć i życie. Jeśli uważasz, że dla młodego człowieka, który chce polegać na sobie i angażować się w twórcze przedsięwzięcia wolnorynkowe, ważne jest nauczanie dynamiczne, co z całych sił polecam, powinieneś zaznajomić się z tą walką i zastanowić się, w jaki sposób możesz mu zapewnić taką edukację - niezależnie od tego, jak wygląda oferta szkolna w twojej okolicy.

Kto stoi po której stronie? Czy istnieje wyraźny podział pomiędzy socjaldemokratami a konserwatystami, albo demokratami i republikanami? Czy decydują tu przekonania moralne lub religijne? A może podejście klasowe? Jakie jest stanowisko samych szkół?

Ogólnie rzecz biorąc, socjaldemokraci i konserwatyści, demokraci i republikanie, zdecydowanie i wspólnie prą w stronę nauczania treściowego. Różne są ich motywy, ale kierunek działań podobny.

Konserwatystom podoba się takie nauczanie, ponieważ umacnia nawyk posłuszeństwa wobec tradycyjnych wartości. Socjaldemokraci, aczkolwiek nie są entuzjastami nauczania treściowego, na ogół popierają je, ponieważ mają pewne szczególne powody, aby sprzeciwiać się nauczaniu dynamicznemu. Otóż wielu z nich uważa je za elitarne, to znaczy takie, które sprzyja postępom w nauce poszczególnych uczniów, zamiast służyć preferowanemu przez nich celowi edukacji, czyli zrównaniu wszystkich uczniów.

Socjaldemokraci i konserwatyści utożsamiają, zdaje się, nauczanie treściowe z coraz popularniejszym hasłem „powrotu do podstaw”. Konserwatyści chcą powrotu do podstaw, ponieważ zakładają, że kryje się za tym dyscyplina, posłuszeństwo i ład. Socjaldemokratom podoba się takie nauczanie, ponieważ, ich zdaniem, daje ono najlepszą możliwość zdobycia pracy przez przedstawicieli mniejszości, a także dlatego, że jest niezależne od nauczyciela, a tym samym odpowiada egalitarnej idei masowej produkcji nauczycieli. (Nauczanie dynamiczne natomiast sprzyja nauczycielom wybitnym i podkreśla znaczenie indywidualnego talentu nauczyciela i jego pracy).

Tradycyjnie rozumiany powrót do podstaw wymaga pamięciowych ćwiczeń w czytaniu, tabliczce mnożenia i kolejności zdarzeń historycznych. Nauczanie dynamiczne jest jednak jeszcze bardziej podstawowe. Kładzie się tam na czytanie tak wielki nacisk, że we wszystkich klasach zachęca się dzieci, aby raczej czytały w swoim własnym tempie, niż ryzykowały frustracje wynikłe z konieczności dostosowywania się do jakiejś normy.

Przy nauczaniu treściowym okazuje się, niestety , że zdolni uczniowie zniechęcają się do czytania, bo muszą czekać na wolniejszych kolegów, natomiast ci, kiedy zostają w tyle, w ogóle przestają czytać.

Badania nad dorosłymi analfabetami mówią wyraźnie, że ich problemy zaczynają się już w pierwszych klasach. Przy nauczaniu treściowym mogą „poradzić sobie” zapamiętując tekst i mając szczęście przy wypełnianiu testów. W nauczaniu dynamicznym dzieci muszą rozumieć to, co czytają i dawać sobie radę z czytaniem tekstów, których wcześniej nie znały. Podobnie w ćwiczeniach matematycznych, nauczanie dynamiczne kładzie nacisk na rozumienie przebiegu procesów i ich praktyczne zastosowanie. Do tradycyjnych przedmiotów jak czytanie, pisanie i liczenie dodaje się tu rozumowanie. Nauczanie treściowe nie tylko pomija ten aspekt, ale wprost zniechęca do niego na rzecz „uczenia się do klasówki”.

(Specjalna uwaga odnośnie tak zwanej nowej matematyki: rodzice zaczęli nie bez racji utożsamiać ją z niebezpiecznym lekceważeniem zwykłych ćwiczeń rachunkowych. Nowej matematyki w istocie nie powinno się nigdy nauczać jako arytmetyki, ale jako logiki, której jest pochodną. Logika to podstawa procesów rozumowania. Dzięki niej można zrozumieć zwykłe ćwiczenia rachunkowe. Stają się one „zrozumiałe”, a nie jedynie opanowywane pamięciowo. W nauczaniu dynamicznym logika, ćwiczenia rachunkowe i rozumowanie zlewają się w jedno. Nauczanie tego typu jest w rzeczywistości o wiele bardziej klasyczne niż wszelkie nowoczesne wymysły. Nawiązuje do tradycji szkół średniowiecznych, gdzie logika, obserwacja i racjonalna argumentacja stanowiły podstawę edukacji, na której można było skutecznie i w elastyczny sposób sformułować wszelkie cele lub zadania).

Wiele grup religijnych nie tylko popiera nauczanie treściowe, ale także zdecydowanie potępia nauczanie dynamiczne, domagając się jego zlikwidowania. Nauczanie dynamiczne, wymagające od uczniów, na ile to możliwe, samodzielnego myślenia, uważane jest przez fundamentalistów za wezwanie do kwestionowania autorytetów i podkreślanie ludzkiej inteligencji zamiast boskiego przewodnictwa. Socjaldemokratyczna opozycja wobec nauczania dynamicznego jako elitarnego oraz sprzeciw fundamentalistów uznających je za zachętę do nonkonformistycznego myślenia, pozostawiają niewiele miejsca na osiągnięcie sensownego kompromisu pomiędzy dwiema stronami sporu o kształt oświaty.

Jest w tym sporze również bardzo silny akcent klasowy. Przedstawiciele klas wyższych i średnich, gdzie w domu panuje szacunek dla nauki, gdzie jest wiele książek i mało ogląda się telewizję, gdzie jest komputer domowy, dyskusje rodzinne, zachęta do indywidualnej odpowiedzialności, już są zaangażowani w coś w rodzaju nauczania dynamicznego, które odbywa się w domu. Wiele takich rodzin posyła swoje dzieci do prywatnych szkół świeckich, gdzie mogą oczekiwać nacisku na nauczanie dynamiczne.

A niektóre nawet nie posyłają dzieci do szkoły, zapewniając im naukę w domu, gdzie nauczanie tego typu zdecydowanie dominuje. (Z kolei rodziny fundamentalistyczne mogą woleć prywatne szkoły religijne, ponieważ tam odrzuca się takie nauczanie). Rodziny biedne, a nawet te ze średnich klas, gdzie ciągle walczy się o to, by związać koniec z końcem, gdzie nie ma szczególnego zainteresowania kreatywnością czy niezależnym myśleniem, pragną aby ich dzieci zdobyły konkretne umiejętności. Chcą, żeby zdobyły pracę, żeby zostały zatrudnione, bez ponoszenia takiego ryzyka jak przedsiębiorcy i innowatorzy. Ich dzieci stanowią ostoję dla szeroko dziś omawianej banalności aspiracji uczniów , którzy mówią, że wszystko, czego chcą, to samochód, praca, modne ciuchy i wczesna emerytura.

W samych szkołach, młodzi nauczyciele entuzjaści chcą na ogół uczyć w sposób dynamiczny, angażować swoich uczniów od najwcześniejszych klas w proces myślenia, a nie w zapamiętywanie faktów czy treści. Starsi nauczyciele wolą raczej porządek i przewidywalność nauczania treściowego. Administratorzy szkół wolą na ogół nauczanie treściowe, ponieważ jako lepiej znane jest aprobowane przez wielu rodziców; wolą je również dlatego, że jest wymierne i łatwo poddaje się ocenie przy pomocy stopni; chcą też uniknąć jakiegokolwiek faworyzowania zdolnych uczniów, co niemal na pewno spowodowałoby krzyki oburzenia ze strony oficjalnych przedstawicieli „poszkodowanych”. (Zgodnie z celami edukacji publicznej, do poszkodowanych nie zalicza się zdolnych, energicznych uczniów pozbawionych możliwości uczenia się swoim własnym tempem i dla swoich własnych celów).

Ale jakie to wszystko ma znaczenie?

W polityce

Jak wie już większość ludzi, socjaldemokraci i konserwatyści to dziś tylko przeciwne partie, które nie różnią się w istotny sposób między sobą. Oczywistą alternatywą, o głębokim znaczeniu wolnorynkowym, byłoby opowiedzenie się za absolutną odpowiedzialnością osobistą, wzajemnymi umowami i nieagresją.

To jest polityka, a ściślej etyka, ludzi umiejących myśleć samodzielnie, przewidywać skutki i planować własną przyszłość. Nauczanie dynamiczne sprzyja pojawianiu się takich ludzi. Nauczanie treściowe kładące nacisk na autorytet i dyscyplinę, zmniejsza na to szansę.

Spójrzmy na rzecz jeszcze inaczej: Deklaracja Niepodległości jest dokumentem o orientacji „dynamicznej”. Mówi, że jednostka jest suwerenna, musi myśleć samodzielnie i popierać rząd tylko jako środek do tego celu. Konstytucja natomiast ukształtowała się jako dokument „treściowy”. Władza rządu federalnego stała się tu nadrzędna, i nawet sens samej Konstytucji zależy od władzy państwowej (Sąd Najwyższy). Również niezależność myślenia, przedsiębiorczość i własność są regularnie poświęcane dla kolektywistycznych „potrzeb społeczeństwa” (także w rozumieniu władzy państwowej). W duchu takiej polityki „treściowej”, stare hasło: „dobry czy zły, ale mój to kraj” zostało uproszczone i sprowadzone do hasła: „dobry czy zły, ale mój to prezydent” lub nawet: „dobra, czy zła, ale moja to partia”. Podobnie pojęcie obywatelstwa podupadło od czasu Jeffersona, który mówił o śmiałych, wolnych i niezależnie myślących ludziach. W naszych czasach obywatel to już tylko głosujący, czyli ten, kto wybiera kogoś innego, aby był czymś w rodzaju obywatela zastępczego, który toczy dyskusje i podejmuje decyzje.

Dobrym przykładem polityki w sensie dynamicznym, domagania się uczestnictwa były pierwsze zgromadzenia miejskie Amerykanów w Nowej Anglii. Miliony ludzi gapiących się w telewizory i wybierających kandydatów na podstawie ich aktorskich popisów, to polityka w sensie „treściowym”. Podobnie nauczanie historii Stanów Zjednoczonych jako zwykłe ćwiczenie z datami i nazwiskami jest edukacją treściową w porównaniu z podejściem „dynamicznym”, które w aktywny sposób włączałoby uczniów w politykę dotyczącą bezpośrednio ich środowiska społecznego i obywatelskiego.

W wytwórczości:

Szybko kończą się czasy, kiedy dobrym pracownikiem był ten, który po prostu przestrzegał przepisów, był lojalny wobec firmy i nie sprzeciwiał się. W ciąż oczywiście potrzebni są i tacy. Gwałtownie wzrasta jednak zapotrzebowanie na ludzi, którzy przyjmą osobistą odpowiedzialność, aktywnie włączą się w procesy produkcji i którym nie trzeba bez przerwy mówić, co mają robić.

Im bardziej zaawansowane stają się nasze technologie, tym większe jest zapotrzebowanie na takich ludzi. Inaczej mówiąc, im lepsze stają się nasze maszyny , tym większa jest potrzeba, aby ludzie doskonalili się w tym, czego one jeszcze nie potrafią: w rozumowaniu, wyobraźni, tworzeniu, wynalazczości, innowacjach. Z bardzo widocznych oznak tej zmiany w naszym sposobie pracy, to znaczy przejścia od pracowników poddawanych dyscyplinie do pracowników myślących, jest spektakularny upadek znaczenia związków zawodowych w Ameryce.

Im bardziej upowszechni się nauczanie dynamiczne, tym więcej będzie ludzi myślących, którzy wykorzystają technikę, nie mówiąc o nowych wynalazkach i innowacjach!

Obecna dola pracowników przemysłu stalowego i samochodowego to pod każdym względem rezultat nauczania treściowego. Są to robotnicy, którzy podczas swej edukacji zdobyli wąskie, konkretne umiejętności. Przywykli do wysokich zarobków za posługiwanie się wciąż tymi samymi umiejętnościami w takich samych okolicznościach, a kiedy ich praca okazała się już niepotrzebna, albo została wyparta z rynku przez tańszą pracę, zostali na lodzie.

Mogą słusznie narzekać, że nie zostali nigdy przygotowani do wykonywania czegokolwiek poza pracą w określonych fabrykach, jakie istniały w czasach ich dzieciństwa. To prawda, nie przygotowano ich. Elastyczne myślenie, przystosowanie do nowych rozwiązań, rozumowanie w celu poznania nowych rzeczy, nigdy nie były częścią ich edukacji. Nigdy nie rozbudzano u nich zdolności myślenia o zachowaniu się w nowych sytuacjach. Zapewne wręcz przeciwnie. Nauczono ich, że jeśli przebrną przez testy, nie będą sprawiać kłopotów i otrzymają dobre świadectwa (nawet jeśli umieją czytać na poziomie trzeciej klasy) to wszystko będzie dobrze. I przez długi czas tak było. Teraz już nie. Ci ludzie, w późnym wieku, muszą znów stać się uczniami, przyswoić nowe umiejętności, prawdopodobnie zmienić pracę, zacząć wszystko od początku, albo pozostać tam, gdzie są, pogrążeni w rozpaczy i skazani na opiekę społeczną.

Nauczanie dynamiczne przygotowałoby ich do zmiany , natomiast nauczanie treściowe nauczyło ich „faktów”, z których nie mają teraz żadnego pożytku i których wartość zmalała do zera.

Potencjalnie wszystkie dzieci poddawane dziś nauczaniu treściowemu, testom i pamięciowym ćwiczeniom, będą skazane na dołączenie do grupy ludzi o niskich zarobkach, wykonujących ciężką, mozolną pracę. Ale nawet i dla takich rynek będzie się stale kurczył, zważywszy prawa określające minimalną płacę i korzyści wynikające z zakupu dobrej maszyny do wykonywania mechanicznej pracy.

W nauce i w technice:

Tutaj ujawniają się najostrzejsze różnice. Nauka to najczystsza forma procesu myślenia. Jej podstawą jest ciekawość, kwestionowanie wszystkiego, poszukiwanie danych i ich sensu (a nie tylko stwierdzanie ich), potrzeba niezależnej weryfikacji, szacunek dla logiki, rozważanie skutków oraz rozbłyski intuicji wykraczające poza rozumowanie. Nauka to, mówiąc krótko, wszystko to, czego nie uznaje nauczanie treściowe (jest sceptyczna, samodzielna, antyautorytarna, niedogmatyczna, częściowo intuicyjna, rygorystyczna w domaganiu się dowodów, na wskroś logiczna i w najwyższym stopniu ufna w ludzkie możliwości). A zatem, jest tym wszystkim, czemu sprzyja nauczanie dynamiczne.

Postęp w zastosowaniach założeń naukowych (w nauce nie ma faktów, lecz jedynie założenia lub teorie ), które nazywamy techniką, również zakłada nieskrępowaną wyobraźnię, podejmowanie ryzyka, łamanie ustalonych reguł i niezależne myślenie. To jest sedno procesu myślenia.

Większość innowacji technicznych tego wieku dokonała się dzięki małym przedsięwzięciom badawczym lub rynkowym, gdzie ceni się niezależne myślenie. Wielkie firmy są z reguły zbyt powolne, aby choćby wdrożyć nowe technologie, nie mówiąc już o ich wynajdywaniu. Właśnie te firmy, przybierając takie rozmiary i styl pracy, że mniej lub bardziej przypominają rządową biurokrację, stworzyły główne rynki dla pracowników, którzy są ofiarami nauczania treściowego - tępych, posłusznych, bezpiecznych.

Przykładem różnic dzielących te dwa typy myślenia jest ostre starcie, do jakiego doszło pomiędzy starą biurokracją a przedstawicielami nowego pokolenia, jak na przykład Ross Perot, człowiek wprowadzający śmiało i energicznie nowe technologie. Firma General Motors po kupieniu firmy elektronicznej Perota za tyle, że mógł on zostać jej największym udziałowcem, zapłaciła mu jeszcze ponad 700 milionów dolarów, żeby wykupić jego akcje i usunąć go z zarządu, gdzie nieustannie przeciwstawiał się wygodnictwu i samozadowoleniu zarządu, a także temu, co nazywał mentalnością „liczenia fasoli” u tych, którzy zawsze chcą robić wszystko według przepisów - tak jak w nauczaniu treściowym!

Rozwój nauki zawsze wyznaczany był przez umysły niezależne. Nauczanie dynamiczne może stanowić bodziec dla takich umysłów, ale raczej nie może ich wytwarzać, podobnie jak nauczanie treściowe zapewne nie może ich stłamsić. Mowa tu jednak o geniuszach. Tak czy owak szkoły nie są dla geniuszy , ale dla innych ludzi, którzy poszerzają granice wiedzy naukowej, nawet jeśli nie robią w nich wyłomu. Nauczanie dynamiczne może im pomóc, a treściowe przypuszczalnie im przeszkodzi. Rozwój techniki zależy od wielu ludzi: od przedsiębiorców, którzy dostrzegają zapotrzebowanie na jakąś rzecz, od inżynierów, którzy widzą sposób na rozwiązanie czegoś, od wynalazców, którzy dokonują jakiegoś nowego odkrycia, od wielkich innowatorów w przemyśle. Ich wszystkich cechuje raczej orientacja „dynamiczna”, a nie przywiązanie do „faktu”. Przyszłość naszej techniki będzie zatem w zasadniczy sposób zależna od rozwoju lub stłumienia nauczania dynamicznego.

W sprawach międzynarodowch:

Uderzająca różnica pomiędzy tymi dwoma typami nauczania powoduje problemy w krajach tak odmiennych jak Związek Radziecki i Japonia. W obu tych krajach kładzie się ogromny nacisk na konformizm - komuniści przy użyciu przemocy, Japończycy poprzez tradycję. Jedni i drudzy - tak samo jak my - stoją przed doniosłym wyborem: czy nadal wspierać niemal wyłącznie nauczanie treściowe, czy podjąć olbrzymie ryzyko zmian społecznych godząc się na nauczanie dynamiczne.

Jeśli chodzi o Japonię, najlepszym przykładem człowieka myślącego w sposób dynamiczny jest mechanik samochodowy, później przedsiębiorca, Soichiro Honda. Natomiast myślenie treściowe najlepiej obrazuje słynne Ministerstwo Handlu i Przemysłu. Instytucja ta niegdyś czynnie przeciwstawiała się marzeniom Hondy o małych samochodach i mimo rozgłosu wokół niej uważana jest dziś za biurokratyczny hamulec dla japońskich przedsięwzięć gospodarczych; wspiera tylko przedsięwzięcia pewne i przeszkadza śmiałym, ryzykownym nowym pomysłom.

W szkołach japońskich jest wprawdzie nieco miejsca na nauczanie dynamiczne, ale tylko dla najlepiej ustosunkowanych uczniów . Pozostali poddani są dyscyplinie i ćwiczeniom, maszerują i uczą się wszystkiego na pamięć. Charakterystyczny dla tej edukacji slogan dławiący twórcze podejście brzmi: „sterczący gwóźdź należy wbić”.

Gdyby japońscy politycy zdecydowali się bardziej zachęcać do nauczania dynamicznego, kraj osiągnąłby wiele korzyści w postaci innowacji oraz ludzi zdolnych samodzielnie myśleć i troszczyć się o siebie. Społeczeństwo porwane zostałoby jednak wówczas nieuchronnie przez wir przemian społecznych wynikających z zerwania z modelem konformistycznym. I tutaj jednak można powtórzyć, że nic nie przychodzi lekko.

Związek Radziecki stoi w obliczu najtrudniejszego wyboru. Jeśli jego politycy rozbudzą większą niezależność myśli, to zachęcą ludzi do obalenia właśnie tego systemu autorytarnego, który wyniósł ich do władzy. W normalnej sytuacji nie byłoby zapewne wątpliwości, że przywódcy ci będą dążyć wyłącznie do zachowania ciągłości władzy i czegoś w rodzaju wspierającej ją edukacji treściowej.

Dziś pojawia się jednak nowy element. Aby stać się społeczeństwem względnie samowystarczalnym pod względem przemysłowym, nie mówiąc już o rolnictwie (a jest to cel, który wymykał się komunistom przez ponad pół wieku obietnic i tyranii), Związek Radziecki będzie musiał pozwolić na rozpowszechnienie się takich narzędzi nowoczesnego przemysłu jak komputer osobisty. Wraz ze zdolnością takich komputerów do rozpowszechniania informacji, system tajności i ucisku, na którym opiera się każda tyrania, zacznie się chybotać.

Już w tej chwili wprowadzenie nowoczesnych fotokopiarek w Związku Radzieckim otworzyło nowe możliwości dla szerokiej wymiany niezależnej informacji i władza nie jest w stanie temu zapobiec. W innych częściach komunistycznego imperium nawet takie urządzenia jak maszyny do pisania uznawane są za z natury antyautorytarne i znajdują się pod ścisłą kontrolą. Czy takie społeczeństwa mogą w pełni uczestniczyć w tym, co dzieje się w końcu dwudziestego wieku? Oczywiście nie. Muszą się zmienić lub zginąć.

W kulturze:

Trzeba zdawać sobie sprawę, że rola szkół polegająca na dostarczaniu nam jednorodnej kultury i moralności skończyła się jakiś czas temu i nie da się jej odrodzić bez względu na to, jak gorąco pragnęliby tego liczni konserwatyści i fundamentaliści.

Kulturę tego kraju kształtuje, upowszechnia i kontroluje telewizji, a nie szkoły, polityka, kościoły czy jakiekolwiek inne instytucje. Nie znaczy to, że istotnej roli nie odgrywają tu kultury lokalne lub poszczególne środowiska, albo że inne instytucje nie mogą oddziaływać na telewizję. Mogą oczywiście wpływać na nią ci, którzy się reklamują, ale tylko w niewielkim stopniu. Dopóki zapotrzebowanie na reklamy w telewizji jest większe niż czas antenowy, jaki można na to przeznaczyć, wpływ jakiegokolwiek ogłaszającego się będzie minimalny. Ci, którzy dzięki rządowym zezwoleniom cieszą się praktycznie monopolem na emisję, nie biorą poważnie groźby wycofania się z reklam telewizyjnych.

Jednakże nawet jeśli monopol ten zostałby złamany i w telewizji rozwinąłby się wolny rynek - co mogłoby stać się już teraz wraz z rozwojem telewizji kablowej, gdyby jej samej udało się wyzwolić spod licencji rządowych - szkoły wciąż nie byłyby ważnymi czynnikami kultury. Kultura nadal byłaby wyznaczana przez elektronikę, nawet gdyby stała się nieco bogatsza, czy bardziej zróżnicowana niż jest to obecnie.

Obwinianie szkół za to, że dzieci akceptują przemoc, że cenią wartość samych siebie i innych według tego, co mogą kupić, a nie co mogą zrobić, za to że ich zainteresowania są mizerne i że energią przypominają warzywa, to po prostu pomyłka w adresie. Tylko telewizja dostarcza niekończących się obrazów, które składają się na kulturę.

W kwestii moralności i wartości:

W tej właśnie dziedzinie konserwatyści i socjaldemokraci najwięcej namącili wody, a religijni fundamentaliści, można by rzec, zupełnie ją zbełtali.

Weźmy sprawę rodziny. W latach osiemdziesiątych prezydent, który sam ma rodzinę nowego typu to znaczy, rozwód, rozdzielone dzieci, prącujący rodzice) bez przerwy mówił o rodzinie tradycyjnej. Mało jest takich rodzin, nawet w świecie polityków. Większość małżeństw kończy się rozwodem. Większość kobiet pracuje. Większość tych kobiet, pomimo, że Biblia nakazuje im posłuszeństwo, po prostu nie podporządkowuje się temu.

Szkoły przekazujące wartości rodziny tradycyjnej mogą mieć wpływ w odosobnionych obszarach. I oczywiście, możliwość posiadania takich szkół powinna być w wolnym społeczeństwie absolutnie zapewniona. Ale rzeczywistą kulturę rodzinną większości Amerykanów w większym stopniu wyznaczać będzie telewizja i kultura masowa. Na to, jak ludzie będą chcieli żyć, silnie oddziaływać będą również sposoby postępowania osób powszechnie znanych.

Szkoły państwowe mogą oczywiście przeć w stronę każdej wartości czy moralności, jakiej zapragną rządzący biurokraci. Ale zmiany w biurokracji szkolnej są równie powolne, jak w każdej innej biurokracji. Ze względu na nieustanne zmiany nastrojów politycznych wolą raczej dryfować, robić wciąż to samo, jak długo tylko się da, niż zaryzykować dokonanie zmiany. . .

Konserwatyści już dawno uważali, że wprowadzenie modlitwy do szkół państwowych rozwiąże wszystkie problemy. Dlaczego sądzą oni, że właśnie to posunięcie rządu miałoby być bardziej pożądane czy skuteczne niż jakakolwiek inna interwencja władzy? A jednak kwestia modlitwy szkolnej stała się na dobrą sprawę wyłącznym przedmiotem zainteresowania konserwatystów, jeśli chodzi o system szkół państwowych.

Socjaldemokraci natomiast wspierają wszelkie wysiłki na rzecz tego, żeby zamienić szkoły w instytucje skutecznie wspierające inne formy rządowych interwencji - przede wszystkim interwencje regulujące handel i przemysł. Tak jak konserwatyści pokładają wiarę w modlitwie szkolnej, tak socjaldemokraci pokładają ją w ochronie konsumenta w szkołach państwowych. Niech ktokolwiek tylko napomknie, że religia jest jednym z możliwych wyborów w wolnym społeczeństwie, a konserwatyści zaraz zdecydowanie odpowiedzą, że to jest kraj chrześcijański. Niech z kolei ktokolwiek stwierdzi, że kapitalizm (inna z możliwości w wolnym społeczeństwie) funkcjonuje najlepiej, kiedy pozostawić go w spokoju, to socjaldemokraci natychmiast odpowiedzą, że jest to prawo dżungli.

Fundamentaliści przyjmują pogląd konserwatystów w sprawie modlitwy szkolnej, ale idą o wiele dalej. O ile socjaldemokraci w śmieszny sposób posuwają się do zakazywania wszelkich dyskusji o religii w szkole (nie chcą na przykład, by przypominano, że pierwsi osadnicy kierowali się często poszukiwaniem wolności religijnej), to fundamentaliści z kolei popadają w inną skrajność sprzeciwiając się jakimkolwiek dyskusjom w szkole o metodzie naukowej.

Znany sprzeciw wobec nauczania teorii ewolucji ma drugorzędne znaczenie, jeśli chodzi o swoje skutki, w porównaniu z niektórymi spośród fundamentalistycznych obiekcji ujawnionych w niedawnej sprawie sądowej (Mozert przeciw Hawkinsowi w stanie Tennessee), gdzie rodzice sprzeciwiali się obecności nauk ścisłych w szkole. Konkretny sprzeciw dotyczył między innymi „polegania na zdrowym rozsądku”, przekonania, że „możesz zrobić wszystko, jeśli będziesz się bardzo starać” oraz „nadużywania wyobraźni”. Jeśli rodzice chcą, aby nie przekazywano takich nauk ich dzieciom, to nie powinno nas to zbytnio obchodzić.

Prawdopodobnie zawsze znajdzie się jakaś użyteczna praca nadająca się dla ludzi, którzy nie angażują specjalnie swojej wyobraźni, którzy nie wierzą, by potrafili wiele zdziałać i którzy nie posługują się zdrowym rozsądkiem, lecz idą za czyimś głosem. W przyszłości ludzie tacy powinni być zdani na siebie i nie oczekiwać zasiłków od społeczeństwa. To samo powinno odnosić się do wszystkich, którzy z rozmysłem odcinają się od naukowych metod, innowacji, techniki i nowych przedsięwzięć. Podobnie jak religia, nie powinno to być obowiązkowe w wolnym społeczeństwie, gdzie ludzie mają być odpowiedzialniza dokonywane przez siebie wybory i swoje życie wynikające z tych wyborów.

Kilka ogólniejszych wniosków i rad:

Jeśli chcesz, aby twoje dziecko w pełni wykorzystało w przyszłości szybko zmieniające się technologie i rynki, pamiętaj, że przykład z domu (szacunek dla nauki, logiki, rozumu i odpowiedzialności za siebie ) jest ważniejszy niż jakakolwiek szkoła. Czytanie małym dzieciom na głos przypuszczalnie prędzej nauczy je tej umiejętności niż jakiekolwiek zajęcia szkolne. Drobne prace domowe, okazje do zarobienia prawdziwych pieniędzy za prawdziwą pracę, w większym stopniu przyczynią się do zaszczepienia zainteresowania wolnym rynkiem i szacunku dla niego niż jakikolwiek program szkolny. Mówiąc krótko, to co robisz w domu, jest ważniejsze od tego, co robią „oni”.

Jeśli bardziej jesteś zainteresowany biznesem zależnym od tych, co ruszają nie głową, ale rękami, możesz przedkładać nauczanie treściowe, ale powinieneś zdawać sobie przy tym sprawę, że pociąga to za sobą pewne dodatkowe koszty społeczne, jak spora liczba analfabetów i towarzyszący temu wyższy wskaźnik przestępczości.

Jeśli twoja przyszłość zależeć ma raczej od pracowników myślących, to oczywistym wyborem będzie nauczanie dynamiczne. Jeśli martwisz się upadkiem norm moralnych, przemocą, przestępczością młodocianych i powszechnym brakiem odpowiedzialności, w ogóle nie szukaj ratunku w szkołach. Rzeczywistym czynnikiem kształtującym dziś takie postawy jest jedynie telewizja. Dla udoskonalenia panujących norm moralnych ważniejsze jest zatem zniesienie ograniczeń rządowych i innych, w udzielaniu zezwoleń na telewizję niż zmiany w szkolnictwie. Wolny rynek w telewizji mógłby przynajmniej oznaczać konkurencję idei w celu złamania obecnej jednorodności kulturowej.

To samo tyczy się systemu szkolnictwa. Dopóki głównym monopolistą jest tu rząd, administracja szkolna będzie odzwierciedlać jego stanowisko. Najzdolniejszych nauczycieli odstręcza dziś stały rozrost aparatu administracyjnego i jego wymagania, a także spadek zainteresowania tym, co dzieje się w klasie. Ten rozrost administracji szkolnej jest dokładnym odzwierciedleniem takiego samego zjawiska w rządzie federalnym. Wszelkie zmiany ustawodawcze sprzyjające szkołom prywatnym i nauczaniu w domach pomogą przełamać monopol, jaki szkoły państwowe dzierżą nad najważniejszą sprawą dotyczącą naszej najbliższej przyszłości.

Być może najbardziej radykalna propozycja w tym względzie wyszła od Seymoura Paperta z Massachussetts Institute of Technology, który przystosował język komputerowy LOGO na użytek najmłodszych dzieci. W książce Mindstorms: Children, Computers and Powerful Ideas z 1980 roku, otwierającej nam oczy na wiele spraw, twierdzi on, że udostępnienie dziecku komputera osobistego może stworzyć atmosferę efektywnej nauki w większym stopniu niż jakakolwiek klasa szkolna.

Znajdujemy tam taki oto prawdziwie rewolucyjny pogląd będący może najbardziej prowokującym stwierdzeniem, jakie wypowiedziano w naszych czasach o edukacji, wolnym rynku i indywidualizmie:

„Komputery będą w coraz większym stopniu w posiadaniu osób prywatnych, co stopniowo przywracać będzie jednostce możliwość określania wzorców edukacji. Edukacja stanie się jak gdyby sprawą prywatną, a ludzie mający dobre, nowe i fascynujące pomysły, nie będą dłużej stali w obliczu dylematu, czy mają „sprzedać” swoje pomysły konserwatywnej biurokracji, czy schować je do szuflady. Będą mogli zaoferować je na rynku bezpośrednio nabywcom. Otwarte zostaną nowe możliwości dla wyobraźni i oryginalnego podejścia. Może dojść wówczas do jakiegoś renesansu myśli pedagogicznej.”

Mniej radykalne, choć o dużym znaczeniu praktycznym, są prace Institute for Advancement of Philosophy for Children z Montclaire State College, w stanie New Jersey. Przygotowane tam materiały do nauczania - w których kładzie się zdecydowany nacisk na analizę, rozumowanie, logikę i intelektualną odpowiedzialność za siebie - używane są już w kilkuset szkołach podstawowych.

Rezultaty są znamienne: wszyscy uczniowie są bardziej zaawansowani, jeśli chodzi o zdolność do myślenia i uczenia się. Mają w związku z tym pewien kłopot. Przy standardowych testach są raczej wolniejsi od innych, ponieważ starają się rzeczywiście zrozumieć pytania, a nawet spierać się z ich sensem, przez co stracą więcej czasu na przemyślenie wszystkiego. Każdemu, kto jest zainteresowany najlepszymi materiałami do nauczania dynamicznego, katalog tego znakomitego instytutu proponuje szerokie możliwości.

Jeśli znajdziesz w pobliskiej szkole nauczycieli, którzy są zainteresowani tym, żeby odrzucić stary system i dać dzieciom szansę myślenia, rób co możesz, aby ich wesprzeć. Tacy ludzie to skarb. Pamiętaj, że do podstawowych umiejętności należy nie tylko czytanie, pisanie i liczenie, ale także MYŚLENIE.

U sedna wszystkiego, o czym mówi ta książka, tkwi wartość myślącego umysłu. Bez jego rozwoju młody człowiek staje się ofiarą każdej przelotnej mody i kaprysu kultury masowej, w tym także obecnej tendencji, polegającej na tym, by póki się da, trzymać młodych ludzi z dala od wolnego rynku. Wraz z rozwojem myślącego umysłu, wszystko, o czym była mowa w tej książce, staje otworem przed każdym młodym człowiekiem. W przeciwnym razie świat musi się wydać zimnym, zamkniętym systemem, w którym jedyna przyszłość to podjęcie nudnej pracy. Wraz z rozwojem młodego umysłu i daniem ujścia młodzieńczej wyobraźni i energii - przyszłość znów wydaje się fascynująca, jasna i pełna nadziei.

KONIEC

wolnosciowe_czytanki/prekursorzy/kapitalizm_dla_dzieci/ta_czesc_jest_dla_twoich_rodzicow.txt · ostatnio zmienione: 2008/06/22 03:54 (edycja zewnętrzna)